Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowożytność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowożytność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 września 2020

#88 Historia nauczycielką życia | O Bohaterze, co wiedział, Komu się pod Wiedniem kłaniać

 Czyli m.in. o tym, że Polak to się równa Bohater


Bohater, którego dotyczy ta historia, nazywał się Andrzej Modrzewski (w literaturze spotyka się też: Modrzejowski, nie mylić z Andrzejem Fryczem Modrzewskim) herbu Grzymała. Był on pułkownikiem królewskim oraz podskarbim nadwornym koronnym (w 1683 r.). Zanim dostąpił tych godności, najzwyczajniej w świecie przyszedł na świat - w rodzinie Krzysztofa i Heleny Cebrowskiej. Było to najpewniej w latach 20. XVII w. To postać, która pięknie wiąże się z 12 września, czyli kolejną rocznicą odsieczy wiedeńskiej dziś przypadającą.

Chrzest bojowy przeszedł Modrzewski prawdopodobnie w czasach powstania Chmielnickiego w 1648 r. Po raz pierwszy źródła historyczne napomknęły o nim przy okazji bitwy pod Gródkiem Jagiellońskim (Bruchnalem) stoczonej 29 września 1655 r. Tam już wsławił się swoim bohaterstwem ratując wraz z innym szlachcicem z opresji hetmana Stanisława Potockiego. Nie wiemy czy jegomość Modrzewski walczył w okresie potopu szwedzkiego, natomiast gdzieś w roku 1660 r. był już rotmistrzem.

Andrzej Modrzewski stopniowo awansował w hierarchii i brał udział w kolejnych wojnach i potyczkach, z których jedną z ważniejszych była np. bitwa pod Mątwami z 1666 r., którą stoczył po stronie króla Jana II Kazimierza. Brał udział również w kampaniach tureckich i kozackich. Walczył m.in. pod Niemirowem (1672) i Chocimiem (1673). Stopniowo otrzymywał coraz ważniejsze zadania bojowe i dyplomatyczne, gdyż przewodził misjom dyplomatycznym.

Jan Damel, Bitwa pod Wiedniem, fot. wikimedia w domenie publicznej
 
Po wstąpieniu na tron Jana III Sobieskiego jeszcze bardziej uwydatniło się przywiązanie jakie ich łączyło; król bardzo cenił Modrzewskiego, który brał udział nawet w polowaniach monarchy i korzystał z jego pomocy przy ubieganiu się o bogatą przyszłą żonę (drugą w kolejności). Do ślubu doszło w 1678 r.

Wreszcie nastał rok 1683 r., kiedy wojska Rzeczypospolitej ruszyły pod Wiedeń. Modrzewski był tam jednym ze zdecydowanie najbliższych wojskowych w armii króla Sobieskiego (podobno sypiał u boku króla). Dowodził też najznamienitszymi chorągwiami.

Andrzej Modrzewski zapewne był pod Wiedniem jednym z tych, którzy kulom się nie kłaniali, a mówiąc mniej metaforycznie, nie kłaniali się Turkom. Kłaniali się jednak Bogu i Maryi, a odniesione zwycięstwo dedykowali właśnie Bogu; dzień wiktorii - 12 września - do dziś jest dniem wspomnienia Imienia Najświętszej Maryi Panny, czyli Imienin Matki Boskiej.

Pod Wiedniem Modrzewski walczył u boku królewicza Aleksandra. Ruszył na czele wojsk chrześcijańskich z takim animuszem, że zostawił w tyle towarzyszy i jako pierwszy wpadł w szeregi nieprzyjaciela. Przewaga Turków nad nim samym była oczywista, dlatego wielokrotnie ugodzony dzidami, Modrzewski wydał ostatnie tchnienie, stając się prawdziwym bohaterem dla potomnych. Śmierć Modrzewskiego opisał w liście jeden z dworzan. Relacjonował, że bardzo wiele ran dostał jegomość Andrzej, ale nie odcięto mu głowy, gdyż Turcy zlękli się nadciągających wojsk polskich, które niebawem pomściły śmierć wielkiego wojownika.

Wiele nauk można by wydobyć z dzisiejszego spotkania z Historią, ale my skupmy się może przede wszystkim na jednej: dobrze jest być żołnierzem, który się kulom nie kłania; w sensie: nieprzyjacielowi. Ale jeszcze lepiej być człowiekiem, który się kłania Bogu i u niego szuka pomocy oraz ratunku. O skuteczności takiego kłaniania przekonali się dobitnie Polacy pod Wiedniem. Wielu marzyło nawet o śmierci za wiarę, w której obronie jakże skutecznie wystąpili.
 
 

Zapraszam już teraz na kolejne odcinki. Tak się składa, że 26 sierpnia br. przypadała 3. rocznica istnienia bloga historianauczycielkazycia.blogspot.com. Przypuszczam, że  jeszcze we wrześniu ukaże się okolicznościowy wpis z tej okazji. Już teraz serdecznie zapraszam.


Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.



 


Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 11.09.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 Bibliografia wpisu:

  1. Andrzej Modrzewski h. Grzymała >>>;
  2. Andrzej Modrzewski - bohater spod Wiednia >>>;
  3. Modrzewski Andrzej h. Grzymała (zm. 1683) >>>

sobota, 16 maja 2020

#81 Historia nauczycielką życia | Bijemy rekordy!

Czyli m.in. o tym, jak długo można wytrzymać bez snu


Rekordy to ważne pojęcie w dziejach ludzkości. Od najdawniejszych czasów ludzie zauważali, że jedni są lepsi od innych w danych dziedzinach. W wielu z tych dziedzin, o ile nie w każdej, odnotowywano w sposób mniej lub bardziej świadomy jakieś najlepsze wyniki. Z czasem zrodziło się coś takiego, co dziś znamy jako Księga Rekordów Guinnessa. Czy zastanawialiście się jak doszło do jej powstania? Kim by ów tajemniczy Guinness? Jak dziwaczne rekordy można w niej znaleźć? A poza tym: jak długo można wytrzymać bez snu? O tym wszystkim poniżej.
 
