Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 lipca 2023

#117 Historia nauczycielką życia | HW10 / Gratka! Antyczne zwoje online

Czyli m. in. o tym, że możesz się poczuć jak archeolog w Qumran, nie wychodząc z domu


Są wakacje, a zatem witam Was serdecznie w odcinku z serii Historyczne wakacje! 

Zapewne wiecie, ale od ponad 10 lat można sobie w sieci przeglądać kilka zwojów znad Morza Martwego. Pewnie znamy ich historię jak to przypadkowo beduińscy chłopcy natrafili na nieodkryte jaskinie podczas wypasana kóz na Zachodnim Brzegu Jordanu w 1947 r. 

Grota 4 z Qumran, foto: Autorstwa Grauesel - Photo taken by Grauesel, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=182887


Po wejściu na stronię dss.collections.imj.org.il znajdujemy dokładnie pięć zdigitalizowanych bardzo ważnych zwojów: Wielki Zwój Izajasza (1QIsa), Zwój Wojny (1QM), Zwój Świątynny (11Q19), Komentarz do Księgi Habakuka (1QpHab) oraz Reguła Zrzeszenia (Podręcznik Dyscypliny, 1QS). Wszystkich rękopisów jest podobno ok. 800, a poza tym istnieje jeszcze ok. 30 tys. mniejszych kawałeczków. Zapewne stopniowo będą także trafiać do internetu.

Cały ten projekt digitalizacji to pomysł Muzeum Izraela w Jerozolimie przy wsparciu Izraelskiego Zarządu Starożytności oraz Google. Rozdzielczość wstawionych fotografii jest gigantycznie wysoka. Sięga podobno nawet 1200 megapikseli; to ok. 200 razy lepiej niż w aparatach cyfrowych.

Bardzo zachęcam, żeby podczas tych wakacji i nie tylko korzystać z tej strony i poczuć się jak prawdziwi odkrywcy Qumran. Dzięki technologiom internetowym nawet nie trzeba być na miejscu, żeby te zwoje przeglądać.


A z tego odcinka niech płynie nastepująca nauka: pasja + internet = gratka dla miłośników Biblii i Historii!

W związku z tym, że ten temat jest mocno biblijny, zapraszam też serdecznie na mojego drugiego bloga: Biblijny Raban >>>

Życzę Wam wszystkim wspaniałych, historycznych wakacji!

Pozdrawiam Was serdecznie!

Poprzedni wpis:



Zachęcam też do odwiedzenia strony: archeologiabiblijna.wordpress.com >>>
 

Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 03.07.2023):


sobota, 30 kwietnia 2022

#110 Historia nauczycielką życia | Farmer udowodnił, że Bóg istnieje

Czyli m.in. o tym, że "dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego" (Łk 1,37)

To po prostu nie miało się prawa wydarzyć. W 1983 r. jeden z najbardziej morderczych ultramaratonów świata (z Sydney do Melbourne; 875 km) został wygrany przez... rolnika, farmera. Człowiek ten, który nazywał się Cliff Young, pokonał zawodowców o dwa dni. Przebiegł dystans w ciągu 5 dni. Jak to możliwe???!

Cliff Young w biegu, Autorstwa Vasilijem113-12 - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=32431240


Okazało się, że Young jako farmer wiele dni, nawet ze trzy, biegał po polach za owcami. Pomyślał, że skoro tyle się udawało, to da radę przebiec jeszcze kilka dni więcej.

Gdy zjawił się do zapisów, aby wziąć udział w biegu, chyba nikt nie traktował poważnie jego kandydatury. Dodajmy, że mężczyzna zjawił się w rolniczych butach - gumiakach. Tymczasem jednak on dopiął swego i wystartował, nie mając zupełnie profesjonalnego stroju; tylko buty przywdział sportowe, a reszta to strój farmera.

Prawdopodobnie na skutek pomyłki, po pierwszym dniu biegu, który zdecydowanie przegrał z młodszymi rywalami (oni mieli zazwyczaj poniżej 30 lat, a on już ponad 60!), kolejnego dnia wstał po bardzo krótkim śnie i wybiegł na trasę zdecydowanie przed rywalami. I w kolejnych dniach już tylko zwiększał swoją przewagę. O śnie prawie nie myślał, bo nie wydawał mu się on potrzebny.

