sobota, 18 kwietnia 2020

#80 Historia nauczycielką życia | CH/6 Koronawirus, czyli (prawie) déjà vu

Czyli m.in. o tym, że historia kołem się toczy


Koronawirus jako temat (na szczęście nie on sam...) już gościł w poprzednim tekście na blogu, we wpisie poświęconym niezwykłemu zakonnikowi, który w tym roku miał się ukazać pewnej Libance i przekazać jej receptę na sporządzenie skutecznego leku na COVID-19. Po szczegóły odsyłam do tamtego tekstu >>>. Tym razem zapraszam na kolejny odcinek miniserii w ramach bloga zatytułowanej "Cięta historia" >>>.

Koronawirus. To fakt, że ostatnimi czasy słyszy się o nim i mówi bardzo, bardzo często. Taki mały i niewidoczny gołym okiem, a zatrząsł całym światem i poruszył go w posadach. Na dodatek żaden prokurator ni sędzia mu niestraszny. Niełatwo wsadzić gościa za kratki, gdy skutecznie chowa się w ludzkich organizmach. Dla miłośników historii COVID-19 jest dobrą okazją do tego, żeby powspominać dawniejsze czasy i inne zarazy i epidemie, które pustoszyły wiele regionów i państw świata. Nierzadko wykraczały daleko poza granice jednego państwa.

fot. TheDigitalArtist, Pixabay.com
Moim celem na dziś nie jest szczegółowa analiza jakichś konkretnych epidemii z przeszłości, tym bardziej, że w całych dziejach ich nie brakowało. Jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę w tej materii polecam jeden z Polimatów Radka Kotarskiego (link w bibliografii). Chciałbym się za to podzielić z Wami refleksją, którą powyższy bardzo interesujący filmik youtubera jeszcze bardziej we mnie ugruntował.

Tak sobie myślę, że ten cały COVID-19 możemy potraktować jako... dowód na istnienie i ciągłość historii. Czasami ktoś przeglądając sobie zapiski historyczne czy zdjęcia dotyczące przykładowo potężnej epidemii dżumy (tzw. czarnej śmierci) z okresu średniowiecza, może nawet podejść do sprawy z ironicznym uśmieszkiem malującym się na twarzy: "To jakieś na wpół baśniowe, legendarne opowieści. To było tak dawno, że nie ma sobie co tym głowę zawracać". I tacy antyhistoryczni malkontenci żyją sobie z dnia na dzień, jakby historii (i Boga) nie było. Z jednej strony to prawda, że czasami opowieści i wydarzenia, a raczej ich autorzy, mają to do siebie, że lubią je podkolorować i ubarwić. Podobnie jest wszakże w wielu przypadkach również współcześnie, więc nihil novi sub sole. Z drugiej jednak strony pandemia koronawirusa i wszelkie zmiany jakie przez nią dokonały się na niemal całym świecie uzmysławiają nam, że tego typu zdarzenia to nie tylko przedmiot niemodnych opowieści, ale historia dziejąca się na naszych oczach.

fot. Ilustracja przedstawiająca ofiary czarnej śmierci, wikimedia w domenie publicznej
Sam przyznam, że obrazki ze średniowiecza ukazujące stosy trumien i ludzi, wynoszących zwłoki niemal z każdego domostwa, jawiły mi się jako coś właściwego tylko dla tamtych odrębnych czasów. A teraz co? Jak popatrzymy na wiadomości współcześnie, w XXI w., okazuje się, że np. w takich Włoszech również leżą stosy trumien, a kostnice nie wyrabiają na zakręcie - brakuje miejsc i sił do przyjmowania ciągle napływających ciał zmarłych.

Nie wiem jakie są Wasze odczucia, ale mnie się takie właśnie nasunęły. Podzielcie się proszę swoimi przemyśleniami w związku z COVID-19 i historią.

Dzięki za uwagę i do następnego poczytania.

Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 18.04.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #5 Historia nauczycielką życia | Październikowe nauki >>>

 
Bibliografia wpisu:

1. Radek Kotarski, Polimaty 2, Koronawirus. Kiedy to się skończy? >>> 

piątek, 27 marca 2020

#79 Historia nauczycielką życia | Umarł w 1898 r., ale przekazał lek na koronawirusa!

Czyli m.in. o tym, że są na świecie sprawy, które się nawet największym lekarzom nie śniły


Koronawirus gości już od ładnych parunastu tygodni w ogólnoświatowej opinii publicznej. W sumie trudno, żeby tak nie było, skoro jest to naprawdę jeden z najpoważniejszych problemów ostatnich lat, dziesięcioleci, może wieków. Trudno tak jednoznacznie to stwierdzić, ale już możemy powiedzieć, że mało kto, a może nikt z żyjących, nie pamięta czegoś podobnego.

To jasne, że lekarze próbują znaleźć lek na tę paskudną chorobę i chapeau bas, że starają się pomóc ludziom nierzadko ryzykując swoim zdrowiem, a nawet życiem. Nie każdy z nas byłby w stanie tak się poświęcić. Jeśli chodzi o możliwe leki na koronawirusa, to jednym z nich mogą być substancje obecne w lekach przeciwmalarycznych. Badania, dość obiecujące, prowadził i zapewne prowadzi w tej sprawie francuski zespół lekarzy pod kierownictwem Didiera Raoulta.

W trakcie naszego dzisiejszego spotkania chciałbym jednak przywołać zdarzenie, które jest doprawdy niewiarygodne, ale potwierdzone przez lekarzy i media w Libanie. Już mówię o co chodzi.

