środa, 2 stycznia 2019

#58 Historia nauczycielką życia | Fenomen "trzystu" i posła na Sicz

Czyli m.in. o tym, że rozkaz to rozkaz


Bardzo serdecznie witam Was, moje Drogie i moi Drodzy, w pierwszym wpisie w 2019 r. otwierającym zarazem 3 sezon na Historii nauczycielce życia. Wszystkiego najlepszego!

Na bazie lektury "Ogniem i mieczem" wzięło mnie na następującą refleksję - jak to się stało, że na przestrzeni wieków wykształciło się coś takiego jak posłuszeństwo dowódcy, którego ceną bardzo często była utrata własnego życia? Wiadomo, że w razie ewentualnej odmowy i nieposłuszeństwa spotykał delikwenta dyshonor i inne tego typu nieprzyjemności. Niemniej jest coś niezwykłego w tym, że kodeks rycerski i wszelkie reguły jakimi rządzi się świat ludzi walki, w ciągu wieków miały tak duże znaczenie. Znamy przecież mnóstwo przypadków, gdy na rozkaz dowódcy oddział rzucał się w wir walki i odnosił spektakularne zwycięstwo albo walczył do upadłego, nie opuszczając pola bitwy. Niejednokrotnie rozkaz stawał się ważniejszy od wszelkich innych spraw, m.in. własnego szczęścia, a nawet jak sobie już powiedzieliśmy, życia.

Jednym z najsłynniejszych przykładów jest bitwa w wąwozie Termopile z sierpnia 480 r. p.n.e. Znamy historię 300 bohaterskich Spartan, którzy na czele o wiele mniej licznych oddziałów greckich niż nacierające siły perskie, byli w stanie przez długi czas się bronić powodując poważne straty u przeciwników. I choć koniec końców przegrali, poświęcenie i oddanie wodzowi Leonidasowi zasłużyło na wiekopomną pamięć. Trwają spory wśród historyków ilu wojowników tak naprawdę walczyło wraz ze Spartanami (mówi się nawet o 1000), ale w to dzisiaj nie musimy wnikać; ważny jest wniosek - obrońcy polegli po mężnej walce, oddani sprawie ojczyzny.



Pomnik Leonidasa w Termopilach fot. Pixabay.com

W historii Polski jest kilka bitew, które umownie nazywa się polskimi Termopilami. Pierwsze na liście jest starcie pod Hodowem z 11 czerwca 1694 r. Polskie siły liczące zaledwie 100 husarzy i 300 pancernych zdołały zmusić do wycofania się Tatarów w liczbie ok. 40 tys.; niektórzy utrzymują, że mogło być ich 25 tys., a inni, że nawet 70 tys. W każdym razie bohaterstwo Polaków jest niepodważalne. Termopile w polskim wydaniu powtórzyły się też m.in. pod Węgrowem (3 lutego 1863 r.), Zadwórzem (17 sierpnia 1920 r.), Dytiatynem (16 września 1920 r.) i nad Wizną (7-10 września 1939 r.).

Wróćmy do "Ogniem i mieczem". Pamiętamy pewnie Jana Skrzetuskiego, który udał się jako poseł na bardzo już wtedy niespokojną Sicz, gdzie powstanie kozackie szybko się rodziło. Początkowo to nie on miał jechać, ale jednak pojechał, chcąc m.in. po drodze zobaczyć ukochaną Helenę. Z każdym kolejnym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej napięta aż w końcu było już niemal jasne, że powrót będzie raczej niemożliwy; najbliższa przyszłość posła rysowała się w bardzo ciemnych barwach. Wtedy zdecydował się wysłać swojego sługę Rzędziana, aby ten zorganizował ucieczkę Heleny i jej bliskich do Łubniów, gdzie stacjonowały główne siły hetmana Jeremiego Wiśniowieckiego. Sam jednak postanowił dotrzeć do celu. Przeczytajmy fragment pierwszej części trylogii:

"— Jegomość! hej jegomość!... — rzekł Rzędzian.
Skrzetuski popatrzył na niego szklanym wzrokiem.
Nagle zbudził się z zamyślenia.
— Rzędzian, boisz ty się śmierci? — spytał.
— Kogo? jakto śmierci? co jegomość mówi?
— Bo kto na Sicz jedzie, ten nie wraca.
— A to czemu jegomość jedzie?
— Moja wola, ty się w to nie wtrącaj, ale ciebie mi żal, boś dzieciuch, a chociażeś frant, tam się frantowstwem nie wykręcisz. Wracaj do Czehryna, a potem do Łubniów.
Rzędzian zaczął się drapać w głowę.
— Mój jegomość, juści śmierci się boję, bo ktoby się jej nie bał, toby się Boga nie bał, gdyż Jego to wola żywić kogoś, albo umorzyć, ale skoro jegomość dobrowolnie na śmierć leziesz, to już jegomościn będzie grzech jako pana, nie mój jako sługi, przeto ja jegomości nie opuszczę, bom też nie chłop żaden, jeno szlachcic, choć ubogi, ale też nie bez ambicyjej". 

fragment za: źródło



Kadr z filmu "Ogniem i mieczem". Jan Skrzetuski (Michał Żebrowski) i Helena Kurcewiczówna (Izabella Scorupco); w tle Rzędzian (Wojciech Malajkat) i Zagłoba (Krzysztof Kowalewski)