Koniec końców jak wiemy zwyciężył. Nawet nie wiedział, że czekała na niego nagroda finansowa! Postanowił ją podzielić między 5 kolejnych zawodników, których uznawał za lepszych od siebie, choć oczywiście ten wyścig z nim przegrali.

Jego styl biegania, początkowo wyśmiany, został później od jego nazwiska określony jako Young Shuffle (Powłóczenie nogami Younga). Uznano go za bardzo ergonomiczny.

Zachęcam też do obejrzenia poniższego filmiku, żeby dowiedzieć się więcej:


Historia Younga to oczywiście materiał na świetny film albo książkę i pewnie takie powstały, zwłaszcza w Australii. Myślę, że stosunkowo nietrudno wyciągnąć naukę z tej opowieści. Człowiek niedoceniany początkowo, odnosi sukces; brzydkie kaczątko przeobraża się w pięknego łabędzia. Poza tym upór i choćby nawet nieudolne wykonywanie zadania, ale w sposób efektywny, przynosi ostatecznie sukces. Pewnie jeszcze inne nauki spokojnie damy radę z tej historii wyciągnąć.

Dla mnie jednak Cliff Young jest człowiekiem, który udowadnia swoją postawą, że Pan Bóg istnieje. Jeśli nawet nie tyle poprzez swoją postawę sportową, to na pewno jako symbol człowieka, który pomimo różnych zmagań, szczęśliwie dociera do celu, bo wierzy, że z Bożą pomocą mu się uda: dla nas chrześcijan tym celem jest Niebo.

Na koniec dodam, że pewnego razu słyszałem też historyjkę, opowiadaną przez pewnego zakonnika, o babci, która szybciej dotarła na szczyt niż dwaj chłopcy. Jak to się stało? Podczas gdy oni ją zlekceważyli i od czasu do czasu urządzali sobie przystanki w drodze na szczyt, ona nieustannie dreptała. I gdy im wydawało się, że jeszcze mają czas, w pewnym momencie zorientowali się, że starsza kobiecina już przekroczyła metę.

A czy Ty, w historii Twojego życia, masz wyznaczony cel i czy wytrwale dążysz do jego realizacji? Czy jesteś bardziej zawodowcem, czy Cliffem Youngiem? Albo czy jesteś młodzieńcem, czy starszą kobieciną z powyższej historyjki? 

Zostawcie komentarze. Dzięki!

Polecam też:


środa, 30 marca 2022

#109 Historia nauczycielką życia | Mariupol, czyli człowieku, uwierz wreszcie!

Czyli m.in. o tym, że jest coś więcej niż czubek naszego nosa

Wojna. To słowo przewija się niemal wszędzie. Słyszymy, czytamy, piszemy, mówimy o wydarzeniach, jakże tragicznych, które mają miejsce na Ukrainie.

fot. pixabay.com

Wiemy dobrze, że jednym z miast ukraińskich, które najmocniej ucierpiały na skutek działań wojennych, jest Mariupol. Pewnie wielu z nas albo większość wie, że to miasto ze swej nazwy jest po prostu: miastem Maryi. Ktoś może powie, że z racji jego ważnego położenia jest ono ważnym obiektem do zdobycia i nic więcej. Ja jednak, podobnie jak wielu obserwatorów, jestem wprost przekonany, że to nie o dane położenie chodzi w pierwszej kolejności, ale o sprawy duchowe.

Każda wojna, a szczególnie to co na naszych oczach dzieje się na Ukrainie, to dowód na to, że rzeczywistość, która nas otacza, jest zdecydowanie bogatsza niż ta, którą uznają tzw. ateiści. Tego typu zdarzenia są straszliwą manifestacją sił zła. Przywódcy, żołnierze to nie wszystko; zdecydowanie groźniejsze są siły, z ramienia których oni działają - moce zła. Paradoksalnie zło samo sobie strzela w kostkę, bo emanując swoimi działaniami ułatwia przekonanie o swoim istnieniu; choć z drugiej strony mimo to nie wszyscy w to wierzą, co Bóg przez proroka Izajasza już przewidział (por. Iz 6; https://biblia.deon.pl/2010/rozdzial.php?id=478&werset=3#W3).

