Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postacie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Postacie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 października 2022

#116 Historia nauczycielką życia | CH/12 Od kiedy człowiek to człowiek?

 

Czyli m.in. o tym, że człowiek jest człowiekiem niezależnie od wieku


Przeglądając internet natknąłem się na bardzo ciekawą informację: odkryto prawdopodobnie najstarszy w Europie pochówek dziewczynki w wieku niemowlęcym. Szacuje się, że jego wiek to ok. 10 tys. lat!

Ów pochówek zlokalizowano w jednej z włoskich jaskiń. Badacze sprawy oceniają, że skoro pochowano tam małego człowieka z zestawem różnych kosztownych przedmiotów, to był on, a konkretnie ta dziewczynka, była już kimś ważnym, była pełnoprawnym człowiekiem i członkiem społeczności ludzi w okresie tuż po epoce lodowcowej.

Wspomnianej dziewczynce nadano imię Neve. Jak wynika ze szczegółowych badań, dziewczynka żyła zaledwie 40-50 dni. Podobno znalezione w grobie ozdoby nosiły ślady zużycia, co sugeruje, że były one prezentem dla zmarłego niemowlęcia od członków grupy.

Podobny pochówek dwojga bardzo małych dzieci odkryto też w USA.

foto z Pixabay

Nie wiem jak do Was, ale do mnie ta historia o Neve bardzo przemówiła. Wydaje się bardzo istotna w dobie zastanawiania się nad tym od kiedy człowiek jest człowiekiem. My żyjemy już 10 tys. lat później niż Neve i jej krewni, a nadal mamy problem z oszacowaniem i uznaniem, że człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia i nigdy nim nie przestaje być, bo jego życie się zmienia, ale nigdy się nie kończy...

To niezwykłe, że już tak dawno temu ludzie pochowali z honorami właściwymi dla tamtych czasów tak małą istotę. To zaledwie 40-50-dniowe dzieciątko uznano za prawdziwego człowieka!

Może to tylko hipoteza, ale śmiem twierdzić, że prehistoryczni ludzie widząc kobietę w ciąży nie myśleli, że nosi w sobie coś, jakiś przedmiot, ale wyczuwali, że tam, w brzuchu mamy, rośnie nowy członek ich grupy. Mam jakieś takie przeczucie, że odkąd ludzie osiągnęli zadowalający poziom świadomości, szanowali życie nienarodzonych. To fakt, że w starożytności, np. w Rzymie i Grecji, znano już aborcję. Wydaje mi się, że im człowiek stawał się "inteligentniejszy", częściej sięgał po aborcję. A my współcześni, tak "mądrzy", łamiemy kolejne granice braku poszanowania dla dzieci nienarodzonych.

A może trzeba powrócić do korzeni i po prostu uznać, że zabijanie dziecka, choćby sekundę po poczęciu, to już morderstwo? Dla mnie odpowiedź jest jednoznaczna. A Wy, co myślicie?

Podzielcie się, proszę, opiniami w komentarzach. Dzięki.


środa, 28 września 2022

#115 Historia nauczycielką życia | Dziewczyna Wielbłąd - nieszczęśliwa szczęściara

 Czyli m.in. o tym, że z nieszczęścia można czasem wyprowadzić nieszczęśliwe szczęście

Ella Evans Harper urodziła się w 1870 r. w amerykańskim stanie Tennessee. Przyszła na świat z wyjątkowym schorzeniem - jej kolana zginały się w drugą stronę. Wydawało się, że dla jej rodziny i dla niej samej będzie to cios nie do udźwignięcia, tymczasem okazało się, że rodzący się nurt rozrywkowy pozwolił jej na ciekawe życie. Było to jednak nieszczęśliwe szczęście...

foto: Ella Evans Harper, wikimedia w domenie publicznej

Trzeba odnotować, że w XIX w. w USA popularne stały się występy tzw. "dziwadeł", dzięki którym ludzie z różnymi defektami ciała mieli szansę na zarabianie i godne życie, na co zapewne nie mogliby liczyć poza cyrkiem. Jednym z takich "dziwadeł" była właśnie Ella.

Przez ok. cztery lata Ella była prawdziwą gwiazdą cyrkową. Nierzadko występowała z wielbłądem, dlatego nadano jej przydomek "Dziewczyny Wielbłąda". Po tych czterech latach, uwielbiana przez jednych i krytykowana przez drugich, postanowiła zakończyć karierę, oddać się studiom i rozpocząć normalniejsze życie.

Straciła ojca w tragicznych okolicznościach. W 1905 r. została żoną. Mała córeczka jednak zmarła, podobnie jak później córeczka adoptowana. Na dodatek po pewnym czasie Ella zachorowała na raka i zmarła mając 51 lat w 1921 r.