Skrzetuski mówiąc o swojej woli tak naprawdę ma na myśli dobro ojczyzny i misję, na którą wprawdzie sam się zapisał, ale która była zaaranżowana przez jego pana - księcia Jeremiego. On w duszy pragnął dobra kniaziówny, ale powaga podjętej przez niego misji nie pozwalała mu teraz zająć się osobiście jej ratowaniem. Miał dotrzeć na Sicz, to musiał tego dokonać. Po ludzku sytuacja była tam już taka, że lepiej byłoby wziąć nogi za pas i czmychać. Ale nigdy czegoś podobnego nie dopuściłby się ktoś taki jak Skrzetuski - wierny poddany, na którego liczył zwierzchnik.

A pamiętacie pana Longinusa Podbipiętę? Z tego też był wielki gość, nie tylko ze względu na wzrost. Kiedy już spełnił swój ślub i uciął Zerwikapturem trzy głowy pogańskie jeszcze bardziej stał się bohaterem w oczach innych. Teraz mógł już poślubić jakąś białogłowę. Tymczasem on dobrowolnie zgłosił się na pewną śmierć - postanowił przedrzeć się przez kozacki obóz do króla Jana Kazimierza i przyspieszyć przybycie posiłków pod oblegany Zbaraż. Opis jego bohaterskiej obrony i śmierci jest prawdziwym majstersztykiem. Takich bohaterów, przede wszystkim w świecie realnym, historia znała bardzo wielu. Napiszcie, proszę, w komentarzach Wasze propozycje.

Temat, nad którym dzisiaj się pochylamy, oprócz pozytywnej i chwalebnej strony, ma też niestety tę drugą, niebezpieczną i ponurą. Pomyślmy o wojskach Hitlera czy Stalina; wyobraźmy sobie, że przed nami staje żołnierz, dla którego wykonanie wyroku i rozstrzelanie nas to bułka z masłem. To jest właśnie złowroga moc rozkazu, który potrafi nie tylko wydobyć z człeka pokłady szlachetnej odwagi i męstwa, ale też odkrywa tajniki zła i dewiacji, które również w ludziach są obecne i wyłażą na światło dzienne niczym wąż.

Czego zatem dzisiaj uczy nas historia? Rozkaz jest siłą, która potrafi zjednoczyć wokół jakiejś sprawy nieprzebrane rzesze ludzi, którym przyświeca jakiś cel, ideał, do którego pragną dążyć. Rozkaz jest siłą napędową jednostek, ale i całych zastępów ludzi. Fenomenalny, a jednocześnie tak niebezpieczny... Historia rozkazów to temat na opasłe tomiszcze, gdyż jest nierozerwalnie związany z dziejami człowieka i opiera się na relacjach międzyludzkich, wiążąc osoby i osobę z grupą ludzi w jakiś tajemniczy sposób, o czym przekonujemy się śledząc dzieje ludzi i narodów.

Zachęcam do sięgnięcia po wpis specjalny, który ukazał się przed tym, który właśnie kończysz czytać. Nieco wcześniej opublikowałem inny, różniący się dość znacznie swoją formą od pozostałych. Zerknij też do tych zwykłych teksów jak na przykład tego o mumiach ;) Poza tym może zaciekawi Cię coś z listy wszystkich wpisów blogowych. Serdecznie zapraszam.










środa, 5 grudnia 2018

#57 Historia nauczycielką życia | Notre-Dame de Pologne (wpis specjalny)

Czyli m.in. o tym, jak Polacy pokojowo zdobyli Notre-Dame w Paryżu


Wiem, że stosunkowo niedawno na blogu ukazał się wpis specjalny, w którym prezentowałem moją rozmowę z blogerem Bartoszem Rozwadowskim. Dzisiaj oddaję w Wasze ręce kolejny tekst z kategorii wpisów specjalnych. Skoro jednak 2018 rok jest wyjątkowy dla naszej ojczyzny, to myślę, że nagromadzenie odcinków tego typu da się obronić.

W tym tekście chciałbym się odnieść do niecodziennego wydarzenia, które miało miejsce w słynnej paryskiej katedrze Notre-Dame. Nie będzie to zatem dla nas podróż w jakąś daleką przeszłość, bo wspomniane uroczystości odbyły się 1 grudnia. Niemniej jednak to podniosłe zdarzenie ukierunkowywało myśli uczestników na minione 100 lat historii Polski, a nawet wiele dalej.

Kto jeszcze nie wie o jakim wydarzeniu mowa nie będę go dłużej trzymał w niepewności - chodzi o inaugurację Kaplicy Polskiej w paryskiej katedrze, która przepięknie wpisała się w tegoroczne obchody. Samo poświęcenie kaplicy poprzedziła uroczysta Eucharystia, której przewodniczył metropolita poznański i jednocześnie przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski - abp Stanisław Gądecki. Jak podaje portal PolskiFr w uroczystościach wzięli udział m.in. nuncjusz apostolski we Francji abp Luigi Ventura, kard. André Vingt-Trois, reprezentujący Kościół we Francji, delegat Episkopatu Polski ds. duszpasterstwa emigracji bp Wiesław Lechowicz, rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji, ks. Bogusław Brzyś, rektor katedry Notre-Dame ks. Partick Chauvet oraz przeor klasztoru ojców paulinów z Jasnej Góry, o. Marian Waligóra. W uroczystości wzięli udział marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski i ambasador RP we Francji Tomasz Młynarski.