1 marca tego roku, w niedzielę, do jednego z zakonników w libańskiej miejscowości Annaya przybyła pewna dziewczyna, która zdradziła, że miała we śnie widzenie św. Charbela Machlufa (znany jest też jako Szarbel Makhluf) , który jest współcześnie coraz bardziej rozpoznawalnym świętym, a w Libanie i na Bliskim Wchodzie jednym z najważniejszych. Co ciekawe, ów św. Charbel polecił dziewczynie udać się do miejsca, gdzie znajdował się jego pierwszy grób. Poprosił, aby zabrała trochę ziemi i zagotowała, a następnie odcedziła. Taki lek miała zanieść do szpitala, którego adres św. Charbel dokładnie wskazał. Zaznaczył też z jakim lekarzem dziewczyna ma porozmawiać i na jaki oddział się udać.

fot. Zdjęcie powstałe w niewytłumaczalny sposób 8 maja 1950 podczas wizyty maronickich misjonarzy u grobu św. Szarbela, wikimedia w domenie publicznej

Zakonnik, któremu dziewczyna powiedziała o swoim widzeniu, udał się wraz z nią pod wskazany adres i okazało się, że zapowiadany przez świętego lekarz opiekuje się chorymi na... koronawirusa. Na tym oddziale oni właśnie się znajdowali.

Dziewczyna i zakonnik za zgodą lekarza podali tajemniczy lek chorym i, o dziwo, ci, którzy przyjęli go z wiarą, bardzo szybko wrócili do pełni sił i zdrowia. Podobno uzdrowieni zostali nawet ci, którzy chorowali na inne choroby.

Jak już wspomniałem, to zdarzenie zostało potwierdzone przez zakonnika i lokalne media libańskie. Okazuje się zatem, że człowiek, który żył w latach 1828-1898 i był pustelnikiem pomógł sporządzić lek na jedną z absolutnie najpoważniejszych chorób współczesności.

Św. Charbel Machluf przez wiele lat przebywał na pustelni: modlił się, umartwiał, pościł, adorował Najświętszy Sakrament. Przez wielu jest uznawany za świętego ekumenicznego, łączącego chrześcijaństwo Wschodu i Zachodu. Czcią otacza go nawet wielu muzułmanów. Mało tego: wielu z nich, podobnie jak chrześcijanie, doznało cudów za jego przyczyną.


Nie jest tajemnicą na tym blogu, że w każdym tekście musi być w sposób szczególny podkreślona jakaś nauka wypływająca z danego wydarzenia czy wydarzeń historycznych. Ta dzisiejsza jest dość oczywista, a z drugiej strony, wprost niewiarygodna. Wiemy jednak, że została potwierdzona. Być może jednym z najlepszych podsumowań tej opowieści jest po prostu stwierdzenie, że jeśli chcemy pokonać koronawirusa, to nie wystarczy nam opierać się tylko na naukowych metodach. Niewłaściwym podejściem byłoby też opieranie się wyłącznie na narzędziach ponadnaturalnych i liczenie tylko na nie. Zapewne kluczem do sukcesu jest połączenie sił fizycznych i duchowych. W ten sposób może przyjść ratunek i uzdrowienie. Można mieć oczywiście różne zdania na ten temat, ale przytoczona powyżej historia jak wiele jej podobnych z innych dziedzin i okresów historycznych dowodzi, że to, co nas otacza, nie jest wszystkim. Jest coś jeszcze. Wielu z nas wie, czym jest to coś, a tak naprawdę Kim. Każdy z nas musi jednak okazać choć trochę dobrej woli, a nawet posłużyć się rozumem, żeby te sprawy odkryć, uznać i przyjąć.

Zapraszam Was oczywiście do dyskusji i wypowiadania się w tym temacie. Podajcie też dalej. Co o tym myślicie?

Zachęcam do lektury innych tekstów, a na przykład poprzedniego o gigantach >>>

Zapraszam też do lektury tekstu, jednego z pierwszych na tym blogu, który był w podobnej tematyce, jak ta dzisiejsza >>>
 

Bibliografia wpisu:

1. Lek przecimalaryczny w leczeniu COVID-19? Francuscy naukowcy szukają odpowiedzi >>>;

2. Św. Szarbel Makhluf >>>;
3. Św. Charbel UZDRAWIA z koronawirusa? Szokująca relacja >>>

sobota, 22 lutego 2020

#78 Historia nauczycielką życia | Ale giganci!

Czyli m.in. o tym czy giganci chodzili (chodzą...?) po naszej ziemi


Pamiętam, że jako dziecko słyszałem od babci i dziadka opowieści o ludziach niezwykle olbrzymich. Byli tak duzi, że jeden drugiemu podawał siekierę z jednego wzgórza na drugie. A owe wzgórza dzieli potężna odległość. Wtedy tego typu historie wydawały mi się interesujące i wiarygodne, choć nawet mimo mojej bujnej wyobraźni trudno mi w to było tak całkowicie uwierzyć.

Z drugiej jednak strony w Biblii czytamy o ludziach niezwykłego wzrostu, którzy żyli bardzo, bardzo dawno temu na obszarze Bliskiego Wschodu. Prawdopodobnie większość ludzi kładzie takie opowieści między bajki, ale czy na pewno mają rację?

fot. Efraimstochter, Pixabay.com

O gigantach czytamy już w początkowych rozdziałach Księgi Rodzaju (np. Rdz 6;1-2; 6,4-6; por. też Pwt 7,3-4; Ba 3,26-28). Niektórzy sugerują, że nie byli ludźmi, ale kimś w rodzaju upadłych aniołów, którzy zawędrowali na ziemię. Może byli uosobieniem mitycznych herosów. Inni dopatrują się w nich po prostu ludzi, tylko obdarzonych niespotykanym dziś wzrostem.

Giganci pojawiają się też w innych księgach biblijnych, np. Liczb (Lb 13,32) i Pierwszej Samuela (1 Sm 17); wszak słynny Goliat, z którym potykał się jeszcze sławniejszy Dawid >>>, również był olbrzymem.