Sir Arthur Guinness, fot. wikimedia w domenie publicznej

Księga Rekordów Guinnessa - co to, jak to?

Mówiąc najkrócej Księga Rekordów Guinnessa to wydawana raz w roku przez Guinness World Records w Londynie publikacja, w której znajdziemy aktualną bazę rekordów z najróżniejszych dziedzin, potwierdzonych i opatrzonych stosownymi dokumentami. Warto pamiętać, że po raz pierwszy na rynku owa księga ukazała się w 1955 r. z inicjatywy irlandzkiego browaru Guinness. W Polsce na takie wydarzenie musieliśmy poczekać do 1989 r. W ciągu dziesięcioleci nazwa tej sławnej publikacji przybierała różne brzmienia, ale istota się nie zmieniała: chodziło o promowanie różnorodnych, najciekawszych rekordów z całego świata.

Musimy jednak pamiętać, że wszystko zaczęło się już w XVIII w. za sprawą niejakiego Irlandczyka Sir Arthura Guinnessa. Ów jegomość początkowo warzył piwo dla pracowników folwarku pewnego arcybiskupa, po którego śmierci rozkręcił własny interes; z czasem jego charakterystyczne ciemne piwo podbiło podniebienia klientów i jego sława nie ustawała nawet w XX w.

Historia prowadzi nas wreszcie do 1951 r. kiedy to w trakcie polowania Sir Hugh Beaver, wówczas zarządzający browarem Guinnessa, wdał się w spór z innymi uczestnikami wydarzenia. Poszło o ptaki łowne, a konkretnie to, które są najszybsze. Do tego sporu doszły inne. Co więcej, pan Beaver również w pubach był świadkiem waśni na różnorodne tematy. Tak narodził się pomysł, żeby tego typu tematy notować. Szybko do Guinnessa zaczęli schodzić się śmiałkowie, którzy zarzekali się, że potrafią to i to zrobić, i zaraz to udowodnią.

W ten oto sposób, jak już wiemy, doszło do wydania pierwszej Księgi z rekordami w 1955 r. Składała się ona z blisko 200 stron i w szybkim tempie zawędrowała na szczyty bestsellerów. Obecnie instytucja zajmująca się zbieraniem i publikowaniem rekordów ma swoje oddziały w kilku państwach świata. Większość rekordów znajduje się w internecie; najciekawsze lądują w corocznej znanej nam publikacji.

Ciekawostką jest, że do dziś od 1955 r. w ponad 100 krajach świata sprzedano już ponad 100 milionów egzemplarzy Księgi Rekordów Guinnessa. Ładny wynik :)

Warto też pamiętać, że za zdobycie rekordu Guinnessa nie dostaje się gratyfikacji pieniężnych; wystarczy sam ogromny prestiż i uznanie na całym świecie.

Wielokrotny rekordzista Guinnessa Joe Alexander wraz z certyfikatami ustanowienia rekordów oraz edycją księgi z 2014 roku, fot. wikipedia, By MrBadawi - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=29754130

Najdziwniejsze kategorie w Księdze Rekordów Guinnessa

A jakie są najdziwniejsze rekordy, które można znaleźć wśród guinnessowskich wyczynów? Jest tego naprawdę sporo. Oto przykładowe, niekoniecznie te bezsprzecznie najdziwniejsze:
  • najwięcej słomek trzymanych w jednym momencie w ustach (400) :0
  • kręcenie koszykarską piłką na szczoteczce do zębów trzymanej w ustach (22 sekundy) :)
  • chwytanie jabłka w zęby i przecinanie go z pomocą piły motorowej (8 jabłek na minutę) :o
  • produkcja największej liczby kiełbas w ciągu minuty (78) ;)
  • najszybciej spisany słownie ciąg miliona liczb (16 lat) ;0
  • najdłuższy pobyt w windzie (blisko tydzień) ;o
  • najcięższy wagon pociągnięty brodą (ponad 2,5 tony) :p
  • strzał z łuku obsługiwanego stopami (ponad 6 metrów) :0
  • rekord w biciu rekordów (ponad 600 razy) :)
Powyższe informacje dotyczące konkurencji i wyników pochodzą z 2019 r., więc nie gwarantuję Wam, że wszystkie te rekordy są aktualne. Niemniej pewne jest to, że w tego typu dyscyplinach walczono o rekordy.



Randy Gardner i jego historia

Chciałbym się z Wami podzielić historią młodego człowieka, który swego czasu ustanowił rekord w funkcjonowaniu bez snu. Ile dalibyście rady bez snu: 2, 3, 4 dni? On wytrzymał "trochę" dłużej...

Owym rekordzistą został 17-letni Randy Gardner. Wszystko działo się na przełomie 1963 i 1964 r. Gdy zaczynał ustanawiać swój rekord wszystko było oczywiście w porządku. Po 4 dniach zaczął siebie uznawać za kogoś innego. Pojawiły się obawy, że może dojść do trwałego uszkodzenia jego mózgu. On jednak nie dawał za wygraną, a przyjaciele pomagali mu nie pozwalając mu zasnąć. Do czasu eksperymentu Gardnera istniało bardzo niewiele badań nad wpływem braku snu na zdrowie i życie człowieka. Obowiązywał już jednak rekord opiewający na 260 godzin! Randy Gardner postanowił go pobić o 4 godziny, co dałoby w konsekwencji 11 dni!

Po kilku dniach stan Gardnera pogarszał się; przede wszystkim miał poważne problemy z koncentracją i doznawał halucynacji. Wreszcie 8 stycznia 1964 r. o godz. 2:00 w nocy padł rekord świata! Gardner nie spał od 264 godz. 4 godziny później w szpitalu mógł wreszcie zasnąć; przespał 14 godzin i 14 minut.

Ważną kwestią jest czy ten ryzykowny eksperyment wpłynął jakoś destrukcyjnie na zdrowie chłopaka. Okazało się, że mimo obaw rodziców i bliskich nie pozostawił śladu w zdrowiu Gardnera. Całe przedsięwzięcie zakończyło się więc pełnym sukcesem.