Obraz Matki Bożej Częstochowskiej w Kaplicy Polskiej katedry Notre-Dame w Paryżu
fot. Historia nauczycielką życia

Kaznodzieja wypunktował najistotniejsze kwestie związane z polską niepodległością i jej brakiem. Słusznie zauważył, że Polska tak naprawdę straciła wolność znacznie wcześniej niż w 1795 r. To zatem więcej niż 123 lata niewoli. Ważną i bardzo niechlubną datą w naszych dziejach jest 1717 r., gdy na tzw. sejmie niemym nie Polacy, ale carat miał więcej do powiedzenia. To już wtedy Polska wolność była tylko jakimś żartem, farsą, a rzeczywistość była smutna i przygnębiająca.

Wiek XVIII był bardzo trudnym stuleciem dla Polski, w którym dokonał się już bardzo realnie upadek Rzeczypospolitej. Oby nigdy nie powtórzyły się błędy, które doprowadziły wtedy do tak wielkiej tragedii.

Nie możemy zapominać, że to właśnie we Francji tak wielu wybitnych Polaków czynnie tęskniło za Polską i to tam polskość była również podtrzymywana.

Kaznodzieja podkreślił jeszcze, że współcześnie dużo się mówi o wolności, np. mężczyzny i kobiety. I to na pewno jest zjawisko bardzo pozytywne. Trzeba jednak zastanowić się czy pod lansowanym pojęciem rozumiemy rzeczywiście autentyczną wolność? To jest bardzo poważna sprawa: jeśli wszak za wolność uznamy samowolkę albo bezprawie, rychło może się ona przerodzić w niewolnictwo i to nie tylko na poziomie ogólnonarodowym, ale może i częściej w życiu jakiejś osoby (na wspomnianym powyżej portalu możecie przeczytać całe kazanie).

Kilka powyższych akapitów może już robić” za dzisiejszą naukę. Dorzućmy coś jeszcze na koniec.

W stosunku do ojczyzny wyróżnić można przynajmniej dwie postawy: miłość i obojętność. Tę drugą cechę przejawiają głównie Ci, którzy uważają, że w końcowym rozrachunku nie ma tak naprawdę znaczenia, którą ojczyznę się ma. Tak sobie jednak myślę, przynajmniej z punktu widzenia wiary katolickiej, ale i nie tylko, że z ojczyzną jest jak z żoną - przystoi, żeby mieć jedną i kochać ją aż do śmierci. Niektórzy uprawiają wprawdzie samowolkę, ale czy wtedy to jest jeszcze prawdziwa miłość. Ojczyznę ma się jedną i jeśli się w niej wyrosło, to trzeba ją kochać i szanować. Jest już chyba jakimś naturalnym prawidłem, że człowiek rodzi się w jakiejś wspólnocie narodowej i to z niej, jak z pnia, wyrasta. I trzeba być wiernym temu pniowi i nie odcinać go, żeby całe drzewo nie runęło.



środa, 21 listopada 2018

#56 Historia nauczycielką życia | Pierwsze i najgłębsze pragnienie

Czyli m.in. o tym, że śmierć nie oznacza końca


Była sobie pewna dziewczynka, która miała poważny problem - chciała przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej, ale na to nie godził się jej ojciec. Potajemnie udało się jej jednak zrealizować swoje wielkie pragnienie za co zapłaciła najwyższą cenę - poniosła śmierć z rąk własnego ojca, który wpakował jej nóż w klatkę piersiową. Wydarzyło się to wszystko ok. 300 lat temu.

Ta dziewczynka, znana jako Santa Inocencia, spoczywa dziś w katedrze w meksykańskiej Guadalajarze. Kilka lat temu w Internecie można było znaleźć nagranie, na którym... zmarła otwiera oczy. Zresztą zobaczcie sami (jeśli nie jesteście zbyt wrażliwi).


 

Muszę Was jednak nieco zawieść - z kościelnych dokumentów wynika, że powyższa historia to tylko pobożna legenda. Prawda jest podobno taka, że Inocencia jest jedną z męczennic i męczenników pierwszych wieków chrześcijaństwa i początkowo jej relikwie znajdowały się w pokaźnym kompleksie rzymskich katakumb (Corpo Santo - święci z katakumb). Stamtąd miały zostać zabrane w 1787 r. i rok później trafiły do klasztoru sióstr augustianek w Guadalajarze. Z kolei w 1925 r. znalazły się w tamtejszej katedrze.

Wygląda też na to, że nie całe ciało dziewczyny jest oryginalne - prawdopodobnie niektóre elementy zostały dołożone. A co z otwierającymi się oczami? Niektórzy mogą to uznać za cud, inni potraktują to jako fotomontaż.