Tak czy inaczej giganci wyginęli z ziemi. Być może lwia ich część odeszła z tego świata na skutek biblijnego potopu. W najnowszych czasach spotykało się wprawdzie ludzi znacznego wzrostu, ale najczęściej ich wzrost związany był z jakąś chorobliwą anomalią ciała. Tacy ludzie nierzadko mieli problemy z poruszaniem się i stosunkowo szybko umierali jak np. Robert Wadlow mierzący przed śmiercią w wieku 22 lat aż 272 cm. To oficjalnie najwyższy znany nam człowiek. Nie licząc rzecz jasna gigantów z pradawnych czasów, o których dziś rozprawiamy.
 
Robert Wadlow, fot. wikipedia w domenie publicznej

Jeśli kogoś nie przekonują biblijne opisy powinien zerknąć do internetu. Po wpisaniu choćby hasła "giganci" wujaszek Google przedstawia nam szereg zaskakujących fotografii, na których widać ogromne ludzkie szkielety, wydobywane z ziemi przez naukowców. Jeśli zagłębimy się w temat przekonamy się, że istnieje na ziemi kilka miejsc, gdzie odkryto tego typu znaleziska. Chyba jednym z najsłynniejszych jest odkrycie szczątków tzw. człowieka z Adeny. Na znalezisko natrafiono pod koniec XIX w. w posiadłości Adena w Chillicothe w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że ziemia skrywała tam szkielety należące do istot ludzkich o wzroście dochodzącym nawet do 3 m!

Są i tacy, którzy takie odkrycia i fotografie uznają za sztucznie spreparowane i niezgodne z rzeczywistością. Jednakże nie można ot tak tych zdarzeń wyrzucić do kosza historii. Zainteresowanych tematem zachęcam do odbycia podróży po internecie, także na strony w języku angielskim (można wpisać np. Adena skeleton). Zdaje się, że wiele z tych znalezisk jest całkiem dobrze udokumentowanych. A jeśli ktoś nadal wątpi warto wybrać się na miejsce i tam zbadać sprawę.


Gdy już całkiem złapiemy bakcyla na treści poświęcone gigantom zapewne warto sięgnąć po książkę Patricka Chouinarda pt. "Zaginiona rasa gigantów".

Nie będziemy tutaj zbytnio wikłać się w "gigantomachię" i roztrząsanie tematu w nieskończoność. Już na podstawie powyższych informacji jesteśmy w stanie z dużym prawdopodobieństwem przyznać, że coś jest na rzeczy. To jest w pewnym sensie nauka płynąca z naszego dzisiejszego spotkania z historią. Jeśli nawet coś na gruncie czysto zdroworozsądkowym wydaje ci się absolutnie niemożliwe i kompletnie niewiarygodne, pomyśl dwa, a najlepiej więcej razy, zanim coś od razu skreślić i odłożysz na półkę z bajkami.

Trzeba podkreślić jeszcze przynajmniej jedną sprawę powiązaną z powyższą. Jeśli nawet wiele spraw ukazanych w Biblii jawi się jako irracjonalne może się okazać, że pomimo może dużej dozy nieprawdopodobieństwa zawierają w sobie sporo prawdy i niejednym mogą nas zaskoczyć. Na moim drugim blogu stworzyłem specjalną serię zatytułowaną Mitołamacz, gdzie staram się przekonywać m.in., że oficjalne nauczanie Kościoła wcale nie zakłada dosłownego czytania Biblii. Otóż wiele obrazów w niej zawartych z założenia nie jest kronikarskim zapisem dziejów czy mapą geograficzną, ale są to zwyczajnie symbole. W historii liczą się przede wszystkim fakty, w Biblii wiara i sprawy duchowe. To ważne rozróżnienie. Jeśli zatem giganci nigdy nie istnieli, to ich obecność w Biblii wcale nie pomniejsza jej znaczenia. Proste, prawda?

Na koniec powiedzmy sobie, że opowieści o gigantach są też może wyrazem jakiejś ukrytej dążności, pragnienia człowieka do bycia kimś znaczącym, wielkim, silnym, niepokonanym. Z drugiej strony wielkość nierzadko budzi grozę, więc opowieści o gigantach mogły być dobrymi straszakami na dzieci. Raz po raz przekonujemy się, że tak naprawdę to nie w wielkości ciała, a we wnętrzu człowieka ukryta jest prawdziwa siła. W związku z tym walka Dawida z Goliatem jest niejako symbolem zwycięstwa tego co niepozorne nad siłą i potęgą widzianą czysto po ludzku. Tego między innymi uczy nas nasza nauczycielka - Pani Historia.

Zapraszam Was oczywiście do dyskusji i wypowiadania się w tym temacie. Podajcie też dalej. Co o tym myślicie?

Zachęcam do lektury innych tekstów, a na przykład poprzedniego o głosach z zaświatów >>>

Jeśli podoba ci się tematyka prehistoryczna może zainteresuje cię również to >>>
 

Bibliografia wpisu:

1. Czy giganci faktycznie istnieli? >>>
;
2. GIGANCI – CZY BIBLIJNI NEFILIMOWIE ISTNIELI NAPRAWDĘ? >>>;
3. Kim byli ludzie z Adeny? Jak odnaleziono kości gigantów >>>

sobota, 8 lutego 2020

#77 Historia nauczycielką życia | Głosy z zaświatów

Czyli m.in. o tym, że mumia może przemówić


W styczniu br. świat nauki obiegła wiadomość, że naukowcom z Wielkiej Brytanii udało się odtworzyć głos kapłana egipskiego o imieniu Nesyamun, który żył ok. 3 tys. lat temu za panowania Ramzesa XI (1103-1070) - ostatniego władcy XX dynastii. To coś zupełnie niecodziennego. Możliwość usłyszenia czyjegoś głosu sprzed tylu tysiącleci to prawdziwa gratka dla fanów historii i nie tylko.