W związku z powyższym ludzkie działania są arcyważne, ale zdecydowanie nie wolno na nich poprzestawać. My jako wierzący mamy zdecydowanie potężniejszy oręż, a są nim modlitwa, pokuta, ofiara, itp. Matka Boża w Fatimie wyraźnie mówiła, że aby Rosja się nawróciła, potrzebne jest zawierzenie jej Niepokalanemu Sercu Maryi. To się dokonało w 1984 r. i niedawno 25 marca br. Maryja prosiła też o codzienną modlitwę różańcową, pokutę i nabożeństwo 5 pierwszych sobót miesiąca. Bez tego, bez tego oręża, nigdy nie odniesiemy prawdziwego zwycięstwa nad siłami zła, bo my nie walczymy z ludźmi, ale stajemy oko w oko z diabłem, naszym odwiecznym przeciwnikiem, tym, który dzieli. Nie stajemy sami, ale właśnie z Bogiem, Maryją i całymi zastępami świętych, błogosławionych i aniołów.

Zachęcam też do lektury jednego z pierwszych tekstów na blogu, które tej tematyce był poświęcony:

Jeszcze mi się nasunęła taka analogia: jeśli chcemy pokonać złych ludzi bez odniesień do spraw duchowych to tak, jakbyśmy leczyli człowieka z choroby bez dobrej diagnozy albo faszerowali go jedynie lekami przeciwbólowymi, bez likwidacji prawdziwej przyczyny choroby i bólu. W świecie ludzie źle czyniący to jedno, ale siły zła, któremu się poddali, to co innego. To zło jest bezpośrednim źródeł wszelkiego zła. Pamiętajmy o tym.

Aby jeszcze bardzo utwierdzić nas w przekonaniu, że czubek naszego nosa to nie wszystko, przypominam o niezwykłym zdarzeniu, które zaobserwowano w Moskwie niedługo po wybuchu wojny na Ukrainie. Otóż Ikona Matki Bożej Łagodzącej Złe Serca, która znajduje się w głównej cerkwi rosyjskich sił zbrojnych, zaczęła płakać krwawymi łzami. Obejrzycie sobie poniższy materiał. Serdecznie polecam!


Poza tym niedługo przed atakiem Rosji na Ukrainę krwawą ciecz zaobserwowano również na twarzy figury św. Michała Archanioła, patrona Kijowa, która znajduje się w Kolorado.

Dodam jeszcze, że widziałem też nagranie, na którym w trakcie modlitwy o pokój w jakimś miejscu na Ukrainie w trakcie nabożeństwa do świątyni wleciał gołąbek i usiadł nad ołtarzem na oczach wszystkich.

I jeszcze ciekawostka: nie wiem czy wiecie, że Putin urodził się 7 października 1952 r. Tego dnia przypada wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. Według mnie to nie jest przypadek, ale dowód na to, że nawet Putin jeszcze nie jest totalnie przegrany duchowo, mimo ogromu czynionego zła. Zresztą odsyłam do tekstu o Stalinie na tym blogu, który w tym momencie jest najczęściej czytanym artykułem blogowym >>>.

Nie wiem jak Wy, ale ja nie mam wątpliwości, że dobro i zło istnieją nie tylko jako piękne metafory, ale jako rzeczywistości realne, a przede wszystkim jako istoty. Mamy kochającego Boga Ojca, ale jest też zły duch, szatan, wróg Boga i ludzi. To z jeszcze większą mocą uświadamiamy sobie w kontakcie z okrucieństwem wojny. 

Z drugiej jednak strony te wydarzenia jeszcze dobitniej pokazują, że przede wszystkim niezwykły jest Bóg, który obdarzył ludzi dobrą wolą i choć oni mogą nawet wybierać zło, nic nie wymyka się spod kontroli Boga. Dobro już wygrało, choć zupełnie niesłusznie wydaje się, że jest odwrotnie. To kłamstwo zła, a prawda jest jedna: Bóg zwyciężył i jeśli Jego się trzymamy, też jesteśmy zwycięzcami.