Santa Inocencia to nie jedyna "śpiąca królewna". Ten kto uda się do katakumb Kapucynów w sycylijskim Palermo zobaczy szklaną trumnę, w której spoczywają doczesne szczątki niejakiej Rosalii Lombardo, dziewczynki, która zmarła na zapalenie płuc nie dożywszy swych drugich urodzin; było to 6 grudnia 1920 r. Jest ona czasami uznawana za najpiękniejszą mumię świata. Istotnie jej ciało zachowało się w wyjątkowo dobrym stanie do czasów współczesnych. To właśnie ją pochowano jaką jedną z ostatnich w niezwykłych i tajemniczych katakumbach wspomnianych Kapucynów. Oprócz małej Rosalii można tam znaleźć zabalsamowane ciała mnichów i zamożnych osób świeckich, ale to już raczej osobny temat. Wróćmy do "śpiącej królewny".

Rodzice i bliscy dziewczynki nie mogli pogodzić się ze śmiercią córeczki, dlatego jej ojciec - sycylijski generał - poprosił najznamienitszego balsamistę - Alfreda Salafiiego - aby zachował ciało zmarłej po wszystkie wieki. Efekt jego pracy oceńcie sami; przypomnijmy, że minęło już blisko 100 lat.





Po wielu latach pewien antropolog dogrzebał się do notatek słynnego, już nieżyjącego, balsamisty. Okazało się, że przyczyna tak dobrej kondycji ciała Rosalii tkwi prawdopodobnie w substancjach, którymi zostały zastąpione naturalne płyny ustrojowe dziewczynki. Alfred Salafii wykorzystał roztwór formaliny, gliceryny, kwasu salicylowego, alkoholu i soli cynku. Dzięki takiej miksturze również wewnętrzne narządy są w bardzo dobrym stanie.

Wiem, winny Wam jestem wyjaśnienie - na powyższym nagraniu wyraźnie widać, że dziewczynka otwiera oczy! Czy można to wyjaśnić podobnie jak w przypadku Santy Inocencii? Fakt faktem, że zbyt wilgotne środowisko w jakim znajdowała się trumna z mumią było przyczyną umieszczenia ciała w szklanej skrzyni wypełnionej azotem, aby przeciwdziałać drobnym oznakom psucia się. Od tego momentu ciało znajdowało się w pozycji poziomej. Niektórzy próbują tłumaczyć, że nie do końca domknięte powieki dziecka oraz promienie światła przechodzące przez ściany szklanej skrzyni wywołują iluzję optyczną.

Ci, których taka interpretacja nie zadowala, w tym mnisi, utrzymują, że to duch dziewczynki powrócił do jej mumii. Poza tym podobno czasami można usłyszeć jak dziewczynka wzdycha, a jej ciało wydaje lawendową woń...

Historia zna też przypadki, gdy to sama natura bez ingerencji człowieka dokonuje mumifikacji. Zaskakują jednak doskonałe efekty takich samoistnych procesów. Jednym z najwymowniejszych przykładów jest dziewczynka inkaska, która mimo upływu 500 lat zachowała się w doskonałym stanie. Znaleziono ją w pobliżu argentyńskiego wulkanu świetnie zachowaną dzięki działaniu niskich temperatur.

W chwili śmierci miała zaledwie 15 lat i najprawdopodobniej została złożona bóstwom w ofierze. Naukowcy twierdzą, że nie były to ceremonie (zwane capacocha) zbyt częste u Inków, a dokonywano ich w obliczu wyjątkowych zdarzeń jak np. śmierć władcy czy klęska głodu.

Badacze, zachwyceni stanem zachowania mumii, twierdzą również, że próbki pobrane z jej ciała mogą pomóc w walce z wieloma obecnymi i może też przyszłymi chorobami. Stwierdzono bowiem, że Inka cierpiała na chorobę podobną do gruźlicy.

Przyznam się, że w dzisiejszym wpisie miałem poruszyć jeszcze te kwestie, które uważam za najistotniejsze, a powyższe treści miały być tylko wstępem. I owszem są wstępem, ale już do kolejnego tekstu :) Uznałem, że ten tekst byłby zbyt obszerny.

To, o czym mówiliśmy sobie dzisiaj, blednie w konfrontacji z tym, o czym powiemy sobie następnym razem.

Ktoś może zapytać, dlaczego w ogóle wzięło mnie na tego typu rozważania. Powód jest dość oczywisty. Listopad, generalnie koniec roku, to czas kiedy częściej niż zwykle przechadzamy się po cmentarzach. Wierzący zanoszą ku Górze modły za dusze bliskich zmarłych, niewierzący przynoszą kwiaty i po prostu odwiedzają miejsca pochówku znajomych.

Mam takie głębokie przekonanie, że bez względu na to czy ktoś jest wierzący, czy nie, gdzieś tam na dnie serducha, może nawet po części albo całkowicie nieświadomie, tęskni, woła o  nieśmiertelność. Paradoksalnie może nawet się jej bać, może lękać się przyszłych konsekwencji swoich wyborów w tym życiu, ale gdzieś tam człowieka naturalnie ciągnie do czegoś pozazmysłowego. Taka jest moja opinia, można się z nią nie zgodzić, ale obecny czas listopadowy skłonił mnie do tego typu przemyśleń. Bardzo liczne przypadki mumifikacji też po części to potwierdzają. Nie wierzę też w to, że jeśli ktoś popełnia samobójstwo nie pragnie gdzieś tam bardzo głęboko w sobie szczęścia wiecznego, chociaż problemy dnia codziennego, może też zawirowania w psychice przysłaniają te piękne pragnienia. Zwłaszcza ten akapit niech będzie nauką z historii po naszym dzisiejszym spotkaniu.