Wydaje mi się, że jesteśmy w stanie przywołać więcej historii, w których z jakiegoś nieszczęścia ktoś wyprowadza szczęście. Historia Elli, dość tragiczna, pokazuje jednak sytuację, kiedy z nieszczęścia rodzi się szczęście, które jednak okazuje się nieszczęśliwe. To dlatego Ella, będąc u szczytu cyrkowej sławy, decyduje się na powrót do normalnego życia, o które w jej przypadku nie było łatwo, bo była widziana jako wybryk natury, ktoś nienormalny. Pozostaje jednak pytanie: czy kariera cyrkowa rzeczywiście dawała Elii prawdziwe szczęście, czy była tylko jego atrapą?

Historia Elli pokazuje jeszcze coś: ta kobieta uznawana za "dziwadło", różniła się od ludzi zwyczajnych w zasadzie jedynie tym, że jej kolana zginały się w drugą stronę. Ileż to razy my ludzie wyśmiewamy kogoś czy określamy jako zupełnie nienormalnego, podczas gdy ich inność wynika z prozaicznej kwestii. A może właśnie ta inność paradoksalnie jest tym, co przynosi powód do chluby i może być wykorzystane do pięknych celów. A tak przy okazji: według Biblii słowo "Święty", którym często określany jest Bóg, można rozumieć jako inny.

Podsumowując, to co wiemy o życiu Elli Harper to przestroga przed tym, żeby nikogo nigdy nie skreślać. Jest to jednocześnie zachęta, aby w faktycznych czy rzekomych odmiennościach innych, widzieć ich zalety, a nie wady. Oczywiście jeśli ta inność wynika z grzechu, to nie można widzieć w niej dobra, ale jeśli jest po prostu neutralna, najprawdopodobniej może też okazać się zaletą, a nie wadą.

Znacie takie przypadki?

Opiszcie, proszę, w komentarzach.

Z serdecznymi pozdrowieniami!



#17 Historia nauczycielką życia | Czas ucieka..., a co nas czeka? >>>
 
 
Top 3 spośród aktualnie ponad 100 tekstów na blogu z największą liczbą odsłon (stan na 28.09.2022):

1. #95 Historia nauczycielką życia | Stalin świętym...??? Na tropie "niemożliwego" >>>

2. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

3. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>


Bibliotrafia

1. Ella Harper - the Camel Girl, ciekawostkihistoryczne.pl, https://ciekawostkihistoryczne.pl/2022/01/22/ella-harper-the-camel-girl/

2. Do historii przeszła jako dziwadło. Jej życie było naznaczone tragedią, https://kobieta.wp.pl/do-historii-przeszla-jako-dziwadlo-jej-zycie-bylo-naznaczone-tragedia-6731245822610112a

2. "Najwspanialszy wybryk natury". Oto smutna, ale i niezwykła historia Elli, nazywanej wielbłądem, natemat.pl, https://natemat.pl/445066,zadbaj-o-zdrowie-z-oczyszczaczem-marki-hoover-oddychaj-czystym-powietrzem

środa, 31 sierpnia 2022

#114 Historia nauczycielką życia | HW9 / Roboty się "chyć!"

  Czyli m. in. o tym, że długo nie znaczy dobrze


Witam Was w drugim i ostatnim tegorocznym wpisie wakacyjnym! 

 Znacie faraona Pepiego II? Dziś o nim trochę.

Już niebawem dzieci i młodzież, a także wielu dorosłych, czeka powrót do pracy i szkoły. Niektórzy może czekają z utęsknieniem na nowy start, bo już się nie mogą doczekać spotkania z kolegami i koleżankami, inni może chętnie spędziliby jeszcze trochę czasu na wolnym. Tymczasem zbyt długi czas nie musi przełożyć się na późniejsze sukcesy. Chciałbym to przypomnieć na przykładzie faraona egipskiego Pepiego II, choć potraktujmy go jedynie jako symbol.

Pepi II rządził prawdopodobnie w latach:
2245-2180 p.n.e. (Schneider)
2279-2219 p.n.e. (Kwiatkowski)
2246-2152 p.n.e. (Tiradritti / De Luca).

Nie ma zatem zgodności między badaczami, ale trudno, żeby była, skoro ten gość żył naprawdę dawno. Co ciekawe i najważniejsze, przez niektórych Pepi II jest uznawany jako najdłużej panujący władca w całej historii świata! Mógł rządzić nawet 94 lata (!!!), bo podobno wstąpił na tron mając tych lat 6, a potem dożył sobie sędziwego, zwłaszcza jak na tamte czasy, wieku 100 lat.

Nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły dotyczące Pepiego II, których w sumie i tak zbyt wielu nie znamy, ale skupimy się na skutkach długiego panowania jednego z ostatnich faraonów VI dynastii tzw. Starego Państwa. 