W tym temacie polecam też serię na blogu Biblijny Raban:

Chciałbym ten materiał zakończyć wymownym cytatem z Listu św. Pawła do Efezjan (Ef 6,10-20): 

10 W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. 11 Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. 12 Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich3. 13 Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. 14 Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość4, 15 a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju5. 16 W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. 17 Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże6 - 18 wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych 19 i za mnie, aby dane mi było słowo, gdy usta moje otworzę, dla jawnego i swobodnego głoszenia tajemnicy Ewangelii, 20 dla której sprawuję poselstwo jako więzień, ażebym jawnie ją wypowiedział, tak jak winienem.



A czy ja dostrzegam w wojnie na Ukrainie i wszystkich wydarzeniach przejawy dobra i zła, a przede wszystkim Bożej Opatrzności?


Zostawcie komentarze. Dzięki!


Bibliografia:


Polecam też:
oraz


środa, 24 listopada 2021

#105 Historia nauczycielką życia | Oby tylko to nie wybuchło, bo byłaby masakra

 Czyli m.in. o tym, że ludzie często sami sobie strzelają w kolano

Pierwszy raz albo przynajmniej pierwszy świadomy dowiedziałem się o tej historii z programu telewizyjnego. Od razu mnie to zaintrygowało i zachęciło do wyciągnięcia pewnych wniosków; mówiąc naszym językiem - nauki z historii.

Sprawa dotyczy amerykańskiego statku towarowego SS Richard Montgomery, który w 1944 r. zatonął u ujścia Tamizy, a zatem od miejsca jego obecnego przebywania do Londynu nie jest wcale daleko. Nie byłoby pewnie w tym wraku nic szczególnego, gdyby nie bardzo kluczowy fakt: na jego pokładzie znajduje się 1500 t materiałów wybuchowych. Przed tym, jak osiadł na mieliźnie, SS Richard Montgomery miał 6 000 t na sobie, ale zanim kadłub pękł, wydobyto 4500 t. 

Dodajmy jeszcze, że statek, o którym mowa, jest jednym z ponad 2700 okrętów amerykańskich typu "Liberty Ships". To były konstrukcje dość nieskomplikowane, ale mogące przewozić nawet do 10000 t materiałów.

fot. Fraser Gray @FraserG32883664 / Twitter

Jest to zadziwiające, że już od blisko 80 lat wrak pozostaje nietknięty z racji tego, że trudno oszacować straty po ewentualnym wybuchu ładunku. Co więcej, istnieje obawa, że nawet zniszczenie i zapadnięcie się masztu może spowodować wybuch, ale z drugiej strony eksperci obawiają się nawet ruszać masztów; wolą dmuchać na zimne. Tylko czy to jeszcze jest zimne, czy już grozi wybuchem...? A wybuch, jak mówią i piszą fachowcy, mógłby mieć naprawdę opłakane skutki. Generalnie teren wokół statku jest oznaczony bojami i nikt tam nie może wpłynąć, ale i bez tego jak widać ryzyko wybuchu jakieś jest zawsze.

Cała ta historia wzbudziła we mnie dziwne uczucie: toż to nie kto inny, ale ludzie, my sami, naważyliśmy sobie tego piwa i teraz boimy się go wypić. O ile już sama wojna jest bezsensem, o tyle przypadek SS Richarda Montgomery to już prawdziwe kuriozum. Ten statek i jego niebezpieczny ładunek, który miał wiadome cele, teraz stał się elementem zupełnie niechcianym i na tyle poważnym, że nawet przy obecnym rozwoju technologii nie za bardzo wiadomo, co zrobić z tym fantem.

Te przemyślenia mogą nas prowadzić dalej, na inne płaszczyzny naszego życia. Czy przypadkiem nie jest tak, że i w naszym życiu, nierzadko, robimy coś złego, a potem z niechcianymi, a czasami może zaskakującymi konsekwencjami, zmagamy się przez lata, a nawet całe życie. Aby uniknąć gołosłowności pierwszy przykład z brzegu: nadużywamy alkoholu, a potem ni stąd ni zowąd zmagamy się z rożnymi przypadłościami zdrowotnymi, z którymi nie wiadomo co począć. Tacy bywamy - my ludzie... Oby ten SS Richard Montgomery był dla nas przestrogą przed bagatelizowaniem zła i bezsensownym pakowaniem się w tarapaty. Na co to komu? "Dosyć ma dzień swojej biedy" (Mt 6,34).