A Wy, co o tym sądzicie? Jeśli czytasz też wpis, odezwij się proszę w komentarzu. Ciekaw jestem Waszych opinii.


fot. kellepics (Pixabay.com)

Pozdrawiam Was zatem serdecznie i już teraz zapraszam na kolejny wpis, który będzie poniekąd kontynuacją dzisiejszego, o czym wcześniej wspomniałem. A jak macie chwilę odsyłam do tekstu, który może również rzucić cenne światło w tym temacie.










sobota, 10 listopada 2018

#55 Historia nauczycielką życia | "RozBria-jające" stulecie (wpis specjalny)

Czyli historyczne rajcowanie dwóch blogerów


Nie będzie niczym odkrywczym jeśli powiem, że 100 rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości to coś absolutnie wyjątkowego zwłaszcza dla tych, którzy pasjonują się historią. Myśląc o napisaniu kolejnego tekstu na bloga historycznego również zachodziłem w głowę co by tu przygotować z tej okazji. I w końcu przyszło natchnienie – pomyślałem, że zadam kilka pytań blogerowi Bartoszowi Rozwadowskiemu, który jest autorem bloga RozBria. Bartosz to wielki pasjonat historii; tworzy na jej temat interesujące teksty, do których lektury zachęcam. Jest ponadto laureatem aż dwóch nagród, które przyznawałem z okazji rocznic moich blogów – chodzi o takie wyróżnienia jak Złoty Raban i Laur Przyjaciela Historii.


Oto co wyszło z naszych historyczno-rocznicowych rozkmin.





fot. DanXaw (Pixabay.com)



Historia nauczycielką życia: Witaj, Bartoszu. Bardzo dziękuję Ci, że zgodziłeś się odpowiedzieć na kilka pytań, które postanowiłem zadać z okazji 11 listopada. Na początek chciałbym Cię zapytać czym dla Ciebie jest historia. Czy też, podobnie jak dla mnie i wielu, nauczycielką życia?

Bartosz Rozwadowski: Witajcie wszyscy. Miło jest wystąpić w Twoim wpisie i z miłą chęcią odpowiem na kilka pytań. Historia dla mnie nie tylko jest nauczycielką życia, ale też czymś więcej. Tym czymś jest tak naprawdę pamięć o naszych przodkach i ich dokonaniach, które zostały lepiej lub gorzej zapamiętane przez nas i przez systemy nauczania.

Hnż: A czym jest dla Ciebie patriotyzm? Jak skutecznie o nim mówić i pisać współcześnie, zwłaszcza do młodych odbiorców?

BR: Dla mnie patriotyzm to nie hasła typu “Polska dla Polaków” ani typu “Wszyscy jesteśmy równi wobec naszego kraju i naszej pamięci”. Dla mnie to jest pamięć o naszym kraju i próbowanie żyć według tego co może wpłynąć jak najlepiej na nasz kraj i jego rozwój. A do tego co nasza Ojczyzna nam daje. Jeszcze trzeba pamiętać, że patriotyzmu nie należy mylić z nacjonalizmem, faszyzmem ani innymi tego typu ideologiami. Raczej trzeba pamiętać, że kraj wymaga, abyśmy byli jak najlepszymi Polakami i wykonywali jak najlepiej nasz obowiązek bycia obywatelem - niezależnie od tego kim się urodziliśmy. W przypadku pisania we współczesnym świecie dla współczesnego Polaka dla mnie to tak naprawdę przekazywanie tego co jest rzeczywiście wartościowe i tego co może przypomnieć każdemu, niezależnie od wieku, kim jesteśmy, czego od nas się oczekuje jako Polaków i w jaki sposób powinniśmy się zachować. W przypadku podziału wieku odbiorców to trzeba tak naprawdę dostosować nie tylko język, ale też informacje, które do danego odbiorcy dotrą. Weźmy na przykład możliwości związane z edukacją w danej epoce (chodzi mi tutaj o podział na czasy PRLu i współczesne). Tak jak sam zauważam jest różnica w wiedzy, jedni są bardziej wyedukowani i specjalizują się w danej dziedzinie, a inni poszli całkowicie w innym kierunku. Wiedzą wiele szczegółów w temacie ogólnej historii.

Hnż: 100 lat po odzyskaniu niepodległości to szmat czasu. Jakie kroki, według Ciebie, powinniśmy podjąć u progu kolejnej setki naszej historii, żeby nie zmarnować dorobku lat minionych? A może nie powinniśmy robić nic szczególnego…?

BR: Według mnie powinniśmy robić jak najwięcej dla współczesnej historii. Im więcej zrobimy, aby zapamiętano nas takich jakimi powinniśmy być, a nie takich na jakich nas próbują kreować; to coś więcej niż tylko pamięć w danym regionie lub społeczeństwie, ale też na całym świecie. Dla mnie to jest naprawdę patriotyzm i dbanie o naszą ojczyznę i pamięć o naszych przodkach, którzy walczyli o dobro wszystkich.