Odnotujmy, że w 1977 r. niejaka Maureen Weston nie spała przez 449 godzin (!) biorąc udział w maratonie.

W 2007 r. sprawdzono, że pomimo upływu lat ze zdrowiem Randy'ego Gardnera nie wydarzyło się nic złego. Tak czy inaczej do dziś nie znamy maksymalnej liczby godzin, które może wytrzymać człowieka bez snu.

Tradycji musi stać się zadość, czyli historia magistra...


Jakie wnioski wyciągniemy z dzisiejszego spotkania z historią? Rekordy to bardzo ważna sprawa w życiu pojedynczych ludzi i całej ludzkości. Od bardzo, bardzo dawna człowiek bada, jakie są granice jego wytrzymałości, jego zdolności w realizacji konkretnych wyzwań i działań, itp. Bardzo, bardzo wielu tych granic nie znamy i istnieje duża szansa, że przynajmniej w tym życiu nigdy się nie dowiemy. To dążenie do bicia rekordów może w pewnych sytuacjach być wyrazem nawet niejawnej pychy człowieka, który stara się budować swoją wielkość poprzez te rekordy. Z drugiej jednak strony może być w tym ukryta jakaś piękna cecha - dążenie do realizacji marzeń, najgłębszych pragnień, celów, itp.

A jak Wy, drodzy Czytelniczy, patrzycie na tę sprawę: bicie rekordów to przejaw pychy (może i czasami głupoty) ludzi czy jednak głęboko skrywanych marzeń?

Poprzedni tekst na blogu:

#80 Historia nauczycielką życia | CH/6 Koronawirus, czyli (prawie) déjà vu >>>


Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 07.05.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #5 Historia nauczycielką życia | Październikowe nauki >>>

 

Bibliografia wpisu:

1. 9 najdziwniejszych rekordów Guinnessa, pl.aleteia.org;

sobota, 11 stycznia 2020

#75 Historia nauczycielką życia | Krzysztof Kolumb - Polak, który odkrył Amerykę?

Czyli m.in. o tym, że ojcem Krzysztof Kolumba mógł być polski król - Władysław III Warneńczyk


Witam Was bardzo serdecznie na moim blogu historycznym po raz pierwszy w tym ciągle jeszcze nowym roku 2020. Jeśli ktoś nie czytał moich zeszłorocznych życzeń w poprzednim wpisie, to gorąco zachęcam do zaglądnięcia tam. A teraz bez zbędnego przeciągania przejdźmy do rzeczy i pierwszego tematu w tym roku. Przyznam, że kiedy pierwszy raz na niego trafiłem, to mocno mnie zaskoczył. Czy kiedykolwiek braliście na poważne hipotezę, że sławny Kolumb, jedna z pierwszych postaci, którą dzieci poznają na lekcjach historii, mógłby mieć polskie korzenie i to jeszcze królewskie? A tak uważa nie jakiś tam autor sensacyjnego brukowca, ale szanujący się pisarz i historyk, który od wielu lat bada biografię Kolumba.

Manuel da Silva Rosa, bo to o tego jegomościa chodzi, urodził się na Azorach i jest portugalskim historykiem-amatorem, profesorem Duke University, biegle władającym siedmioma językami; amatorem, który pisze książki historyczne i od ponad 20 lat bada życiorys najsłynniejszego odkrywcy Ameryki. Wydawałoby się, że dzieje Kolumba prześwietlono już na wszystkie możliwe sposoby, a tymczasem przed laty Manuel da Silva Rosa wygrzebał teorię uznawaną za mocno kontrowersyjną. Nie znaczy to jednak, że nieprawdziwą...

fot. AndPon, Pixabay.com

Już dzieci w szkole wiedzą, że starszy syn Władysława II Jagiełły - również Władysław, zwany Warneńczykiem - poległ 10 listopada 1444 r. w bitwie z Turkami pod Warną. W podręcznikach wzmiankuje się też jednak, że tak do końca to nie wiadomo czy ten król Polski poległ tam, czy udało mu się zbiec. Ciała nie znaleziono... I taka sytuacja spowita nutką niepewności jest doskonałym polem do popisu dla różnorodnych mniej lub bardziej wiarygodnych teorii.

Wspominany Manuel Rosa utrzymuje, że Warneńczyk miał zbiec na portugalską wyspę Maderę i tam się schronić. Tam miano go nazywać Henrykiem Niemieckim (Henrique Alemao). Otrzymał liczne dobra od króla Portugalii. Miał też wziąć za żonę szlachciankę z Portugalii. Doczekali się syna znanego dziś jako właśnie Krzysztof Kolumb, a właściwie Segismundo Henriques. Ciekawe, że Kolumb był już łączony z wieloma nacjami - najczęściej nazywano go po prostu Genueńczykiem. A tu proszę - pan Rosa sądzi, że w odkrywcy Ameryki płynęła polska krew! Kolumb podobno utrzymywał relacje z ojcem i zaznaczał, że ojciec nie chce ujawniać swojego pochodzenia.

Jeśli ktoś uśmiecha się z powątpiewaniem malującym się na twarzy czytając, że Władysław Warneńczyk osiadł na Maderze powinien pamiętać, że w roku 1450 dwaj polscy franciszkanie mieli podobno udać się na wyspę, żeby przekonać się czy pogłoski o obecności tam byłego króla Polski są prawdziwe. Po powrocie zaklinali się podobno na Biblię, że osoba, którą tam spotkali, to Władysław Warneńczyk we własnej królewskiej osobie. Monarcha nie chciał jednak wracać do Polski. Ciekawą informację miał znaleźć również historyk Leopold Kielanowski, który przeglądał archiwa krzyżackie. Znalazł tam informację, że w XVI w. potomkowie tajemniczego Henryka Niemca udowodnili na hiszpańskim dworze swoje polskie korzenie. Daje do myślenia, prawda...?