Mumia Nesyamuna znajduje się na co dzień w muzeum w Leeds. To szczątki doczesne kapłana z Teb (dzisiejszy Luksor), który zmarł w wieku ok. 50 lat. Spekuluje się, że mógł zostać uduszony lub zmarł na skutek reakcji alergicznej po ukąszeniu owada; wówczas miał ucierpieć jego język.

fot. OpenClipart-Vectors, Pixabay.com
Ktoś może ciągle pozostaje nieprzekonany: jak ktoś nieżyjący od tak dawna może nagle przemówić. Już spieszę z wyjaśnieniem. Brytyjscy naukowcy rzecz jasna w żaden sposób nie próbowali wskrzesić umarłego kapłana, ale z pomocą najnowszych technologii najpierw zrekonstruowali aparat mowy Nesyamuna, a następnie odtworzyli dźwięki wydawane przez niego. Nie będziemy tutaj wnikać w szczegóły wykorzystanych technologii; wspomnijmy tylko, że cały projekt został zainicjowany już w 2013 r. Wyniki prac prowadzonych przez tęgie umysły z różnorodnych dziedzin znalazły się w magazynie "Scientific Reports".

Upływ 3 tys. lat zrobił swoje, ale mimo braków i usterek w aparacie mowy mumii naukowcom udało się jak wiemy przeprowadzić ciekawe i owocne prace badawcze. Posłuchajcie jak brzmi. Jako kapłan, Nesyamun musiał mieć donośny głos. Ciekawe uczucie, gdy sobie człowiek pomyśli, że słyszy gościa sprzed wieków, no nie?



W internecie dostępne jest zatem króciutkie nagranie jednego dźwięku. Może nas dziwić, że głos cenionego i wysoko postawionego tebańskiego kapłana przypomina jakiś jęk albo beczenie owcy. Naukowcy zapewniają, że nie jest to jeszcze efekt końcowy prac, ale pewien krok milowy, na bazie którego będzie można pokusić się o rekonstrukcję słów, a nawet całych zdań. Czekamy zatem cierpliwie. Dodajmy jeszcze, że naukowcy zamierzają wykorzystać swoją interesującą metodę, aby oddać głos wielu innym zacnym osobistościom sprzed lat, które znów po wiekach, a nawet tysiącleciach mogłyby przemówić.

Przy okazji tworzenia tego tekstu dowiedziałem się, że istnieje również nagranie głosu jegomościa o imieniu Otzi. Chodzi o mumię człowieka sprzed tysięcy lat, tzw. "człowieka lodu". Znaleziono ją w Alpach blisko już 30 lat temu. Dzięki dobrze zachowanym szczątkom udało się odpowiedzieć na wiele ważnych pytań na temat ludzi sprzed wieków. Niestety nie do końca udało się ustalić jak w rzeczywistości funkcjonował aparat mowy Otziego. Mimo to bazując na przesłankach i podpierając się intuicją naukowcy opracowali nagranie zestawu samogłosek wypowiadanych w taki sposób, w jaki prawdopodobnie wypowiadał je Otzi za życia. Ciekawe, prawda?



To tyle prehistorii i historii starożytnej na dziś. Pozostało jeszcze bodaj najważniejsze - nauka, wnioski jakie płyną z tego naszego dzisiejszego spotkania z Historią Nauczycielką Życia.

Na trumnie Nesyamuna znajdował się podobno zapis głoszący, że kapłan chciał być słyszany również po śmierci. To nie była jakaś zachcianka, ale pragnienie wynikające z wierzeń. Kapłan nie mógł przypuszczać, że po 3 tys. lat ktoś poniekąd umożliwi mu realizację marzenia. Tak sobie myślę, że wielu rzeczy, spraw dzisiaj nie wiemy. Co by było, gdyby to ktoś z nas był na miejscu Nesyamuna? A nikt nie gwarantuje, jak potoczą się losy naszych ciał. No, chyba że wcześniej nastąpi koniec świata.

Niejaki ks. Pawlukiewicz świetnie zauważył, że ludzie, których w Pompejach zalał Wezuwiusz nawet w najskrytszych snach nie mogli przypuszczać, że po upływie wieków ich ciała będą oglądane przez turystów; i to nieraz ciała w pozycjach nader intymnych.

A gdyby tak teraz nagle nastąpił koniec świata albo po prostu jakaś katastrofa, to co byłoby z nami? Co byśmy po sobie zostawili? Coś wartościowego, czy kompletne badziewie? Nie chodzi tu oczywiście tylko o rzeczy materialne, ale przede wszystkim spuściznę, dokonania, bogactwo kulturowe, itp.

Te zamieszczone wyżej historie opowiadają o realizacji marzeń, o możliwości "wypowiadania" się nawet po upływie tysiącleci, o przekraczaniu barier dzięki technologii, ale właśnie nade wszystko to historie o tym, żeby jak najlepiej wykorzystywać dany nam czas i pamiętać, że czy tego chcemy, czy nie, historia jest splotem tego co było, jest i będzie.

A co ja po sobie zostawię?

Wpis o rzekomo polskich korzeniach Krzysztofa Kolumba >>>





Bibliografia wpisu:

1. Mumia przemówiła zza grobu. Posłuchaj >>>
;
2. Odtworzono głos egipskiego kapłana sprzed 3 tys. lat >>>;
3. Przemówił! Posłuchaj głosu martwego od 5 tys. lat człowieka lodu! >>>

sobota, 25 stycznia 2020

#76 Historia nauczycielką życia | CH/5 Opowieść o trzech braciach

Czyli o tym jak dotrzeć do celu


Pewnego razu trzech braci stanęło u wejścia do tunelu. Nazwijmy ich Alfusem, Betem i Gammem. Ich zadanie było wielce karkołomne: mieli przed sobą siedem komnat. Z każdej prowadziło kilka ścieżek. Na ścianach i wśród licznych tam rekwizytów znajdowały się wskazówki jaką drogę wybrać, żeby szczęśliwie przejść wszystkie komnaty. Co ważne, drzwi prowadzące do dróg, z których jedna wiodła do kolejnej komnaty, a inne były pułapkami, po pewnym czasie zamykały się i nie było już odwrotu, dlatego trzeba było się spieszyć żeby nie zostać więźniem w którejś z komnat na zawsze. A u celu czekała nagroda...