Hnż: Jakich rad, jako bloger z zacnym stażem, udzieliłbyś wszystkim, którzy piszą lub chcą pisać o historii? Z tym wiąże się również kwestia tego, jak zachęcać ludzi, szczególnie tych najbardziej opornych i obojętnych, do zainteresowania się przeszłością.

BR: Odpowiadając na pierwszą część pytania to mogę stwierdzić jedynie, że niby piszę od paru lat, ale czuję, że nadal odkrywam historię tak jak na samym początku pisania na swoim blogu. Jest to dla mnie nadal coś wielkiego. Jedyna różnica jest taka, że na początku interesowałem się tylko ogólną historią i chciałem odnaleźć coś ciekawego dla siebie w historii. Dopiero z czasem docierało do mnie, że zacząłem interesować się paroma aspektami, które dla mnie nadal skrywają wiele tajemnic. W przypadku doradzenia początkującym blogerom chcącym pisać na temat historii to mam poradę tylko jedną. Spróbujcie odnaleźć swoją niszę i zacznijcie interesować się tym aspektem. Każdy może odnaleźć coś dla siebie. Chcąc wpłynąć na osoby oporne na historię to mogę zaproponować zabranie takiej osoby po okolicy w jakiej się mieszka i pokazanie miejsc związanych z historią. Co za tym idzie trzeba przekazywać informacje historyczne, rozpoczynając od tych ogólnych kończąc “wisienką na torcie”, czyli takich kąskach historycznych, które mogą dać naprawdę wiele dla osób, które nawet interesują się historią.

Hnż: Która epoka historyczna jest Twoją ulubioną i dlaczego? A może nie masz takiej epoki i wszystkie lubisz jednakowo?

BR: Ja się śmieję, że mam dwa okresy, które mnie najbardziej interesują. Jest to okres II wojny światowej, gdzie część rozkazów było przekazywanych słownie (szczególnie w hitlerowskim wojsku) oraz okres od najdawniejszych czasów aż do wczesnego średniowiecza, gdzie jest mało dokumentów pisanych, które mogłyby potwierdzić cokolwiek (na przykład moment powstania zalążków polskiej państwowości).

Hnż: A może zdradzisz nam jaki jest Twój ulubiony film o tematyce historycznej i książka? I dlaczego?

BR: Mogę zdradzić. Dla mnie nie jest to tajemnica. Wielkim szacunkiem darzę polski serial dokumentalny “Sensacje XX wieku” prowadzony przez pana Wołoszańskiego. Po tylu latach po pierwszej premierze nadal z miłą chęcią wracam do tych odcinków i nadal zgarniam garściami ciekawostki, które mogłem ominąć jako młody człowiek. W przypadku książki to obecnie czytam wspaniały wolumin pod tytułem “Słowiański rodowód” autorstwa Pawła Jasienicy. Przez przypadek książka ta trafiła do moich rąk i naprawdę czyta mi się ją prawie jednym tchem. Jest ona pisana prostym językiem na temat naszych przodków na terenach Słowiańszczyzny.

Hnż: Dlaczego zacząłeś pisać o historii? Jeśli chcesz możesz powiedzieć, jakie były początki Twojego bloga RozBria i jak doszedłeś do już ponad 100 tekstów i bardzo wielu obserwatorów, zwłaszcza na Twitterze. I gdzie Cię poza blogiem można jeszcze znaleźć w Internecie?

BR: Rozpocznę od samego początku mojego blogowania, bo według mnie to od tego powinienem zacząć. Na samym początku poczułem chęć dzielenia się w internecie swoimi opiniami na przeróżne tematy. Powoli kluło się we mnie coś co nie mogłem określić, że to właśnie historia. Spróbowałem na jednym z wcześniejszych blogów tworzyć teksty o tematyce historycznej i zauważyłem, że z czasem ludzie nimi się interesują. To co pamiętam to pisałem wtedy o wiele gorzej niż teraz, chociaż nadal jest mi daleko do ideału pisarza lub człowieka piszącego poprawnie w języku polskim. Zrozumiałem, że nie mogę podjąć się pisania na temat historii z takimi błędami. Z tego powodu podjąłem decyzję, że ostatni blog zamknę, Myślałem, że podjąłem dobrą decyzję. Niestety ciągnęło mnie do dalszego tworzenia i dzielenia się swoją opinią. Przez pewien czas walczyłem z tym, ale blogowanie wygrało i rozpocząłem tworzenie obecnego bloga. Nie będę się rozpisywał na temat jak powstała nazwa bloga, bo to osobna historia. Pierwsze teksty były przygotowywane naprawdę szczególnie, bo nie wiedziałem jak się przyjmą, a nie chciałem otwierać i po krótkim czasie zamykać kolejnego bloga. Teraz trudno jest mi sobie wyobrazić, że mogłem codziennie zaglądać i specjalnie sprawdzać ile osób oglądało teksty oraz przejmować się, że tak mało osób zagląda - w porównaniu z tymi liczbami jakie obecnie widzę. W przypadku rosnącej popularności mojego bloga i tym samym też liczby czytelników, nie mogę zaprzeczyć, że to zasługa długiej i ciężkiej pracy dobierania odpowiedniej tematyki tekstów, wybierania pomysłów, które mają być realizowane oraz mojego samozaparcia. To ostatnie dla mnie ma duże znaczenie. Powodem jest to, że przez ten czas co piszę miałem okresy, kiedy chciałem rezygnować z ciągnięcia bloga dalej i przekazania go komuś innemu. Dzięki stwierdzeniu, że jakoś to będzie i dawania sobie co pewien czas krótkiego odpoczynku jakoś wytrwałem. Co za tym idzie mogłem wpadać na kolejne pomysły co dalej mógłbym podać. Dzięki temu doszedłem do tej liczby tekstów, które są na blogu. Co do liczby obserwujących na Twitterze to zasługa tego, że jestem sobą, nie tylko blogerem, ale też człowiekiem, ojcem, mężem i facetem, który potrzebuje z kimś porozmawiać. Najczęściej można mnie tam znaleźć, chociaż korzystam jeszcze z Facebooka, ale zdecydowanie rzadziej - ma dużo niepotrzebnych rzeczy. Co do innych portali społecznościowych to testowałem kilka i gdzieś tam mogły pozostać jeszcze moje dane, ale moja obecność już dawno przeminęła.