Niezależnie od tego czy Pepi II rządził 94 lata, czy trochę krócej, to było zapewne długie panowanie. W wyniku tego administracja państwowa uległa skostnieniu, a poszczególni możni panowie byli niemal samodzielnymi władcami lokalnymi. Rywalizacja między możnowładcami pogłębiła się jeszcze z chwilą śmierci faraona, gdyż rozpoczęła się walka o władzę. 

Generalnie egiptolodzy są zdania, że za Pepiego II Egipt podupadł politycznie i gospodarczo, a faraon został pochowany w południowej Sakkarze w piramidzie noszącej jego imię. Sakkara to miejsce, gdzie byli grzebani władcy Starego Państwa.

Piramida Pepiego II, fot. Autorstwa Jon Bodsworth - http://www.egyptarchive.co.uk/html/saqqara_pyramids_08.html, Copyrighted free use, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1363766 

I jaka z tego wszystkiego płynie dla nas nauka u schyłku wakacji i na progu nowego roku szkolnego? Nie oceniam i nie oskarżam Pepiego II o bezczynność, bo nie był bezczynny. Utrzymywał kontakty handlowe, prowadził też kampanie wojskowe, itp. Niemniej jednak jakoś tak mi się skojarzyło, że jego długie panowanie i nie najlepsze oceny historyków mogą nas nauczyć tego, że zbyt długie wakacje pożytku nam nie przynoszą. Następuje skostnienie i potem jeszcze trudniej powrócić do pracy.

Pepi II, fragment rzeźby z Brooklyn Museum of Art w Nowym Jorku, fot. Autorstwa Keith Schengili-Roberts - Praca własna (photo), CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1625227 

W związku z tym poniższy filmik niech będzie dla nas wszystkich zachętą do wytężonej pracy i stawiania na jakość, nie ilość, bo w pracy też można "zbyt długo panować" ;)

 


Życzę Wam wszystkim udanego wejścia w nowy rok nauki i pracy; proszę o komentarz w temacie powyższego jeszcze wakacyjnego odcinka.

Pozdrawiam Was serdecznie! 

Poprzedni wpis:


 

Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 31.08.2022):


wtorek, 31 maja 2022

#111 Historia nauczycielką życia | CH/10 To ON, naprawdę ON!!!

 Czyli m.in. o tym, że mieszkamy w Ziemi Świętej



Chrześcijanie to bez wątpienia najbardziej logiczni ludzie na świecie. Jednocześnie najbardziej racjonalni. Sporo trzeba się nagimnastykować, żeby nie wierzyć w Boga.
 
Posąg i relikwiarz bł. Carlo Acutisa na Filipinach, foto Autorstwa LubGua987 - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=117514769

Być może znamy albo przynajmniej słyszeliśmy o bł. Carlo Acutisie. To Włoch, jedna z młodszych osób wyniesionych w historii na ołtarze. Mimo młodego wieku, zrobił bardzo wiele i miał bardzo rozsądne podejście do życia. Od czasu Pierwszej Komunii Św. każdego dnia uczestniczył we Mszy św., adorował Pana Jezusa, odmawiał różaniec, co tydzień chodził do spowiedzi św., itp.

Znany jest przede wszystkim z tego, że ewangelizował w internecie, choć w jego czasach internet jeszcze nie był aż tak bardzo rozwinięty jak teraz. Był m.in. autorem stron internetowych o Cudach Eucharystycznych i świętych katolickich.

Choć zmarł na białaczkę w wieku zaledwie 15 lat, jego życie nie było zwyczajne i bezowocne. Przeciwnie: sam mawiał, że nie możemy umierać jako "kserokopie". Poza tym był przekonany, że współcześnie jesteśmy paradoksalnie jeszcze większymi szczęściarzami niż ludzie żyjący w czasach Pana Jezusa, gdyż oni, żeby Go dotknąć, musieli się przemieszczać, co wtedy szczególnie nie było łatwe. My natomiast mamy Boga na wyciągnięcie języka; dosłownie, bo jeśli tylko jesteśmy w stanie łaski uświęcającej, nawet codziennie możemy Go przyjmować do naszych serc. To wielka sprawa, której chyba nie doceniamy. Acutis mawiał też, że mamy pod domem Jerozolimę, bo Pan Jezus jest w każdym kościele w tabernakulum rzeczywiście obecny.