fot. 132369, Pixabay.com

Trzej bracia przekroczyli próg pierwszej z komnat. Ich oczom ukazały się przepiękne malowidła, oraz najróżniejsze przedmioty, cudne dla oczu i rozbudzające zmysły człowieka. Pierwszy z braci, Bet, był nimi szczególnie poruszony; wprost nie mógł oderwać wzroku od najróżniejszych detali i wyobrażeń, które tam się znajdowały. Drugi z kolei, Alfus, przyglądał się wszystkiemu wnikliwie, ale przede wszystkim analizował malowidła, inskrypcje i przedmioty pod kątem ich przydatności i wskazówek, jaką drogą pójść dalej. Znajdowało się tam m.in. wiele motywów z przeszłości i teraźniejszości, a także prognoz na przyszłość.  Co więcej, Alfus dzielił się swoimi przemyśleniami z braćmi i zachęcał ich do pójścia drogą, która wydawała mu się najwłaściwsza; dzielił się swoimi argumentami, które wykoncypował z analizy wskazówek; pytał również braci o zdanie. Bet nie zwracał jednak uwagi na Alfusa. Trzeci brat o imieniu Gamm podobnie: przemknął niepostrzeżenie i skrycie wyśmiewał postawę obu swoich braci. Wybrał pierwsze lepsze drzwi z nadzieją dotarcia do kolejnej komnaty.

Tak też się stało. Z jeszcze większym politowaniem ów trzeci brat myślał o dwóch pozostałych, gdy zorientował się, że bez żadnych "ceregieli" znalazł właściwe drzwi i już był w komnacie numer 2. Rozejrzał się z pogardą po ścianach i przedmiotach. Znowu na chybił trafił wybrał drzwi i... był już w komnacie trzeciej! Teraz już śmiał się wniebogłosy ze swoich braci. Jakby od niechcenia przechadzał się po wnętrzu komnaty trzeciej i choć była jeszcze cudniej urządzona niż dwie poprzednie, niespecjalnie cokolwiek go interesowało. Podniósł nawet jeden okazały zabytkowy dzban i cisnął go w lustro, które z hukiem rozsypało się na kawałki. Gdy ów brat miał ochotę wyrządzić jeszcze jakieś większe szkody nagle zorientował się, że Alfus wszedł do tej samej komnaty, pozdrowił go i zabrał się za podziwianie eksponatów. Nie zapomniał również zachęcić Gamma do pójścia wybraną przez siebie drogą. Potrafił docenić kunszt malowideł i rekwizytów, ale przede wszystkim szukał tam wskazówek, jak iść dalej. Gamm odpowiedział bratu jedynie wrogim spojrzeniem i pobiegł dalej, do pierwszych lepszych drzwi. Rozejrzał się wkoło i zorientował, że jest w czwartej komnacie. Odczekał chwilę, a po chwili nie zważając już na nic wybrał kolejne drzwi i znalazł się w następnej komnacie. Ponownie odczekał chwilę i zaraz zabrał się za szukanie kolejnych drzwi.

Wszedł znowu na chybił trafił. O ile w poprzedniej komnacie już czuł się nieswojo, o tyle teraz to uczucie jeszcze się wzmocniło. Mimo to nie spoglądając na ściany i przedmioty wybrał kolejne drzwi. Dopiero teraz rozejrzał się dokoła i zdał sobie sprawę z tego, że zabłądził. To już nie była cudna komnata, ale jakieś byle jakie pomieszczenie. Na próżno Gamm próbował znaleźć jakieś wskazówki. Ich już tam nie było. Żadnych. We wcześniejszych komnatach można było przynajmniej znaleźć wskazania na wypadek zgubienia się, ale teraz już nie było odwrotu. Póki była szansa, Gamm nawet nie zwracał na nią uwagi. Wszystkie drzwi były już zamknięte, nawet te powrotne i nie pomogły rozpaczliwe próby wydostania się z tego ohydnego miejsca. Zrozpaczony Gamm został tam na zawsze. Nie dotarł do wyznaczonego celu.

Bet, po wnikliwej analizie i licznych zachwytach nad pierwszą komnatą z trudem dotarł do drugiej. Do trzeciej dostał się rzutem na taśmę, bo podczas zwiedzania komnaty o mały włos nie zapomniał o odszukaniu wskazówki i wcisnął się przez zamykające się już drzwi. W komnacie numer 5 zabawił jednak na tyle długo, że nie zdążył... Przypuszczał, które drzwi są poprawne, ale one już zamknęły się przed nim i pomimo niezwykle bogatego wachlarza doświadczeń i wspaniałej wiedzy został w komnacie piątej na zawsze. Nie dotarł do wyznaczonego celu.

A co z Alfusem? Ten z braci potrafił nacieszyć wzrok bogactwem każdej z komnat, przez które przechodził. Każda z nich była coraz piękniejsza. Szczególnie ta siódma wprost przykuwała człowieka do siebie swoim arcypięknem. Zachwycony Alfus potrafił jednak wydobyć z komnaty to co najważniejsze - wskazówkę jak pójść dalej - nie tracąc nic z jej bogactwa.

Po wyjściu z komnaty siódmej Alfus nie mógł uwierzyć własnym oczom. Dotarł do wyznaczonego celu, ale to, co tam zobaczył, niech póki co pozostanie tajemnicą. Warto tam dążyć z całych sił.



Moi drodzy,

bardzo się cieszę, że prześledziliście tę historyjkę do końca. Jak widać tym razem nie jest to zapis jakiejś rzeczywistej historii, ale opowieść, która jak wierzę rzuca cenne światło na sprawę podejścia do historii. Myślę, że to jeden z moich ważniejszych wpisów. Nie ukrywam, że postawa Alfusa imponuje mi i chciałbym zawsze podążać taką właśnie ścieżką po drogach historii. Bynajmniej nie oceniam innych jako zupełnie i w każdej sytuacji niewłaściwe, ale najbardziej bezpieczna jest trasa wybrana przez Alfusa. Marzę o tym, żeby ten blog był tego typu podążaniem za Historią, która jak wiemy jest nauczycielką życia.