Hnż: Byłeś jedną z osób, która najwcześniej zaczęła czytać moje blogi, zwłaszcza Historię nauczycielkę życia. Jak to się stało, że do mnie trafiłeś?

BR: Nie pamiętam, na który tekst na blogu Historia nauczycielką życia trafiłem, ale na pewno na jeden z pierwszych, bo pamiętam, że niewiele wtedy napisałeś na blogu. Na nietrafiony tekst wpadłem przez przypadek, bo poszukiwałem ciekawych artykułów do mojego ciągu tekstów pod tytułem “Podsumowanie historyczne”. Wtedy akurat Twój blog po raz pierwszy trafił na moją listę, chociaż niejednokrotnie już lądował w kolejnych odsłonach.

Hnż: A czy jest jakiś powód dla którego poleciłbyś mojego bloga Historia nauczycielką życia innym? A może nie widzisz takiego powodu? Zrozumiem (uśmiech) Chociaż skoro mój blog ma zaszczyt wisieć w Twojej zakładce Polecane strony, to chyba coś jest na rzeczy (śmiech)…

BR: Z jakiego powodu polecam? Hmmm…. (śmiech) Tak naprawdę fajnie piszesz i na ciekawe tematy. Wszystko do tego jeszcze “posypane” jest językiem związanym z wiarą katolicką, która obecnie jest też dla mnie ważna i szczególna.

Hnż: I ostatnie pytanie. Czy chciałbyś coś dodać na koniec? Może nasuwa Ci się jakaś puenta naszego dzisiejszego historycznego spotkania?

BR: Nasuwa mi się jedna myśl. Pamiętajmy o naszych przodkach i o tym, że historia lubi się powtarzać.

Hnż: I niech to będzie najważniejsza nauka płynąca z tej pogawędki (uśmiech). Dzięki wielkie raz jeszcze za poświęcony nam czas i miłe słowa. Życzę aby Twój blog nadal się rozwijał i żebyś dostał zaproszenie do radia czy telewizji, bo wiem, że o tym marzysz. Świetnie, że są ludzie tacy jak Ty, którzy poświęcają czas na mówienie i pisanie o historii. A dodatkowo Ty jesteś osobą, która bardzo często jest obecna w mediach społecznościowych. Kończąc, chciałbym Ci też złożyć najserdeczniejsze życzenia urodzinowe, bo chyba gdzieś teraz je obchodzisz? Wszystkiego najlepszego!

BR: Dzięki, że mnie zaprosiłeś do siebie i przygotowałeś te pytania dla mnie. Dzięki temu mogłem się zastanowić nad tym co robię i kim jestem. Co do urodzin to obecnie dla mnie jest to kolejny dzień, w którym się starzeję. Próbuję, aby był to kolejny zwykły dzień, bo jak sobie przypomnę to pojawiają się myśli, że kolejny rok minął, a ja nic nie zmądrzałem, tylko zyskałem kolejne zmarszczki. Dzięki za życzenia urodzinowe. Co do bycia na portalach społecznościowych to próbuję być aktywny, szczególnie na wspomnianym wcześniej Twitterze. Chociaż często z przeróżnych powodów jest mi trudno w ciągu dnia siąść i na bieżąco cokolwiek zrobić.


fot. Tumisu (Pixabay.com)

I Wam również dziękuję za lekturę tego wpisu specjalnego i raz jeszcze zachęcam do odwiedzania bloga Bartosza RozBria. Proszę Was, jeśli tylko macie chwilę i chęci, do pisania w komentarzach Waszych odpowiedzi na pytania, które postawiłem Bartoszowi, szczególnie te dotyczące historii, patriotyzmu, 11 listopada i ulubionych książek i filmów historycznych. A z okazji 100 rocznicy odzyskania niepodległości życzę Ojczyźnie, Bartoszowi, Wam wszystkim i sobie byśmy wespół z Opatrznością pisali kolejne, jak najpiękniejsze karty historii Polski i świata.







środa, 17 października 2018

#54 Historia nauczycielką życia | To one tam żyły?