Czy po wodach mojego życia nie pływa przypadkiem taki SS Richard Montgomery, które najlepiej już teraz, zanim jeszcze jest czas, zneutralizować, żeby nie doszło do katastrofy?


Zachęcam Was do zostawienia komentarzy. Dzięki!

PS Informacje o statku podałem korzystając ze strony whatsnext.pl
 
#17 Historia nauczycielką życia | Czas ucieka..., a co nas czeka? >>>
 
 

piątek, 23 października 2020

#91 Historia nauczycielką życia | Tym narzędziem bezkrwawo obalili system

 Czyli m.in. o tym, że wtedy jesteś mocny, kiedy jesteś słaby

 
Nasza kochana Historia życia nauczycielką będąca zna też niestety bardzo wiele przykładów dyktatur i dyktatorów. Jedne są bardziej znane, inne znów nieco mniej. Przypadek, o którym pragnę dziś wystukać parę linijek, przenosi nas na Filipiny lat 70. XX w., a wpierw do roku 1972, kiedy właśnie to państwo stało się totalitarnym organizmem państwowym. Kończący drugą czteroletnią kadencję prezydent Ferdinand M. Marcos powinien już złożyć urząd, ale zamiast tego rozwiązał parlament i zniósł prasę, uwięził nieprzejednanych oficerów i członków opozycji. Nie powiódł mu się jednak atak na Kościół, któremu przewodził kard. Jaime L. Sin. Marcos odpuścił Kościołowi nie chcąc się wikłać w nowe problemy. Dostrzegał charyzmę kardynała, którego słuchały chętnie rzesze Filipińczyków, a nawet sam dyktator mimowolnie kierował zaciekawione ucho w stronę kapłana. Dzięki staraniom Sina (którego poniekąd można porównać z naszym kard. Wyszyńskim) wielu więźniów politycznych powróciło do domów na Boże Narodzenie 1974 r. Kardynał przekonywał, że zmiany w państwie mogą się dokonać tylko na jednej drodze: drodze miłości.

Ferdinand Marcos, by derivative work: Bluemask fot. (talk)Ferdinand_Marcos_and_George_Shultz_DA-SC-84-05877.JPEG: Spec. 4 Dino Bartomucci - Ferdinand_Marcos_and_George_Shultz_DA-SC-84-05877.JPEG, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5009542
 
Tak czy inaczej każdy kolejny rok na Filipinach przynosił coraz to nowe dramaty i zawody. Korupcja, bestialstwo bojówek partyzanckich, rozwarstwienie społeczne, stagnacja ekonomiczna i nie tylko bardzo dawały się ludziom we znaki.

Stagnacja i zamęt na Filipinach trwały aż do sierpnia 1983 r., kiedy to miało miejsce zdarzenie ostatecznie pogrążające dyktatora. Otóż 21 sierpnia 1983 r. przyleciał z USA do Manili jeden z najwyrazistszych opozycjonistów - Benigno Aquino. To bardzo ciekawa postać, ale może w tym miejscu nie będziemy rozwijać jego historii. W każdym razie był to człowiek, któremu jak mało komu zależało na oswobodzeniu ojczyzny spod władzy krwawego Marcosa. Tamtego pamiętnego dnia właśnie wysiadał z samolotu, gdy nagle został trafiony kulą w głowę. Okazało się, że za zabójstwem stali ludzie dyktatora. Znamienne, że Aquino nie zdążył nawet dotknąć stopą ukochanej ziemi ojczystej. W takiej sytuacji jego rodacy już nie mogli pozostać bierni. Fala została już poruszona i nic nie było w stanie jej zatrzymać.

Na czele opozycji stanęła wdowa po Benigno - Corazon Aquino. 