A co Ty o tym wszystkim sądzisz?

Zachęcam również do lektury innych tekstów z miniserii Cięta historia, przykładowo tego: #69 Historia nauczycielką życia | CH/4 Dwóch ludzi, trzy historie? Zerknijcie też do poprzedniego blogowego tekstu o polskich korzeniach znanego odkrywcy oraz do innych, które znajdziecie na tym oraz drugim moim blogu.

A jeśli wpis/wpisy spodobały Ci się, proszę o ich polubienie i udostępnienie. Jak zawsze proszę też o komentarze i Wasze opinie. Bądźmy jak Alfus :) Dzięki wielkie.

sobota, 11 stycznia 2020

#75 Historia nauczycielką życia | Krzysztof Kolumb - Polak, który odkrył Amerykę?

Czyli m.in. o tym, że ojcem Krzysztof Kolumba mógł być polski król - Władysław III Warneńczyk


Witam Was bardzo serdecznie na moim blogu historycznym po raz pierwszy w tym ciągle jeszcze nowym roku 2020. Jeśli ktoś nie czytał moich zeszłorocznych życzeń w poprzednim wpisie, to gorąco zachęcam do zaglądnięcia tam. A teraz bez zbędnego przeciągania przejdźmy do rzeczy i pierwszego tematu w tym roku. Przyznam, że kiedy pierwszy raz na niego trafiłem, to mocno mnie zaskoczył. Czy kiedykolwiek braliście na poważne hipotezę, że sławny Kolumb, jedna z pierwszych postaci, którą dzieci poznają na lekcjach historii, mógłby mieć polskie korzenie i to jeszcze królewskie? A tak uważa nie jakiś tam autor sensacyjnego brukowca, ale szanujący się pisarz i historyk, który od wielu lat bada biografię Kolumba.

Manuel da Silva Rosa, bo to o tego jegomościa chodzi, urodził się na Azorach i jest portugalskim historykiem-amatorem, profesorem Duke University, biegle władającym siedmioma językami; amatorem, który pisze książki historyczne i od ponad 20 lat bada życiorys najsłynniejszego odkrywcy Ameryki. Wydawałoby się, że dzieje Kolumba prześwietlono już na wszystkie możliwe sposoby, a tymczasem przed laty Manuel da Silva Rosa wygrzebał teorię uznawaną za mocno kontrowersyjną. Nie znaczy to jednak, że nieprawdziwą...

fot. AndPon, Pixabay.com

Już dzieci w szkole wiedzą, że starszy syn Władysława II Jagiełły - również Władysław, zwany Warneńczykiem - poległ 10 listopada 1444 r. w bitwie z Turkami pod Warną. W podręcznikach wzmiankuje się też jednak, że tak do końca to nie wiadomo czy ten król Polski poległ tam, czy udało mu się zbiec. Ciała nie znaleziono... I taka sytuacja spowita nutką niepewności jest doskonałym polem do popisu dla różnorodnych mniej lub bardziej wiarygodnych teorii.

Wspominany Manuel Rosa utrzymuje, że Warneńczyk miał zbiec na portugalską wyspę Maderę i tam się schronić. Tam miano go nazywać Henrykiem Niemieckim (Henrique Alemao). Otrzymał liczne dobra od króla Portugalii. Miał też wziąć za żonę szlachciankę z Portugalii. Doczekali się syna znanego dziś jako właśnie Krzysztof Kolumb, a właściwie Segismundo Henriques. Ciekawe, że Kolumb był już łączony z wieloma nacjami - najczęściej nazywano go po prostu Genueńczykiem. A tu proszę - pan Rosa sądzi, że w odkrywcy Ameryki płynęła polska krew! Kolumb podobno utrzymywał relacje z ojcem i zaznaczał, że ojciec nie chce ujawniać swojego pochodzenia.

Jeśli ktoś uśmiecha się z powątpiewaniem malującym się na twarzy czytając, że Władysław Warneńczyk osiadł na Maderze powinien pamiętać, że w roku 1450 dwaj polscy franciszkanie mieli podobno udać się na wyspę, żeby przekonać się czy pogłoski o obecności tam byłego króla Polski są prawdziwe. Po powrocie zaklinali się podobno na Biblię, że osoba, którą tam spotkali, to Władysław Warneńczyk we własnej królewskiej osobie. Monarcha nie chciał jednak wracać do Polski. Ciekawą informację miał znaleźć również historyk Leopold Kielanowski, który przeglądał archiwa krzyżackie. Znalazł tam informację, że w XVI w. potomkowie tajemniczego Henryka Niemca udowodnili na hiszpańskim dworze swoje polskie korzenie. Daje do myślenia, prawda...?

No dobra, ale dlaczego przez wieki fakt o polskich korzeniach Kolumba nie ujrzał światła dziennego? - zapyta ktoś. Pan Rosa twierdzi, że europejskie dwory ukrywały tożsamość prawdziwego ojca odkrywcy. Za polskością Krzysztofa ma również przemawiać jego wygląd, jak twierdzi Manuel Rosa, bardzo polski wygląd. Portugalski badacz jest chyba do tego stopnia pewny swojej tezy, że gdyby nawet okazało się, iż ojciec Kolumba nie był związany z Władysławem Jagiełłą, uznałby za prawdopodobną hipotezę o tym, że Warneńczyk nie był synem Jagiełły...