Do czego zmierzam? Do tego, od czego wyszedłem, że wiara w Chrystusa to bardzo logiczna i zdroworozsądkowa postawa życiowa. Wynika to m.in. z:

- gdy się tak szczerze zastanowimy nad otaczającym nas światem to przecież bez trudu uzmysłowimy sobie, że gdyby nie Bóg, to skąd to wszystko by się wzięło; odpowiedzcie, proszę w komentarzu, skąd? Macie jakąś logiczną odpowiedź? ;) Powiedzmy sobie szczerze: poza Bogiem nikt nie ma logicznej odpowiedzi;

- nauka zbadała i potwierdziła do dziś wiele Cudów Eucharystycznych, kiedy to z po ludzku niewyjaśnionych przyczyn Hostia zmieniła się w kawałek mięśnia sercowego, mięśnia w agonii; macie jakieś logiczne wyjaśnienie poza Bogiem? Bądźmy szczerzy: nikt nie ma poza Bogiem;

- a uznane objawienia, egzorcyzmy, itd? Czasami niewierzący zarzucają wierzącym, że skoro nie można w 100 proc. dowieść, że Bóg istnieje, to wobec tego wiara jest mitem. Wielu wierzących daje się nabrać na takie postawienie sprawy, a tymczasem istnienie Boga jest pośrednio udowodnione przez naukę, akceptującą niedające się po ludzku wyjaśnić wydarzenia; bezpośrednio zaś przez odczucia i przekonania ludzi, którzy w swoim sercu doświadczyli Boga. Tymczasem to nie wierzący powinni racjonalizować swoją wiarę, bo ona jest racjonalna, ale spcetpcy winni dowodzić, dlaczego nie akceptują naukowych badań i takich zdarzeń, jak choćby Cuda Eucharystyczne, itp. Bądźmy szczerzy: niewierzący muszą się natrudzić i nagimnastykować, a prawda jest najbardziej oczywista w świecie: BÓG ISTNIEJE!!!

To takie właśnie nauki płyną z tego odcinka. Wszystko co wyżej napisałem wypływa z wielkiej miłości do wszystkich, wierzących i niewierzących. Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga i jednym z największych marzeń Jezusa jest, abyśmy byli jedno.

Naprawdę, szkoda życia na brak wiary, a nie dość, że to psuje życie ziemskie, to jeszcze naraża na utratę życia wiecznego. A tego nikt, na czele z Bogiem, nie chce. To tylko człowiek ma prawo wyboru.

A Ty już wybrałaś/eś?
 

Dziękuję za uwagę i do następnego miłego poczytania.

Poprzedni wpis:

 
Poczytajcie też:


 

sobota, 30 kwietnia 2022

#110 Historia nauczycielką życia | Farmer udowodnił, że Bóg istnieje

Czyli m.in. o tym, że "dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego" (Łk 1,37)

To po prostu nie miało się prawa wydarzyć. W 1983 r. jeden z najbardziej morderczych ultramaratonów świata (z Sydney do Melbourne; 875 km) został wygrany przez... rolnika, farmera. Człowiek ten, który nazywał się Cliff Young, pokonał zawodowców o dwa dni. Przebiegł dystans w ciągu 5 dni. Jak to możliwe???!

Cliff Young w biegu, Autorstwa Vasilijem113-12 - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=32431240


Okazało się, że Young jako farmer wiele dni, nawet ze trzy, biegał po polach za owcami. Pomyślał, że skoro tyle się udawało, to da radę przebiec jeszcze kilka dni więcej.

Gdy zjawił się do zapisów, aby wziąć udział w biegu, chyba nikt nie traktował poważnie jego kandydatury. Dodajmy, że mężczyzna zjawił się w rolniczych butach - gumiakach. Tymczasem jednak on dopiął swego i wystartował, nie mając zupełnie profesjonalnego stroju; tylko buty przywdział sportowe, a reszta to strój farmera.

Prawdopodobnie na skutek pomyłki, po pierwszym dniu biegu, który zdecydowanie przegrał z młodszymi rywalami (oni mieli zazwyczaj poniżej 30 lat, a on już ponad 60!), kolejnego dnia wstał po bardzo krótkim śnie i wybiegł na trasę zdecydowanie przed rywalami. I w kolejnych dniach już tylko zwiększał swoją przewagę. O śnie prawie nie myślał, bo nie wydawał mu się on potrzebny.

Koniec końców jak wiemy zwyciężył. Nawet nie wiedział, że czekała na niego nagroda finansowa! Postanowił ją podzielić między 5 kolejnych zawodników, których uznawał za lepszych od siebie, choć oczywiście ten wyścig z nim przegrali.

Jego styl biegania, początkowo wyśmiany, został później od jego nazwiska określony jako Young Shuffle (Powłóczenie nogami Younga). Uznano go za bardzo ergonomiczny.

Zachęcam też do obejrzenia poniższego filmiku, żeby dowiedzieć się więcej:


Historia Younga to oczywiście materiał na świetny film albo książkę i pewnie takie powstały, zwłaszcza w Australii. Myślę, że stosunkowo nietrudno wyciągnąć naukę z tej opowieści. Człowiek niedoceniany początkowo, odnosi sukces; brzydkie kaczątko przeobraża się w pięknego łabędzia. Poza tym upór i choćby nawet nieudolne wykonywanie zadania, ale w sposób efektywny, przynosi ostatecznie sukces. Pewnie jeszcze inne nauki spokojnie damy radę z tej historii wyciągnąć.