Benigno Aquino Jr, fot. wikimedia w domenie publicznej

Wreszcie nastał luty 1986 r. 22 lutego tamtego roku dyktator postanowił aresztować ministra obrony i jeszcze kilka innych ważniejszych osobistości. Potencjalni więźniowie schronili się w koszarach przy autostradzie znanej dziś w skrócie jako EDSA. O pełnej nazwie później.

W tych dramatycznych chwilach kardynał Sin odebrał telefon - poproszono go o jakiś ratunek. Garstka obrońców właściwie nie znaczyła nic wobec potęgi dyktatora. Zafrasowany kapłan zamknął się w kaplicy na półtorej godziny. Gdy wyszedł, wydał przez radio komunikat do wszystkich Filipińczyków - zachęcił ich do wyjścia na ulice i oddzielenia obrońców od sił dyktatorskich. Trzeba przyznać, że ludzie dopisali. Posłuchali wezwania kapłana, choć w tej sytuacji musieli się liczyć z tym, że po prostu zostaną zmieceni z powierzchni ziemi przez czołgi i samoloty.

Wyliczono, że zebrało się ogółem ok. 2 milionów ludzi, łącznie z maluchami. Obrońcy mieli ze sobą różańce i nieustannie przez cztery dni i noce trwali na modlitwie. Kapłani odprawiali liczne Msze św. To nie wszystko - zakonnice z kilku klasztorów kontemplacyjnych wspierały rodaków równie nieustanną modlitwą wspomaganą postem.

Kard. Jaime Sin, fot. wikimedia, by Ernmuhl, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1109994

W końcu naprzeciw modlących się ludzi stanęło 25 czołgów i ok. 6 tys. żołnierzy. Maszyny ruszyły na ludzi... Z jednej strony uzbrojona po zęby potęga, z drugiej wyciągnięte w jej stronę różańce.

W pewnym momencie do pierwszego szeregu, w którym modliły się zakonnice, podjechał czołg. Wychylony żołnierz przez chwilę nasłuchiwał, po czym krzyknął do siostry, żeby ona i jej towarzyszki... modliły się głośniej, bo on ze swoimi ludźmi też chce się przyłączyć. W innym miejscu niepełnosprawna staruszka prosiła, żeby zabić ją, ale oszczędzić młodszych ludzi. Niezwykle wymowna była sytuacja, gdy 13-letnia Filipinka wręczyła żołnierzowi kwiaty, żeby tylko nikogo nie zabił. Ten ją przytulił i obiecał, że nikogo nie zabiją. Oboje rozpłakali się. Takie przypadki można by mnożyć. Miało dojść do masakry, a tymczasem żołnierze wespół z cywilami modlili się i śpiewali pieśni, kobiety i dziewczyny szykowały kanapki dla obu stron jeszcze niedawnego konfliktu. Filipińczycy na powrót stali się jednym narodem.

Miejsce tamtych wydarzeń to Aleja Objawienia się Świętych (EDSA).
 
Obóz dyktatora nie chciał jednak nazbyt szybko odpuścić. Specjaliści użyli gazu, żeby rozpędzić zbiorowisko. W tym momencie miało miejsce kolejne niezwykłe zdarzenie. Ni stąd, ni zowąd wiatr zmienił kierunek i gazem poczęstowali się sami spece od tej roboty. Odczekano dwie godziny, ale gdy już wydawało się, że z wiatrem jest wszystko w porządku, ten znowu nieoczekiwanie zmienił kierunek i ucierpieli znowu sami napastnicy.

Jakby tego było mało, dyktatora zawiodły również moździerze. Sprzęt nie wypalił, a załoga przyłączyła się do obrońców.

Koniec końców prezydentem została Corazon Aquino, a totalnie przegrany Marcos znalazł azyl na Hawajach, gdzie zmarł 3 lata później.