A co jeszcze mogłoby świadczyć o polskim pochodzeniu sławnego odkrywcy? Podobno ślub z jakąś zamożną arystokratką, zawarty w 1477 r. i rzekomo zafałszowany testament Kolumba z 1498 r., którego to fałszerstwa miała się dopuścić jakaś rodzina o nazwisku Colombo pragnąc przejąć majątek odkrywcy. Kolumb miał się zatem nazywać Cristobal Colon, a nie Colombo, a jak pamiętamy ukrywał prawdziwe imię i nazwisko, czyli Segismundo Henriques; dodajmy, że imię Zygmunt pojawiało się w kręgach rodziny Jagiellonów. Żeby było jeszcze trudniej, jakiś włoski biskup w jednym z listów przekręcił nazwisko Colon na Columbus. Sam żeglarz nie był zainteresowany sprostowaniem tej ksywy, co też jest podejrzane. Trochę skomplikowane, nie? :)

Cenne światło na całą tę zagadkę rzuciłoby zapewne wykonanie badań DNA. Prawdopodobnie podjęto już jakieś kroki w tej sprawie.

Król Władysław III Warneńczyk - czy to ojciec odkrywcy Ameryki?, fot. wikimedia w domenie publicznej

Polski wątek nie jest jedynym dość sensacyjnym przedmiotem badawczym w biografii Kolumba podjętym przez Manuela Rosę. Sięgając po jego książkę "Kolumb. Historia nieznana" można znaleźć inne tropy, wedle których żeglarz-odkrywca był tajnym działaczem króla Portugalii i wcale nie analfabetą i prostym człowiekiem jak powszechnie się sądzi. Przeciwnie: posiadał wielką wiedzę nawigacyjną, znał przynajmniej trzy języki, znany był w kręgach arystokratycznych jeszcze przed odkryciem Ameryki. Rosa twierdzi, że większość dokumentów poświęconych Kolumbowi jest zafałszowana.

Moglibyśmy pociągnąć tu jeszcze inne wątki dotyczące Kolumba, ale może poprzestańmy póki co na tym polskim, już wystarczająco kontrowersyjnym i sensacyjnym.

A Wy co myślicie o całej tej sprawie? Może dotarliście do jakichś innych dokumentów poświęconych tej kwestii? Chętnie poznam Wasze opinie i znaleziska.

Puentą naszego 75 spotkania z historią niech będzie nauka płynąca z powyższego tematu. Oto ona: jak właściwie zawsze podobnie i dziś z danego przekazu historycznego można zapewne wyciągnąć wiele nauk, szereg wniosków pomocnych w życiu teraz i w przyszłości. Chciałbym, żebyśmy dzisiaj skupili się na jednym dość oczywistym, ale o którym chyba często zapominamy: pozory mylą, a co za tym idzie, nie oceniaj pochopnie. Wielu z nas, podobnie i ja, może się czuć naprawdę zaskoczonymi; może nawet byśmy o tym nie pomyśleli, że Kolumb mógłby być synem polskiego króla, wnukiem monarchy z zielonej stówki :) Pozory nieraz mylą: możliwe, że i wielu współczesnych Kolumbowi nie przypuszczało, że to człek uczony. Ale tego tak na 100% nie wiemy jaki Kolumb był w rzeczywistości. Dlaczego taił swoją tożsamość? Dlaczego jego ojciec nie chciał być rozpoznany? To są pytania, na które niełatwo znaleźć w zupełności zadowalającą odpowiedź. I jeszcze jedno: możemy oceniać czyjeś zachowania zwłaszcza w perspektywie historycznej, ale nie możemy definitywnie ocenić, zaszufladkować postaci. Nigdy wszak nie wiemy, co siedzi we wnętrzu takiej persony...



Bibliografia wpisu:

1. Czy Krzysztof Kolumb był Polakiem? „Po 21 latach badań uważam, że syn Władysława Warneńczyka pasuje najbardziej” >>>
;
2. Czy Kolumb był Polakiem? - wywiad z Manuelem Rosą >>>;
3. Kolumb był Polakiem, synem króla >>>
4. Krzysztof Kolumb potomkiem polskiego króla? >>>;
5. Manuel Rosa: Kolumb był synem polskiego króla >>>;
6. Sekrety żeglarza >>>

sobota, 14 grudnia 2019

#74 Historia nauczycielką życia | Freddy Jackson, duchy i... św. Mikołaj

Czyli m.in. o tym czy trzeba wierzyć w duchy i św. Mikołaja


Jeśli tak dobrze rozejrzymy się po Internecie to bez trudu znajdziemy mnóstwo treści, która skupia się na niewyjaśnionych zjawiskach, trudnych do wytłumaczenia wydarzeniach, rozmaitych zagadkach, itp. Nie da się ukryć, że tego typu kwestie są również w jakiś sposób wpisane w historię i stanowią jej ważny, a dla wielu zapewne najciekawszy jej wycinek. Na końcu pozwolę sobie przedstawić własną opinię na ten temat, a najpierw chciałbym odwołać się do jednego takiego zdarzenia, które w sposób czysto rozumowy nie do końca da się wyjaśnić.

fot. Schmidsi, Pixabay.com

Zginął, ale do zdjęcia stanął...

Z czasów I wojny światowej, a konkretnie z 1919 r., zachowało się tajemnicze zdjęcie. Widzimy na nim lotników - członków tzw. Eskadry Sir Victora Goddarda. W latach 70 XX w. wspomniana fotografia zyskała pewien rozgłos za sprawą niespodziewanego gościa, który został uwieczniony wespół z kolegami.


Ktoś powie: wielkie mi coś! Może w ostatniej chwili podbiegł do ekipy, bo chciał sobie z nimi pstryknąć fotkę. Takie wyjaśnienie miałoby sens tylko w przypadku, gdyby ta osoba, o której mowa, żyła. Problem w tym, że dwa dni wcześniej Freddy Jackson, bo tak nazywał się tajemniczy kompan na zdjęciu, zginął tragicznie uderzony przez śmigło samolotu. Jak potem potwierdzili jego koledzy, rzeczywiście to on został uchwycony na zdjęciu. Właśnie tamtego dnia, kiedy wykonano tę fotografię, odbył się jego pogrzeb. I jak to wyjaśnić?