Dla mnie jednak Cliff Young jest człowiekiem, który udowadnia swoją postawą, że Pan Bóg istnieje. Jeśli nawet nie tyle poprzez swoją postawę sportową, to na pewno jako symbol człowieka, który pomimo różnych zmagań, szczęśliwie dociera do celu, bo wierzy, że z Bożą pomocą mu się uda: dla nas chrześcijan tym celem jest Niebo.

Na koniec dodam, że pewnego razu słyszałem też historyjkę, opowiadaną przez pewnego zakonnika, o babci, która szybciej dotarła na szczyt niż dwaj chłopcy. Jak to się stało? Podczas gdy oni ją zlekceważyli i od czasu do czasu urządzali sobie przystanki w drodze na szczyt, ona nieustannie dreptała. I gdy im wydawało się, że jeszcze mają czas, w pewnym momencie zorientowali się, że starsza kobiecina już przekroczyła metę.

A czy Ty, w historii Twojego życia, masz wyznaczony cel i czy wytrwale dążysz do jego realizacji? Czy jesteś bardziej zawodowcem, czy Cliffem Youngiem? Albo czy jesteś młodzieńcem, czy starszą kobieciną z powyższej historyjki? 

Zostawcie komentarze. Dzięki!

Polecam też:


środa, 19 stycznia 2022

#107 Historia nauczycielką życia | Godzina ocalenia

Czyli m.in. o tym, że potrzeba tylko jednego

Główny bohater dzisiejszego odcinka urodził się 8 września 1906 r. Jak się później okaże, ta data nie była przypadkowa. W 1927 r. został lotnikiem po ukończeniu szkoły w Dęblinie. Mowa o kpt. Władysławie Polesińskim. To on jest bohaterem tego wpisu, który inauguruje 6. sezon mojego historycznego bloga.



Fotografia pilota Władysława Polesińskiego na jego grobie na Cmentarzu Wilanowskim w Warszawie, fot. Autorstwa Mateusz Opasiński - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22853851   

Przełomowe wydarzenie w jego życiu miało miejsce w 1930 r. W trakcie ćwiczeń zdarzył się wypadek. Młody pilot cudem uniknął śmierci. Jak później relacjonował, usłyszał w duszy wskazówki, jak wydostać się z samolotu. Mężczyzna posłuchał i wydostał się z maszyny zanim ta eksplodowała. Było to w Kujawach pod Krakowam (obecnie dzielnica Nowej Huty). Dziś upamiętnia to wydarzenie krzyż.

fot. qentet / YouTube, screen

Okazało się, że o godz. 21:00, kiedy mężczyzna walczył o życie, jego żona modliła się za niego do Matki Bożej, akurat w tej godzinie. Życie kpt. Władysława Polesińskiego już nie było takie jak do tej pory: mężczyzna żył odtąd z głęboką wiarą, która emanowała z niego na innych oficerów. Powołał nawet do życia organizację - Rycerski Zakon Krzyża i Miecza. 80 kapitanów zrzeszonych w tej organizacji wzajemnie dbało o rozwój swojej wiary i różnorodnych cnót, aby stawać się coraz lepszymi ludźmi i chrześcijanami. A zatem jego data urodzin - 8 września, kiedy świętujemy narodzenie Maryi - nie była datą przypadkową.

Wydarzenie z udziałem kpt. Polesińskiego nie było jedynie epizodem, a nawet początkiem istnienia ważnej i szczytnej organizacji. Stało się ono w pewnym sensie zalążkiem znanego do dziś jakże ważnego nabożeństwa z udziałem (fizycznie i poprzez transmisję) tysięcy Polaków: Apelu Jasnogórskiego. Punktualnie o godz. 21:00 każdego dnia z Kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze płynie modlitwa do Maryi, która szczególnie czczona jest właśnie w tym miejscu Polski - w jej duchowej stolicy - jak często określa się Częstochowę.

To właśnie o 21:00 członkowie Rycerskiego Zakon Krzyża i Miecza mieli w zwyczaju meldować się Matce Bożej. Teraz czynią to liczni Polacy codziennie. Dodajmy, że oficjalnie Apel Jasnogórski powołał do życia Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński wraz z ojcami paulinami 8 grudnia 1953 r., ale to Matka Boża sama poprzez historię życia kpt. Polesińskiego niejako zasugerowała, aby szczególnie czcić ją o godz. 21:00.