No dobra, ale dlaczego przez wieki fakt o polskich korzeniach Kolumba nie ujrzał światła dziennego? - zapyta ktoś. Pan Rosa twierdzi, że europejskie dwory ukrywały tożsamość prawdziwego ojca odkrywcy. Za polskością Krzysztofa ma również przemawiać jego wygląd, jak twierdzi Manuel Rosa, bardzo polski wygląd. Portugalski badacz jest chyba do tego stopnia pewny swojej tezy, że gdyby nawet okazało się, iż ojciec Kolumba nie był związany z Władysławem Jagiełłą, uznałby za prawdopodobną hipotezę o tym, że Warneńczyk nie był synem Jagiełły...

A co jeszcze mogłoby świadczyć o polskim pochodzeniu sławnego odkrywcy? Podobno ślub z jakąś zamożną arystokratką, zawarty w 1477 r. i rzekomo zafałszowany testament Kolumba z 1498 r., którego to fałszerstwa miała się dopuścić jakaś rodzina o nazwisku Colombo pragnąc przejąć majątek odkrywcy. Kolumb miał się zatem nazywać Cristobal Colon, a nie Colombo, a jak pamiętamy ukrywał prawdziwe imię i nazwisko, czyli Segismundo Henriques; dodajmy, że imię Zygmunt pojawiało się w kręgach rodziny Jagiellonów. Żeby było jeszcze trudniej, jakiś włoski biskup w jednym z listów przekręcił nazwisko Colon na Columbus. Sam żeglarz nie był zainteresowany sprostowaniem tej ksywy, co też jest podejrzane. Trochę skomplikowane, nie? :)

Cenne światło na całą tę zagadkę rzuciłoby zapewne wykonanie badań DNA. Prawdopodobnie podjęto już jakieś kroki w tej sprawie.

Król Władysław III Warneńczyk - czy to ojciec odkrywcy Ameryki?, fot. wikimedia w domenie publicznej

Polski wątek nie jest jedynym dość sensacyjnym przedmiotem badawczym w biografii Kolumba podjętym przez Manuela Rosę. Sięgając po jego książkę "Kolumb. Historia nieznana" można znaleźć inne tropy, wedle których żeglarz-odkrywca był tajnym działaczem króla Portugalii i wcale nie analfabetą i prostym człowiekiem jak powszechnie się sądzi. Przeciwnie: posiadał wielką wiedzę nawigacyjną, znał przynajmniej trzy języki, znany był w kręgach arystokratycznych jeszcze przed odkryciem Ameryki. Rosa twierdzi, że większość dokumentów poświęconych Kolumbowi jest zafałszowana.

Moglibyśmy pociągnąć tu jeszcze inne wątki dotyczące Kolumba, ale może poprzestańmy póki co na tym polskim, już wystarczająco kontrowersyjnym i sensacyjnym.

A Wy co myślicie o całej tej sprawie? Może dotarliście do jakichś innych dokumentów poświęconych tej kwestii? Chętnie poznam Wasze opinie i znaleziska.

Puentą naszego 75 spotkania z historią niech będzie nauka płynąca z powyższego tematu. Oto ona: jak właściwie zawsze podobnie i dziś z danego przekazu historycznego można zapewne wyciągnąć wiele nauk, szereg wniosków pomocnych w życiu teraz i w przyszłości. Chciałbym, żebyśmy dzisiaj skupili się na jednym dość oczywistym, ale o którym chyba często zapominamy: pozory mylą, a co za tym idzie, nie oceniaj pochopnie. Wielu z nas, podobnie i ja, może się czuć naprawdę zaskoczonymi; może nawet byśmy o tym nie pomyśleli, że Kolumb mógłby być synem polskiego króla, wnukiem monarchy z zielonej stówki :) Pozory nieraz mylą: możliwe, że i wielu współczesnych Kolumbowi nie przypuszczało, że to człek uczony. Ale tego tak na 100% nie wiemy jaki Kolumb był w rzeczywistości. Dlaczego taił swoją tożsamość? Dlaczego jego ojciec nie chciał być rozpoznany? To są pytania, na które niełatwo znaleźć w zupełności zadowalającą odpowiedź. I jeszcze jedno: możemy oceniać czyjeś zachowania zwłaszcza w perspektywie historycznej, ale nie możemy definitywnie ocenić, zaszufladkować postaci. Nigdy wszak nie wiemy, co siedzi we wnętrzu takiej persony...



Bibliografia wpisu:

1. Czy Krzysztof Kolumb był Polakiem? „Po 21 latach badań uważam, że syn Władysława Warneńczyka pasuje najbardziej” >>>
;
2. Czy Kolumb był Polakiem? - wywiad z Manuelem Rosą >>>;
3. Kolumb był Polakiem, synem króla >>>
4. Krzysztof Kolumb potomkiem polskiego króla? >>>;
5. Manuel Rosa: Kolumb był synem polskiego króla >>>;
6. Sekrety żeglarza >>>

sobota, 18 maja 2019

#63 Historia nauczycielką życia | Historia zaklęta w kapsule

Czyli m.in. o tym, że czasami marzenia o podróżach w czasie spełniają się


Choć podróże w czasie wydają się jedynie utopią i czymś rodem z filmów science fiction, to jednak jest coś, co pozwala w pewnym sensie przenosić się w czasie. Tym czymś jest... kapsuła. Weź nie żartuj sobie - ktoś może powie zdegustowany. Jasne, że nie chodzi o takie zupełnie fizyczne przenosiny w czasie, ale jednak tzw. kapsuły czasu pozwalają na bardzo namacalne odsłonięcie przed naszymi oczyma kawałka historii.

Kapsuła czasu? A co to takiego?

Najogólniej rzecz ujmując kapsuła czasu to pojemnik lub miejsce, w którym przedstawiciele danego pokolenia składują pewne ważne przedmioty dla swoich czasów (przynajmniej tak im się może wydawać). Wszystko to z myślą o potomnych, którzy za jakiś tam czas odgrzebią czy w jakikolwiek inny sposób dostaną się do zawartości takiej kapsuły i wtedy przeszłość łączy się z teraźniejszością; zawiązuje się tajemnicza nić międzypokoleniowa. 