Duchowe skrajności

Do powyższego zagadnienia można podejść zasadniczo na dwa skrajne sposoby: albo można wyśmiać taką fotkę i pomimo, że nie da się tego, co jest na niej ukazane, logicznie wytłumaczyć, przejść wobec tego obojętnie, jako obok czegoś kompletnie irracjonalnego i głupiego; albo można znów z wielkim przejęciem zakrzyknąć: "duch! to duch!" i z przerażeniem wszędzie doszukiwać się kolejnych duchów. Która postawa jest właściwa? Żadna!

fot. Elionas, Pixabay.com

Osobiście uważam, że duchy jak najbardziej istnieją. Jednak wiem to nie po to, żeby teraz wszędzie panicznie się rozglądać za duchami, wyłaniającymi się to tu to tam. To jest bardzo niezdrowy lęk, a jeszcze groźniejsza jest fascynacja tego typu sprawami. Najgorsze i godne jednoznacznego potępienia są już absolutnie najbardziej skrajne praktyki, czyli wywoływanie duchów. Ktoś kiedyś powiedział, że nigdy nie wiesz, kto przyjdzie na takie zaproszenie i możesz mieć duży problem z wyproszeniem go ponownie na tamten świat. Jeśli ktoś chociaż co niedziela chodzi do Kościoła i jakoś tam przystaje przy kościelnym murku już może się orientować, że istnieje coś takiego jak demony. I to wcale nie jest jakaś tam średniowieczna bajka, ale realne zagrożenie, o czym można poczytać. Z tego typu sprawami naprawdę nie ma żartów!

 Skoro skrajności na aut, to co w zamian?

Zarówno wyśmiewanie kwestii istnienia duchów jak i panika lub fascynacja ich bytowaniem to niewłaściwe postawy. A jaka jest właściwa? Po prostu uznanie faktu, że one są i zwrócenie uwagi na kwestię, do której pisząc ten tekst świadomie zmierzałem: chodzi o obcowanie świętych. Wiem, że ktoś może zarzucić użycie w tym przypadku kościelnego wyrażenia, ale moim zdaniem to jest sprawa arcyważna, najważniejsza w temacie, który dziś poruszamy.

Istnienie świata duchowego dla wszystkich chrześcijan jest wielką zachętą i jednym z filarów nadziei, że to, co przeżywamy tutaj, nie jest końcem wszystkiego. Istnieje życie po śmierci. I chodzi o to, żeby tak przeżyć ten czas tutaj nam dany, żeby również tam się dostać. Wtedy też staniemy się duchami, ale to jest tylko część prawdy. Wtedy będziemy na powrót ciałami i duszami, tylko już przemienionymi, w chwale nieba, a nie duchami czy jakimiś tam cieniami.

Skoro istnieje niebo, istnieje też piekło i tzw. czyściec. I zdarza się, że dusze mogą zjawiać się w naszym świecie przykładowo po to, żeby poprosić o modlitwę w ich intencji, itp. A zatem obecność kogoś zmarłego na zdjęciu to niekoniecznie musi być robota jakiegoś programu graficznego, ale całkiem realne zdarzenie.

fot. Myriams-Fotos, Pixabay.com
A co ma do tego święty Mikołaj? Z wiarą w duchy jest czasami podobnie jak z wiarą właśnie w Mikołaja. Jeśli ktoś dorośnie to nagle staje się kimś kto pozjadał wszystkie rozumy i on już wie, że Mikołaj nie istnieje. To nie będzie z mojej strony wyraz infantylizmu, ale mogę śmiało i stanowczo powiedzieć: św. Mikołaj istnieje!!! Był biskupem Miry i oczywiście po pięknym życiu poszedł do nieba. Może nie do końca wygląda to tak, no wiecie, jak pojmują dzieci (wybaczcie, drogie dzieci :), ale faktem niepodważalnym jest samo istnienie kogoś takiego jak św. Mikołaj. Podobnie jest w przypadku duchów: nie są to wytwory rzekomo zabobonnego średniowiecza i chrześcijaństwa lub coś w stylu ducha Kaspra z bajki, ale jedno jest pewne: one istnieją. I niech to co sobie powyżej powiedzieliśmy będzie nauką jaką historia nam daje w związku z tajemniczym zdjęciem Eskadry Goddarda.

A jakie jest Twoje, droga Czytelniczko i szanowny Czytelniku, zdanie w tej materii?

Trwa grudzień; wcale nie tak dawno skończył się listopad, więc treść tego i poprzedniego wpisu dobrze wkomponowała się w czas, kiedy bardzo wielu z nas częściej przechadza się po cmentarzach. Tak mnie wzięło na tego typu rozkminy :) Wierzę, że komuś choć trochę się podobały i co najważniejsze, uznał je za przydatne.

Do następnego poczytania zatem.

Poprzedni odcinek Historii nauczycielki życia: Nie żyła kilka dni i ożyła >>>

PS To ostatni wpis na Historii nauczyciele życia w tym roku kalendarzowym, a zarazem trzecim sezonie naszych historycznych spotkań. Kolejny wpis ukaże się najprawdopodobniej w pierwszym tygodniu nowego roku 2020. Od poniedziałku zapraszam na mojego bloga biblijnego, gdzie będzie czekać na Was zapowiadana wcześniej niespodzianka. A jeśli z kimś z Was już nie spotkam się w tym roku kalendarzowym już teraz życzę cudownych Świąt Bożego Narodzenia i pięknego, historycznego nowego roku - żebyś coraz bardziej interesował/a się historią, a także zapisywał/a możliwie najwspanialsze karty historii Twojego życia. Wierzę, że mogę na Ciebie liczyć także w czwartym sezonie blogowania. Do siego roku!!! :)


Bibliografia wpisu:

1. 23 najsłynniejsze zdjęcia duchów wszech czasów >>>
;
2. 5 fotografii które do dziś są nie wyjaśnione! Poznaj ich tajemnice! >>>
3. 5 zdjęć, których nie da się wyjaśnić >>>;
4. Największe zagadki w historii świata. Do dzisiaj są owiane tajemnicą >>>