W kontekście rosnącego napięcia w stosunkach polsko-niemieckich kpt. Polesiński starał się podnosić na duchu nie tylko ludzi ze swojego środowiska, ale nawet przemawiał w radiu zaraz po prezydencie Warszawy Stefanie Starzyńskim w pamiętnym okresie kampanii wrześniowej. 16 września 1939 r. został zestrzelony i zmarł ciężko ranny najprawdopodobniej pod koniec września 1939 r.



Grób pilota Władysława Polesińskiego na Cmentarzu Wilanowskim w Warszawie, fot. Autorstwa Mateusz Opasiński - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=22853842  

Kilka lat temu powołano do życia Stowarzyszenie "Krzyż i Miecz", które nawiązuje do organizacji kpt. Polesińskiego.

Nie byłby to blog Historia nauczycielka życia, gdybyśmy nie wyciągnęli jakiejś nauki z dzisiejszego wpisu. Jak zazwyczaj może ich być wiele, ale ja chciałbym podkreślić nomen omen jedną sprawę: że w życiu człowieka potrzeba tak naprawdę tylko jednego (por. Łk 10,38-42). Kpt. Polesiński odkrył tę sprawę. Może to brzmieć trochę jak frazes, ale jeśli nasz wzrok duszy nie jest wyczulony na sprawy pozaziemskie, wykraczające poza to, co odczuwamy zmysłami, to nic nie ma sensu. Jeśli zaś przyjmujemy postawę życiową podobną do Polesińskiego, wygramy życie, a przecież o to chodzi. W życiu Kapitana ważna była godzina ocalenia, gdy cudownie uniknął śmierci, ale paradoksalnie o wiele ważniejszą godziną ocalenia była dla niego ta, gdy zginął. Jestem przekonany, że w nagrodę za swoje piękne życie został ocalony od piekła i zaproszony do wiecznej szczęśliwości.


Czy potrafię w historii mojego życia być tak wyczulonym na dobre natchnienia jak było to w przypadku kpt. Polesińskiego?


Zachęcam Was do zostawienia komentarzy. Dzięki!


Bibliografia:


Polecam również do obejrzenia:


środa, 3 lutego 2021

#96 Historia nauczycielką życia | Miał być papieżem, ale został abortowany

  Czyli m.in. o tym, że zło zawsze dostanie kuksańca w łepetynę 

 
Dzisiejszy wpis, a raczej jego tematyka, zrodziła się w mojej głowie po zetknięciu z materiałem internetowym poruszającym bardzo niezwykłą historię. Chodzi o wykład prof. Marii Ryś. Pod tekstem znajdziecie link do niego.
 
Generalnie ów wykład jest poświęcony gender, ale już na wstępie profesorka podzieliła się dwoma wspomnieniami z pobytu w San Giovanni Rotondo, miejscu kojarzonym przede wszystkim ze św. Ojcem Pio. Jedna z tych historyjek została zasłyszana przez p. Ryś od oprowadzającego ją kapucyna z Polski. Przyznam, że o tym fakcie znajdujemy w internecie jedynie jakieś szczątkowe informacje i to powołujące się raczej jedynie na wykład p. prof. Ryś. Tymczasem sprawa jest godna propagowania, bo okazuje się, że aborcja dokonana przez pewną kobietą pozbawiła życia nienarodzone dziecko, które w planach Bożych miało zostać... papieżem. Wiem, brzmi niewiarygodnie, ale zaraz dowiecie się więcej, jak to było.

Otóż pewnego razu przyszła do papieża kobieta, żeby się wyspowiadać. Niby nic wielkiego - jedna z wielu osób, które przychodziły każdego dnia do słynnego stygmatyka z Pietrelciny. Tymczasem o. Pio, korzystając ze swojego daru widzenia głębiej i szerzej pomógł tej kobiecie odkryć to, co zdaje się, ona już odczuwała powodowana nadnaturalnym poznaniem. Zacytuję Wam poniżej tę rozmowę (cytat za: salon24.pl):
 
Przychodzi kobieta do spowiedzi do ojca Pio i spowiada się z grzechu aborcji. O. Pio pyta się: 
- ‘Coś zobaczyłaś, tak?’ 
- ‘Tak’ – odpowiada kobieta. 
- ‘Papieża, tak?’ 
- ‘Tak’ – odpowiada znowu kobieta – ‘zobaczyłam papieża’.
- ‘A popatrzyłaś w twarz tego papieża?’
- ‘Tak, był bardzo podobny do mnie’.
- ‘Tak, w planach Bożych ten twój syn, którego zabiłaś, miał być papieżem’.
  
Co o tym myślicie? To naprawdę daje do myślenia... Ile takich zacnych osobistości świat nie ujrzał z powodu dramatu aborcji? Strach nawet myśleć...
 