Don Harrington Discovery Center w Amarillo w Teksasie, gdzie znajdują się cztery kapsuły czasu, które mają zostać otworzone po 25, 50, 100 i 1000 lat od zamknięcia w 1968 r. fot.
Who What Where Nguyen Why, wikimedia (licencja CC BY-SA 3.0)

Najstarsze kapsuły czasu na świecie i w Polsce

Wobec powyższego interesuje nas zapewne to, gdzie znajdują się najstarsze kapsuły czasu, znane nam współcześnie.

Zaznaczmy jeszcze to, iż samo pojęcie kapsuły czasu jest raczej terminem stosunkowo świeżym. Natomiast zjawisko umieszczania przedmiotów dla potomnych w specjalnych schowkach sięga już prawdopodobnie odległych, starożytnych czasów.

W okresie nowożytnym takie kapsuły najczęściej składowano w wieżach lub kościołach, w stosownych skrytkach.

Obecnie bodaj najstarszą oficjalnie uznawaną kapsułą czasu jest ta z Bostonu, znaleziona w trakcie prac renowacyjnych budynku Old State House w 2004 r. Oczom szczęśliwych odkrywców ukazała się skrzynka datowana na rok 1795. Co w niej się znajdowało? Były tam: tablica z opisem wydarzenia, jakim było wmurowanie kamienia węgielnego pod budynek, ponad 20 monet, w tym najstarsza jeszcze z XVII w., medal okolicznościowy z podobizną pierwszego prezydenta USA oraz gazety.

No dobra, a w Polsce? Gdzie można znaleźć najstarsze tego typu znalezisko? Spieszę z wyjaśnieniem: w 2013 r., w Zespole Szkół w Strzegomiu, odnaleziono miedzianą tubę z 1874 r. Jej wnętrze skrywało dokumenty urzędowe, monety, rękopis, a także tomik wierszy niejakiego Johanna Christiana Günthera.



Część znawców zagadnienia i historyków utrzymuje jednak, że za najstarszą polską kapsułę czasu należałoby uznać tę ze Szczecina, datowaną na czasy... Stefana Batorego! Oficjalnie jednak to strzegomskie znalezisko jest numerem jeden. Prawdopodobnie głównym przedmiotem małych okołokapsułowych niejasności jest to, iż zdaniem niektórych za kapsuły czasu należy uważać tylko te znaleziska, które zawierają sugerowaną datę otwarcia, a zatem ktoś świadomie, z premedytacją je tam wpakował.

Strzegomska kapsuła jest numerem jeden, ale tak ledwo ledwo :) Kilka lat temu w Nowej Soli w Lubuskiem znaleziono kapsułę czasu z roku... 1874. Coś Wam to mówi, prawda? Ta ze Strzegomia to też egzemplarz z 1874 r. Wtedy zapanowała chyba jakaś moda na chowanie kapsuł. Może założono się, którą wcześniej (i czy w ogóle) ktoś odkryje? :) A teraz na poważnie. W nowosolskiej kapsule znajdowały się monety, gazety i pusta butelka po winie.

Rynek w Nowej Soli, fot. Mohylek, wikimedia (licencja CC BY-SA 4.0)

A inne kapsuły?

Nie sposób tutaj wymieniać szczegółowo wszystkich kapsuł znanych nam dotychczas. Ograniczmy się do jeszcze kilku przykładów.

W karmelickim kościele w Krakowie w trakcie prac remontowych dobrano się do jednej z kul zdobiącej krzyż. W kuli znajdowała się tuba, a w niej szereg przedmiotów, które spowite były gazetą pt. "Głos Narodu" (z 1934 r.).

Teraz czas na dwie bardzo słynne, wręcz przełomowe kapsuły. Pierwsza pochodzi z 1939 r. i uważa się ją za przełomową w swoim gatunku. Wtedy też pierwszy raz nazwano coś takiego kapsułą czasu. Zaznaczmy, że niektórzy proponowali nazwę bomba zegarowa, ale to chyba byłby nazewniczy niewypał, prawda? Wtedy to, w 1939 r. w trakcie Wystawy Światowej w Nowym Jorku, przedstawiciele firmy Westinghouse upublicznili i zakopali pod ziemią na głębokości 5 m skrzynię o wadze bagatela 360 kg! Spakowano tam m.im. lalkę, nici i 15-minutowe nagranie filmowe. Zaznaczono, żeby znalazcy otwarli ją w... 6939 r. Ale czy wtedy jeszcze świat jaki znamy będzie istniał?



Jeśli ta ważąca 360 kg skrzynia to według Was gigant, to co powiecie na tzw. Kryptę Cywilizacji w Atlancie. To nawet nie skrzynia, tylko pokój o powierzchni blisko 60 mkw. Wejścia do środka chronią pancerne drzwi, a za nimi ok. tysiąca gadżetów z epoki, czyli z lat 1936-1940, kiedy to sporządzono ową Kryptę. Co znajdą tam potomni? Rzecz jasna darujemy sobie tutaj szczegółowe wyliczenia, ale wystarczy nam jedynie wspomnieć choćby figurkę Kaczora Donalda, pończochy, toster i nagrania głosu Hitlera i Stalina. Kiedy będzie można otworzyć tę kapsułę? Nieprędko... Dopiero w 8113 r.!
     
 Kapsułowy zawrót głowy 

Trzeba przyznać, że wiek XX zaowocował coraz częstszymi akcjami montowania kapsuł czasu. Przyszłe pokolenia, jeśli tylko będą tym zainteresowane, a wierzymy, że będą, na pewno będą mieć sporo ciekawych znalezisk do odkrycie, a potem obejrzenia.

Ciągle też zdarzają się nowe odkrycia, nieraz dość dziwne, o ile prawie wszystkie nie są zaskakujące i mające w sobie sporą dawkę tajemniczości. W jednej z kapsuł znaleziono m.in. jedną z pierwszych myszek komputerowych podarowaną przez samego Steve'a Jobsa. Innym razem, na Kamczatce, znaleziono z kolei... odezwę komunistyczną.