Czyli m.in. coś o nosorożcach i hipopotamach

Tak się składa, że na Historii nauczycielce życia jeszcze nie pojawił się ani jeden tekst bezpośrednio dotykający prehistorii - czas to zmienić. Do czasów starożytnych sięgałem choćby tutaj i tutaj, ale do prehistorii jeszcze nie nawiązywałem.


Swego czasu natknąłem się na informację o odkryciu przez archeologów prastarych petroglifów (wyrytych w skale rysunków) w skalistym regionie indyjskich miast - Ratnagiri i Rajapur (stan Macharasztra). W takiej sytuacji można zachować się przynajmniej na dwa sposoby: nie przejąć się tym ani trochę; coś w stylu: a co tam, nie mam ochoty rozpływać się nad bazgrołami z niepamiętnych czasów; jest tego sporo na świecie. Inna postawa z kolei polega na czymś w rodzaju: a nuż to będzie coś wyjątkowego... I właśnie tekst, który czytasz, jest wynikiem tego drugiego podejścia do sprawy :)




fot. grafikacesky (Pixabay.com)



Okazuje się, że indyjskie petroglify z jednej strony były czymś odkrywczym, z drugiej nie bardzo. Chodzi o to, że miejscowa ludność wiedziała o ich istnieniu, a niektórzy nawet oddawali cześć tajemniczym rysunkom. Oczywiście dla kogoś spoza lokalnej społeczności takie odkrycie to coś absolutnie niezwykłego.

Co przedstawiają te petroglify? Sa tam wyobrażenia ludzi, zwierząt i figur geometrycznych. Ktoś powie - prehistoryczny standard. Może i tak, ale badaczy szczególnie zaskoczył fakt, że wśród obecnych tam "bazgrołów" znajdowały się hipopotamy i nosorożce. Kto choć trochę orientuje się w tego typu sprawach wie, że hipopotam to zwierzę afrykańskie, a tzw. nosorożec pancerny jest spotykany w Indiach, ale raczej nie na tych terenach, gdzie odkryto petroglify. Może kiedyś mieszkał sobie też na innych terenach Półwyspu Indyjskiego.

Jeśli chodzi o hipopotamy oczywiście niewykluczone, że te istoty podobne do Muminków, wyglądające niewinnie, ale mogące być bardzo niebezpieczne dla ludzi, również zamieszkiwały niegdyś Azję, choć dzisiaj kojarzą się nam z Afryką.

Wedle innej hipotezy pradawni mieszkańcy Indii przywędrowali z Afryki i mieli jeszcze świeżo w pamięci poprzednie siedziby i ryli je sobie odbywając w wyobraźni podróż sentymentalną do dawnej ojczyzny. Może teraz nieco zmyślam z tą podróżą sentymentalną, ale całkiem pokaźne ziarnko prawdy może tkwić w tej migracji przodków Hindusów.


Niektóre z hinduskich rycin (odnaleziono ich ok. 400 w 52 miejscowościach) pokryte były błotem i glebą, inne wyzierały na zewnątrz przyciągając m.in., jak wspomnieliśmy, wyznawców kultów pradawnych. Wiek tych trzeba przyznać ogólnie bardzo dobrze zachowanych petroglifów oszacowano na ok. 12 tys. lat. Ładnie, prawda? A zatem są to jedne z najstarszych tego typu obiektów na świecie. 

Niektórzy naukowcy spekulują, że petroglify wyszły spod rąk jakiejś nieznanej lub zapomnianej współcześnie cywilizacji, która być może trudniła się zbieractwem i łowiectwem. Ich dzieła nie posiadają żadnych odniesień właściwych kulturze rolniczej.

Trzeba wierzyć, że dalsze badania przyniosą jakieś nowe ustalenia. Na ten cel rządzący w Indiach przekazali 240 mln rupii, czyli ok. 12 tys. zł.

Podsumowując, owe indyjskie reliefy są wyjątkowe ze względu na obecność podobizn zwierząt, które współcześnie mało albo w ogóle nie kojarzą się z Indiami. Mało tego - ze względu na unikalny charakter petroglifów i brak podobieństw do innych odkryć tego typu naukowcy spekulują, że maczali w tym palce przedstawiciele ludu nam nieznanego lub zapomnianego.

I znowu przyszedł czas na wyłuskanie jakiejś nauki z naszego dzisiejszego spotkania z historią. Myślę sobie, że odkrycie, nad którym się rozwodziliśmy, jest kolejnym dowodem na piękno historii. Czym ono między innymi się objawia? A no tym, że my sobie możemy mieć jakieś tam ustalenia, a życie często weryfikuje to co wiemy. Historia to nie matematyka i w niej nie zawsze 2+2=4. I to jest właśnie pociągające. Ileż jest jeszcze spraw nieodkrytych i takich, o których tu na ziemi pewnie wszystkiego nigdy się nie dowiemy. Musimy zawsze być otwarci na nowe i zaskakujące odkrycia, które mogą przekreślić wiele z tych rzeczy, o których mniemamy, że bardzo dobrze je znamy.

Wiem, że dla wielu może to być nie do przyjęcia, ale ja jestem głęboko przekonany, że kiedyś, w życiu przyszłym, wszystkiego się dowiemy i cała historia wyświetli się przed nami jak w kinie. Warto żyć mając i to na uwadze.