 
San Giovanni Rotondo, By Epiovesan (Emilio Piovesan) - Praca własna, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3633617
 
Mnie ta cała sprawa skojarzyła się jeszcze z czymś innym. Mianowicie, jak może wiecie, w tzw. tajemnicach fatimskich znajduje się i ta, w której jest mowa o postaci w bieli, która zginęła raniona pociskami z broni palnej oraz strzałami z łuku. Bardzo wielu badaczy odnosi tę wizję do pamiętnego zamachu na życie Jana Pawła II 13 maja 1981 r. Być może bardzo słusznie. Nie uważam, żeby to było niemożliwe; myślę, że to zdecydowanie bardzo dobry trop.
 
Mimo powyższego chciałbym się jednak podzielić małą refleksją - nie jest to z mojej strony żadne objawienie albo teoria spiskowa, ale po prostu takie moje "coś". A może ta postać w bieli to ów abortowany papież? Jeśli uwzględnimy fakt, że być może ten tajemniczy abortowany papież mógłby ewentualnie być tym papieżem mniej więcej w latach pontyfikatu Jana Pawła II okaże się, że papież Polak to papież w zamian za tamtego. Wiem, że to dość mocno naciągana teoria, niemniej kusząca.
 
Jeśli rzeczywiście powyższe dochodzenie miałoby w sobie coś z prawdy okazałoby się, że aborcja w wizji fatimskiej byłaby symbolicznie ukazana jako jeden z podstawowych grzechów wołających o pomstę do nieba, pozbawiającym życia tysiące księży, sióstr i osób świeckich. Wtedy wołanie anioła "pokuty, pokuty, pokuty!" odnosiłoby się w bardzo dużej mierze do grzechów aborcji.
 
 
I jeszcze jedno: zło zawsze dostaje ostro po łepetynie, choć czasami wydaje się, że ma ono dużo do powiedzenia. Do podobnego przykładu odwoływałem się już dawno temu we wpisie o glinianych nogach kolosa zła >>>, ale lubię go powtarzać: chodzi o to, że jeśli np. uderzyć piłką z całej siły w mur to jest szansa, że oberwiesz nią zdrowo (albo raczej niezdrowo :). Im mocniej uderzysz, tym mocniej poczujesz siłę wracającej piłki. Podobnie, choć w nieskończonej skali, bywa ze złem: zło się panoszy, ale im mocniej się rozprzestrzenia, tym mocniejszego łupnia od dobra dostaje. Mało tego: zło, choć samo w sobie mocne, w kontekście dobra jest absolutnym zerem. Może śmierć tego tajemniczego abortowanego przyszłego papieża i zakusy na życie nienarodzonego Karola Wojtyły (być może nie wiemy, że Emilii Wojtyle proponowano aborcję), to przejawy ogromnego, niechcianego przez Boga zła, z którego wyprowadził On potężne dobro??? "Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska" (Rz 5,20).

Czy uświadamiamy sobie w pełni, jak potężnym złem jest aborcja?

Dajcie znać w komentarzach, co myślicie o tym temacie. Dzięki!
 

Inny tekst o aborcji:

#83 Historia nauczycielką życia | Uwaga: pandemia przybiera na sile! >>>


Poprzedni wpis:


 
  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 03.02.2021):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 

Bibliografia wpisu:

1. Cały wykład p. Marii Ryś >>>

2. Abortowany papież, salon24.pl

środa, 20 stycznia 2021

#95 Historia nauczycielką życia | Stalin świętym...??? Na tropie "niemożliwego"


  Czyli m.in. o tym, że NIGDY nie mów NIGDY 

 
Witajcie, moi Drodzy, w pierwszym wpisie na Historii nauczycielce życia w 2021 r., a zarazem w 5. już sezonie bloga, który dziś uroczyście inaugurujemy! Bardzo mi miło, że jesteście. Przejdźmy zatem do pierwszego spotkania z historią.

Kiedy się pierwszy raz o tym dowiedziałem, nie mogło mi się to pomieścić w głowie, a jednak tak było. Ale zacznijmy od początku. Maria Teresa Carloni urodziła się w 1919 r. we Włoszech. Wcześnie straciła rodziców i wychowywała ją babcia.
 
Dziewczynka, a potem młoda kobieta przeżywała liczne rozterki duchowe, które wobec braku szczęścia w doborze spowiedników poskutkowały oddaleniem się Marii Teresy od wiary na stosunkowo długie lata, choć od małego towarzyszyło jej ogromne pragnienie miłości. Nie tyle jednak miłości branej, ale dawanej - chciała obdarzać innych czystą miłością, wspierać i pomagać im. Wielkim ciosem była dla niej utrata ukochanego.

Przez lata Maria Teresa pracowała jako pielęgniarka i w tej profesji się realizowała.