Wspomnijmy jeszcze kapsuły czasu nieco innego typu, można powiedzieć: naturalne. Swego czasu naukowcy w Kanadzie odkryli zbiornik wody, w którym zgromadzona ciecz miała bagatela 2,6 miliarda lat!!! Uczeni nie posiadali się z zachwytu, bo takie kapsuły są da nich kopalnią wiedzy o prastarych czasach. Jedak prawdopodobnie nie znaleziono tam żadnych mikroorganizmów żywych. Znamy jednak przypadki, kiedy było inaczej.



W 2011 r. badacze odkryli w RPA basen solankowy, w którym znajdowały się organizmy, których istnienie w tym miejscu trzeba liczyć w milionach lat.

Rok później rosyjscy naukowcy natknęli się na równie niezwykłe mikroorganizmy w Jeziorze Wostok, znajdującym się pod lodem. Ich materiał genetyczny był tak niesłychanie odmienny od wszystkich znanych obecnie, że mógłby należeć do kosmitów :) Wielu badaczy ma dość spore obawy przed grzebaniem w poszukiwaniu prastarych organizmów. Twierdzą, że o nieszczęście nietrudno i takie organizmy mogą wyrządzić sporo szkód, choćby w postaci nieznanych chorób czy mutacji. Brzmi jak science fiction? Coś w tym jest.


Tradycyjnie pora na morał

Kapsuły czasu to wspaniały łącznik międzypokoleniowy: prezent od tych, którzy byli, dla tych, którzy są teraz i prezent od tych, którzy są teraz dla tych, którzy będą. Przy tej okazji musimy chyba jednak pamiętać czy zachowamy dla przyszłych pokoleń również środowisko naturalne i inne, nawet ważniejsze jeszcze dobra. Bo przecież chyba jest tak, ja jestem w to głęboko przekonany, że najważniejsze w historii są nie tyle jakieś materialne kapsuły, ale to, jakie wartości z sobą niosą; wartości te nie do końca wyrażalne albo w ogóle trudne do czysto fizycznego zmierzenia. Super, że tak wiele my, ludzie współcześni, chcemy zostawić przyszłym pokoleniom w postaci różnorodnych kapsuł czasu, ale jeśli zostawimy dla nich zdewastowaną przyrodę i pustkę duchową, to marny ich los i nasz w ich pamięci...

Otwieram sobie książeczkę Phila Bosmansa pt. "Szczęście na każdy dzień" (Semen, Wrocław 2006). Zerkam pod datę 20 maja i czytam sentencję na ten dzień: "Kultura oznacza taki rozwój ducha i serca, że ludzie mogą stać się bardziej ludzcy".

A Ty, ja? Co zostawimy po sobie dla przyszłych pokoleń, żeby były bardziej ludzkie?

PS Jeśli masz ochotę, zapraszam również do lektury innych tekstów na blogu. Ich wykaz znajdziesz na Liście wpisów >>>



Bibliografia wpisu:


1. 
Budzik, otwieracz do konserw i proszek do zębów. Co zawierają kapsuły czasu?;
2. Najstarsza kapsuła czasu w Strzegomiu;
3.
Odnaleziono najstarszą wodę świata. Co kryje ta niezwykła kapsuła czasu?;
4. W Nowej Soli odkryto kapsułę czasu sprzed 142 lat! [ZDJĘCIA]

sobota, 16 marca 2019

#61 Historia nauczycielką życia | Tajemnica wyspy Roanoke

Czyli m.in. o kolonii, która zniknęła i pierwszym brytyjskim dziecku urodzonym w Ameryce


W Polsce, jeśli ktoś chce wystraszyć dzieci i sprawić, żeby stały się grzeczne, może opowiedzieć im o Babie Jadze. Z kolei w Anglii przez stulecia uspokajano dzieci opowieścią o tajemniczej, zaginionej kolonii z wyspy Roanoke. Ta historia, ciągle do końca niewyjaśniona, znacząco wpływała i ciągle wpływa także na wyobraźnię dorosłych.

Początki

Niejaki sir Walter Raleigh był podobno ulubieńcem królowej Elżbiety I. Ten poeta, pisarz, szpieg i miłośnik tytoniu oraz "nowych światów" zorganizował i sfinansował pierwszą ekspedycję Anglików do Ameryki Północnej. Wyprawą, w której brało udział 108 śmiałków, kierował Richard Grenville. Po dopłynięciu do wybrzeży Ameryki i zbadaniu terenu, żeglarze postanowili podjąć próbę założenia kolonii na wyspie Roanoke w Karolinie Północnej. Działo się to w 1584 r., a 6 czerwca tamtego roku założono pierwszą kolonię brytyjską w Ameryce.

Walter Raleigh - portret z 1585, fot. Nicholas Hilliard, wikimedia w domenie publicznej

Po początkowych sukcesach i nawiązaniu dość nawet serdecznych relacji z miejscowymi tubylcami wszystko zostało zaprzepaszczone przez jeden moment agresji i spalenie wioski miejscowych przez Europejczyków. Dalej było już tylko pod górkę. Na szczęście w Nowym Świecie zjawiły się okręty sławnego Francisa Drake'a, który zabrał większość nieszczęśników do Europy. Jednakże 15 śmiałków pozostało na miejscu...

Nowa ekspedycja

Latem 1587 r. do Roanoke przybyli nowi żeglarze pod wodzą Johna White'a - artysty i kolejnego wielkiego pasjonata nowych światów. Zamiast osadników znaleźli tylko... kości jednego z nich. Nie zrazili się tym jednak na tyle, żeby zrezygnować z podjęcia kolejnej próby osiedlenia się na wyspie. Próbowali nawet dogadać się z miejscowymi, ale było to już niemożliwe z racji poważnych niesnasek sprzed kilku lat.