Corazon Aquino, fot. wikimedia w domenie publicznej

Ta cała sprawa, po ludzku niemająca logicznego wyjaśnienia, jest jeszcze tym bardziej ciekawa, gdy zapoznajemy się ze świadectwem kard. Sina, który udzielił wywiadu protestanckiemu dziennikarzowi Wayne'owi Weible'owi. Ów dziennikarz stał się gorliwym katolikiem. Otóż podobno w pewnym momencie rządowi żołnierze mieli zobaczyć Cudną Panią, która powiedziała do nich: "Stop, kochani żołnierze! Nie posuwajcie się dalej! Nie krzywdźcie moich dzieci. Jestem królową ich serc". Kiedy żołnierze to usłyszeli, zostawili wszystko, wyszli z czołgów i przyłączyli się do ludu. Niezwykłe... Zachęcam Was też, żebyście posłuchali nagrania z punktu 2. bibliografii. O cudzie w Manili opowiada tam człowiek wielce oddany Maryi, niejaki Anatol Kaszczuk.

Kard. Sin nie miał wątpliwości: to był cud. Zauważył jednak, że jakiś czas potem to wyjątkowe zjednoczenie ludzi różnych klas ustąpiło miejsca zwykłym niesnaskom. W związku z tym potrzeba, żeby ciągle na nowo powracać do tamtych wydarzeń, wyciągać z nich wnioski i wcielać w życie. To właśnie jak dobrze wiecie staramy się czynić w każdym odcinku Historii nauczycielki życia i dziś szczególnie nie może być inaczej.

fot. zorro4, pixabay.com

Powyższa historia, choć na swój sposób wyjątkowa, jest jednak w pewnym sensie podobna do bardzo wielu innych tego typu, kiedy świat rzeczywisty jaki znamy na co dzień okazuje się zupełnie niewystarczający, zbyt wąski, poza którym jest jeszcze coś znacznie więcej, niż próżnia; jest Ktoś. Trzeba sobie zadać wiele trudu, żeby doszukiwać się jakichś dziur w całym i próbować podważać to zajście. Ale po co? Po co walczyć z czymś, co jest oczywiste i potwierdzone przez świadków. Być może my ludzie badając historię nierzadko zupełnie niepotrzebnie zadajemy sobie tyle trudu, żeby walczyć z oczywistościami. Pewien bliski mi historyk mawiał, że historia jest najbliżej matematyki ze wszystkich humanistycznych dziedzin. To prawda. Wszak logika podpowiada, że powyższa historia jest oczywista i lepiej sobie darować jej podważanie.

A Ty, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jak uważasz? Ja już przedstawiłem swoje zdanie w tej sprawie.
 
Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.

Poprzedni wpis:


Czytaj również:

  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 23.10.2020):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 Bibliografia wpisu:

  1. Cud na Filipinach, sekretariatfatimski.pl >>>,
  2. Zwycięstwa Różańcowe, Anatol Kaszczuk >>>;
  3. Zwycięstwo modlitwy różańcowej na Filipinach, adonai.pl

piątek, 27 marca 2020

#79 Historia nauczycielką życia | Umarł w 1898 r., ale przekazał lek na koronawirusa!

Czyli m.in. o tym, że są na świecie sprawy, które się nawet największym lekarzom nie śniły


Koronawirus gości już od ładnych parunastu tygodni w ogólnoświatowej opinii publicznej. W sumie trudno, żeby tak nie było, skoro jest to naprawdę jeden z najpoważniejszych problemów ostatnich lat, dziesięcioleci, może wieków. Trudno tak jednoznacznie to stwierdzić, ale już możemy powiedzieć, że mało kto, a może nikt z żyjących, nie pamięta czegoś podobnego.

To jasne, że lekarze próbują znaleźć lek na tę paskudną chorobę i chapeau bas, że starają się pomóc ludziom nierzadko ryzykując swoim zdrowiem, a nawet życiem. Nie każdy z nas byłby w stanie tak się poświęcić. Jeśli chodzi o możliwe leki na koronawirusa, to jednym z nich mogą być substancje obecne w lekach przeciwmalarycznych. Badania, dość obiecujące, prowadził i zapewne prowadzi w tej sprawie francuski zespół lekarzy pod kierownictwem Didiera Raoulta.

W trakcie naszego dzisiejszego spotkania chciałbym jednak przywołać zdarzenie, które jest doprawdy niewiarygodne, ale potwierdzone przez lekarzy i media w Libanie. Już mówię o co chodzi.