Gdy miała już ponad 25 lat wreszcie udało jej się z pomocą Bożej łaski ustabilizować sprawy duchowe; coraz głębiej w nie się angażowała i słyszała wewnętrznie głos Boży. Miała stałego spowiednika, z którym konsultowała swoje stany i przeżycia duchowe.
 
W 1952 r. Carloni została obdarzona stygmatami i zgodziła się, żeby w każdy piątek od 12:00 do 15:00 przeżywać w sobie konanie Jezusa.

Co ciekawe, Maria Teresa została duchowo zaślubiona Jezusowi i coraz bardziej jednoczyła się z nim w męce i konaniu. Została także wybrana, żeby cierpieć w intencji udaremnienia prób sprowadzenia ludzi na bezdroża przez komunistyczny ZSRR.

Teraz właśnie o tym, co zaznaczyłem na początku tego wpisu: chodzi o misję, jaką Chrystus przygotował dla Marii Teresy wobec Stalina. Otóż Jezus poprosił jej spowiednika oraz nią samą o to, aby ofiarowała trzy godziny cierpienia (spotkałem się też z informacją, że trzy dni) w pewien piątek za zbawienie dyktatora, który już wtedy był sparaliżowany i bliski śmierci. Carloni się zgodziła i jak wynika z relacji jej spowiednika, w ciągu tych trzech godzin cierpiała tak okrutnie, że trudno to opisać. Jakiś czas potem dyktator zmarł, ale spowiednik nie dowiedział się od Jezusa czy Stalin ostatecznie przyjął łaskę zbawienia. 
 
Czy Stalin jest czyśćcu albo niebie???, By 123dionb - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=67427192


W innym źródle znalazłem informację, że Carloni wcześniej była nawet wysyłana do Stalina (a może i innych ludzi, którym groziło potępienie), żeby przekonywać go do nawrócenia. Przenosiła się tam mimo licznych straży. Dyktator miał do niej strzelać, ale kule mistyczki się nie imały.
 
Maria Teresa Carloni zmarła w 1983 r.

Pora na naukę. Czego uczy nas powyższa historia? Czasami słyszy się, że sprawy związane z wiarą powinny być przeżywane w czterech ścianach, a publiczne życie powinno toczyć się swoim nurtem, byle tylko ewentualnie nie nadepnąć komuś na antyreligijny odcisk. Mówi się też, że twierdzenie o istnieniu Boga, a konkretnie jego udowodnienie, powinno leżeć w gestii wierzących; "mocne twierdzenia wymagają mocnych dowodów" - mówią lub piszą niektórzy. Tymczasem ja sobie myślę, że jest zupełnie odwrotnie...! Historia Marii Teresy Carloni i wiele jej podobnych jest znakomitym argumentem na potwierdzenie tezy, że istnieje coś więcej niż tylko to, czego doświadczamy zmysłami. W związku z tym dowodzenie tego, że rzekomo jest inaczej, należy raczej do tych, którzy twierdzą, że Boga nie ma. A takie dowodzenie jest z góry skazane na porażkę, bo jak wyjaśnić po ludzku historie takie jak ta, której bohaterką była choćby Maria Teresa Carloni?

A już ludzi wierzących powyższa historia uczy, że NIGDY nie jest za późno i nie wolno NIGDY i NIKOGO skreślać, bo Bóg walczy o każdego do końca. I choćbyś przez cały ten rok 2021 uciekał przed Bogiem, gdzie pieprz rośnie, On NIGDY nie przestanie walczyć o Ciebie, choć nie warto uciekać ani chwili. Z drugiej strony trzeba się wystrzegać tego, żeby świadomie i dobrowolnie nie odwlekać nawrócenia do końca życia, bo może się to nie udać... Ryzyko i krzywda wyrządzona taką postawą Bogu są bardzo wielkie.

Idźmy zatem z nadzieją, z takim doświadczeniem Mocy i Miłości Miłosiernej Boga, jakie pięknie widać np. w dziejach wyżej opisanych. Naprawdę, szkoda czasu na bzdury, a sprawa życia i śmierci jest kwestią absolutnie najważniejszą, czyż nie?

A Ty, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jak uważasz? Jakie jest Twoje spojrzenie na ten temat? Napisz w komentarzu, a jeśli Ci się spodobało, udostępnij. Dzięki.
 
Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.


Poprzedni wpis:


 
  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 20.01.2021):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 

Bibliografia wpisu:

1. Maria Teresa Carloni, adonai.pl za "Miłujcie się!"

2. PL ks Chmielewski KOBIETA, KTÓREJ SYN MIAŁ BYĆ PAPIEŻEM i MISTYCZKA U STALINA,YouTube Obrona Prawdy

Nie czytałem, ale myślę, że warto zajrzeć również do poniższej książki:

Alberto Di Chio, Luciana Mirri, "Maria Teresa Carloni apostołka prześladowanego Kościoła"