Dodajmy, że w około miesiąc po inauguracji kolonii urodziło się pierwsze brytyjskie dziecko w Ameryce Północnej. Była to Virginia Dare. Jej rodzicami byli córka Johna White'a Eleanor i Ananias Dare.

hthttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250tps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250
https://twitter.com/Roadtrippers/statu1104909862595637250 Sytuacja kolonizatorów pogarszała się z dnia na dzień. Dochohttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250dziło też do dalszych starć z tubylcami. W końcu osadnicy nie wytrzymali i wysłali do Europy statek z prośbą o pomoc. Musieli jednak na nią trochę poczekać. Jak zapewne pamiętamy, Anglia żyła w tym czasie konfliktem z hiszpańską Wielką Armadą i chyba trochę zapomniano o grupce śmiałków, która z poważnymi kłopotami próbowała okiełznać Nowy Świat.

Pomoc przypłynęła, ale dopiero prawdopodobnie w 1590 r. Ku ogromnemu zaskoczeniu kapitana Johna White'a i jego załogi wyspa wyglądała tak, jakby już od jakiegoś czasu była niezamieszkana. Spodziewano się znaleźć chociaż jakieś zwłoki lub groby, ale nic z tych rzeczy - ani żywej, ani zmarłej duszy nie znaleziono. Oczom Europejczyków rzuciła się w oczy jedynie tabliczka z napisem oznaczającym najprawdopodobniej nazwę pobliskiej wyspy: Croatoan.

 
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

89 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci - tyle osób powinna liczyć osada na wyspie Roanoke. Co się stało z Europejczykami, którzy ją tworzyli? Hipotez jest kilka. Za tę najbardziej prawdopodobną uważa się najczęściej przypuszczenie, że osadnicy po prostu zasymilowali się z Indianami zamieszkującymi pobliskie wyspy. Są i tacy, którzy twierdzą, że koloniści podjęli próbę ucieczki z wyspy na statku i gdzieś utonęli w odmętach Atlantyku. Nie wiadomo czy kiedykolwiek się tego dowiemy.

Warto dodać, że Anglicy przekazujący sobie z pokolenia na pokolenie opowieść o "straconej kolonii" lubili zwracać uwagę na fakt, że jeśli dobrze wytężyć wzrok można wśród Indian spotkać ludzi o europejskich rysach twarzy.

Kilka lat temu przeprowadzono badania archeologiczne na terenach zamieszkanych niegdyś przez tubylców i co ciekawe znaleziono tam przedmioty, które z bardzo dużym prawdopodobieństwem należały do Europejczyków.

Mapa okolic wyspy Roanoke, fot. John White, wikimedia w domenie publicznnej

Badacze poddali analizie również mapy Nowego Świata sporządzone przez Johna White'a. Próbowali na ich podstawie ustalić, gdzie mogli udać się osadnicy z Roanoke. Natrafili podobno na ukryte pod łatami znaczki, które rzekomo mają wskazywać potencjalne kierunki ucieczki Europejczyków z tajemniczej wyspy. Trudno jednak tego typu hipotezy potwierdzić.

Tak czy inaczej w 1607 r. Anglicy stworzyli pierwszą stałą osadę w Ameryce o nazwie Jamestown.

                                                                            Morał z Roanoke

W swoim zwyczaju spróbujmy zastanowić się, czego losy "zaginionej kolonii" nas uczą. Na pewno uczą nas choćby tego, że historia jest przepiękną dziedziną wiedzy na przykład z tego powodu, że skrywa wiele tajemnic. Można ją porównać do kobiety, która jest fascynująca przez to, że jawi się jako nie do końca odkryta sfera. Wydaje się, że wiele współczesnych związków rozpada się, gdyż nie ma w nich wystarczającej dozy tajemniczości. Trochę podobnych kwestii poruszyliśmy m.in. w tekście o kronikarzu Kadłubku.


Tajemnicze losy osadników z Roanoke są też czymś w rodzaju symbolu. Przecież niemal każde wchodzenie w nowe, niezależnie od tego czym by ono było, ma w sobie pewną nutkę tajemniczości, mniejszą lub większą. Jest to poniekąd fascynujące, ale i niebezpieczne, dla wielu wręcz kuszące.


Na koniec dzisiejszego tekstu zapraszam do innych, np. najnowszego z serii o Cudownej historii Polski. A jeśli lubisz tematykę żeglarsko-odkrywczą szczególnie polecam Ci artykuł o Polaku, który uprzedził Kolumba.

A Ty jak sądzisz, czego uczy nas historia Roanoke?



Bibliografia wpisu:


1. Co stało się z mieszkańcami „zaginionej kolonii” Roanoke?;
2. Ponura zagadka wyspy Roanoke

sobota, 26 stycznia 2019

#59 Historia nauczycielką życia | Polak, który uprzedził Kolumba

Czyli m.in. o tym, że czasem może być inaczej niż nam się wydaje


Rok 1492, postać Krzysztofa Kolumba i odkrycie Ameryki to te aspekty historii, które wtłacza się już do dziecięcych umysłów niemal od początku nauki tej przepięknej dziedziny wiedzy. Zapewne ów rok należy do ścisłego grona najważniejszych i najpowszechniej znanych dat historycznych.

W związku z powyższym może czasami dziwimy się, gdy ktoś próbuje nam wmówić, że to nie Kolumb, ale Wikingowie dotarli do Ameryki pierwsi i to jeszcze ok. pół tysiąca lat przed słynnym Genueńczykiem. Współcześnie nie da się już chyba zaprzeczyć, że waleczni Skandynawowie istotnie przypływali do amerykańskich wybrzeży na długo przed owym 1492 r.

A co powiecie na to: Kolumba uprzedzili nie tylko Wikingowie, ale i... Polak. Wprawdzie nie tysiące lat, ale jedynie kilkanaście. Być może taka informacja sprawiła, że szczęka Ci opadła, ale spokojnie: oto historia Jana z Kolna.


Jan z Kolna - bohater historyczny czy tylko legendarny?

Wiem, że rozbudziłem Waszą ciekawość, ale w trosce o rzetelność historyczną muszę nieco ostudzić hurraoptymizm. Otóż tak naprawdę nie wiadomo czy Jan z Kolna był Polakiem. W źródłach możemy znaleźć różne zapisy jego nazwiska, np.  Joannes Scolvus albo Joannes Scolnus i trudno powiedzieć, jak naprawdę nazywał się ów jegomość. Niektórzy przypisują mu również norweską albo duńską narodowość. Są i tacy, i kto wie czy nie jest ich przypadkiem najwięcej, którzy uznają Jana z Kolna za postać wyłącznie legendarną.



Jan z Kolna - posąg na Wałach Chrobrego w Szczecinie, fot. Mateusz War, wikimedia

Jeśli jednak Jan istniał, miał rzekomo uczestniczyć w wyprawie z mniej więcej 1476 r., która ponoć dotarła do Grenlandii, a nawet dalej - aż do Ziemi Baffina, Zatoki Hudsona i półwyspu Labrador.

Pierwszym historykiem, który tak na poważne zaczął się zajmować Janem z Kolna był działający w XIX w. Joachim Lelewel. Szperając po różnych źródłach, w tym niemieckich, z nazwiska Scolvus wyłuskał on polskie określenie "Szkolny". Z jego badań wynikało, że ów żeglarz pochodził z Kolna na Mazowszu i wziął udział w wyprawie zorganizowanej przez duńsko-norweskiego króla Chrystiana I Oldenburga.


A co na to inni?

Norweski historyk Gustav Storm (1845-1903) twierdził, że uznawanie Jana z Kolna za Polaka jest wynikiem błędu w tłumaczeniu. Jego zdaniem słowo "pilotus" przekręcono na Polonus. A poza tym rzekomo norweski żeglarz Jon Skolv dopłynąć miał jedynie do Grenlandii, którą przez jakiś czas utożsamiano z Labradorem.

Norweski badacz polarny Fridtjof Nansen (1861-1930) miał podobne do Storma poglądy z tym, że dopuszczał on możliwość nie tylko norweskiego, ale i duńskiego pochodzenia Jona Skolva (Skolvssena, Skolvssona).

Natomiast duński historyk Sofus Larsen (1855-1938) snuł przypuszczenia, że Norwegowi Jonowi Skolvowi towarzyszyło w podróży dwóch Portugalczyków i razem mieli oni dopłynąć do Nowej Funlandii.

I jeszcze jedna teoria, proponowana przez Luisa Ulloa, Peruwiańczyka. Ów badacz utrzymywał, że Joannes Scolvus to.. Krzysztof Kolumb, tylko że w młodości. Miał on potajemnie odbyć wyprawę do Ameryki pod patronatem króla Danii, żeby już potem, legalnie i oficjalnie, odkryć ją po raz drugi w rzeczywistości, z poruczenia Hiszpanii. Dodajmy, że również zdaniem pana Luisa Kolumb był Katalończykiem.


A jak było naprawdę?

Tego pewnie tak na 100% nigdy się nie dowiemy. Niemniej w XX w. na poważnie badaniem tajemniczej postaci Jana z Kolna zajął się historyk geografii - Bolesław Olszewicz. Próbował on dowieść, że łacińskiej formy Scolvus nijak nie można przerobić na Scolnus. Gdyby Jan rzeczywiście był Polakiem autorzy tamtych czasów powinni go określać mianem Joannes Polonus, Joannesa de  Colno albo Joannesa Colnensis. Oprócz tego nie ma dowodów, że taka postać istniała naprawdę. Wiele wskazuje na to, że tamtą wyprawą z ok. 1476 r. kierowali Niemcy, a ów Scolvus był jedynie sternikiem jednego z okrętów. Co więcej, są również przesłanki ku temu, żeby twierdzić, iż tamta ekspedycja dotarła jedynie do Grenlandii, o czym już sobie mówiliśmy. Gdyby zatem Jan z Kolna był Polakiem to i tak dopłynięcie do tej wyspy nie byłoby nawet na tamte czasy niczym niezwykłym.



Jan z Kolna - źródło inspiracji

Nie dziwi chyba nikogo z nas fakt, że ów tajemniczy żeglarz i odkrywca stał się inspiracją m.in. dla ludzi świata literatury i kultury. Jednym z przykładów jest dzieło Stefana Żeromskiego "Wiatr od morza", w którym pojawia się także postać Jana z Kolna. Żeglarza znajdziemy też uwiecznionego na grafice (np. autorstwa Artura Szyka) i w rzeźbie (np. dłuta Sławomira Lewińskiego). Pisali o nim także poeci, jak np. Hieronim Derdowski.



Portret Jana z Kolna autorstwa Artura Szyka, fot. wikimedia

Dodajmy jeszcze, że Jan z Kolna patronuje wielu ulicom polskich miast, nie tylko w Kolnie :)


Wyłuskajmy małą naukę - tradycyjnie

Można powiedzieć, że póki co pierwszymi Polakami w Ameryce, oficjalnie potwierdzonymi, są osadnicy, którzy przybyli tam ok. 100 lat po rzekomej wyprawie Jana z Kolna. Tak czy inaczej, pamięć o Janie jest bardzo żywa i działa na wyobraźnie artystów i nie tylko.


Baśnie i legendy są czymś bardzo ważnym dla historii. I historycy stają czasami przed dość niewdzięcznym zadaniem, które polega na wydobywaniu faktów z tego, co jest w swojej ogólnej postaci tylko fikcyjną opowieścią. Wtedy może się nam wydawać, że historyk gasi coś, co jest także piękne w historii.


Z dzisiejszego spotkania z historią wyłuskajmy może przede wszystkim jedną naukę: czasem może być inaczej niż nam się wydaje. To może działać we dwie strony. Z jednej strony to, co uważamy za fakt niepodważalny, może przy odrobinie wysiłku badawczego, okazać się mitem albo przynajmniej półprawdą. Z drugiej zaś strony to czego nigdy byśmy chyba za prawdę nie uznali, może być w rzeczywistości czymś absolutnie realnym.


I to właśnie, przenikające się nawzajem tajemniczość i realizm, głęboko wpisują się w istotę historii i sprawiają, że jest ona tak wspaniałą dziedziną wiedzy.