1 marca tego roku, w niedzielę, do jednego z zakonników w libańskiej miejscowości Annaya przybyła pewna dziewczyna, która zdradziła, że miała we śnie widzenie św. Charbela Machlufa (znany jest też jako Szarbel Makhluf) , który jest współcześnie coraz bardziej rozpoznawalnym świętym, a w Libanie i na Bliskim Wchodzie jednym z najważniejszych. Co ciekawe, ów św. Charbel polecił dziewczynie udać się do miejsca, gdzie znajdował się jego pierwszy grób. Poprosił, aby zabrała trochę ziemi i zagotowała, a następnie odcedziła. Taki lek miała zanieść do szpitala, którego adres św. Charbel dokładnie wskazał. Zaznaczył też z jakim lekarzem dziewczyna ma porozmawiać i na jaki oddział się udać.

fot. Zdjęcie powstałe w niewytłumaczalny sposób 8 maja 1950 podczas wizyty maronickich misjonarzy u grobu św. Szarbela, wikimedia w domenie publicznej

Zakonnik, któremu dziewczyna powiedziała o swoim widzeniu, udał się wraz z nią pod wskazany adres i okazało się, że zapowiadany przez świętego lekarz opiekuje się chorymi na... koronawirusa. Na tym oddziale oni właśnie się znajdowali.

Dziewczyna i zakonnik za zgodą lekarza podali tajemniczy lek chorym i, o dziwo, ci, którzy przyjęli go z wiarą, bardzo szybko wrócili do pełni sił i zdrowia. Podobno uzdrowieni zostali nawet ci, którzy chorowali na inne choroby.

Jak już wspomniałem, to zdarzenie zostało potwierdzone przez zakonnika i lokalne media libańskie. Okazuje się zatem, że człowiek, który żył w latach 1828-1898 i był pustelnikiem pomógł sporządzić lek na jedną z absolutnie najpoważniejszych chorób współczesności.

Św. Charbel Machluf przez wiele lat przebywał na pustelni: modlił się, umartwiał, pościł, adorował Najświętszy Sakrament. Przez wielu jest uznawany za świętego ekumenicznego, łączącego chrześcijaństwo Wschodu i Zachodu. Czcią otacza go nawet wielu muzułmanów. Mało tego: wielu z nich, podobnie jak chrześcijanie, doznało cudów za jego przyczyną.


Nie jest tajemnicą na tym blogu, że w każdym tekście musi być w sposób szczególny podkreślona jakaś nauka wypływająca z danego wydarzenia czy wydarzeń historycznych. Ta dzisiejsza jest dość oczywista, a z drugiej strony, wprost niewiarygodna. Wiemy jednak, że została potwierdzona. Być może jednym z najlepszych podsumowań tej opowieści jest po prostu stwierdzenie, że jeśli chcemy pokonać koronawirusa, to nie wystarczy nam opierać się tylko na naukowych metodach. Niewłaściwym podejściem byłoby też opieranie się wyłącznie na narzędziach ponadnaturalnych i liczenie tylko na nie. Zapewne kluczem do sukcesu jest połączenie sił fizycznych i duchowych. W ten sposób może przyjść ratunek i uzdrowienie. Można mieć oczywiście różne zdania na ten temat, ale przytoczona powyżej historia jak wiele jej podobnych z innych dziedzin i okresów historycznych dowodzi, że to, co nas otacza, nie jest wszystkim. Jest coś jeszcze. Wielu z nas wie, czym jest to coś, a tak naprawdę Kim. Każdy z nas musi jednak okazać choć trochę dobrej woli, a nawet posłużyć się rozumem, żeby te sprawy odkryć, uznać i przyjąć.

Zapraszam Was oczywiście do dyskusji i wypowiadania się w tym temacie. Podajcie też dalej. Co o tym myślicie?

Zachęcam do lektury innych tekstów, a na przykład poprzedniego o gigantach >>>

Zapraszam też do lektury tekstu, jednego z pierwszych na tym blogu, który był w podobnej tematyce, jak ta dzisiejsza >>>
 

Bibliografia wpisu:

1. Lek przecimalaryczny w leczeniu COVID-19? Francuscy naukowcy szukają odpowiedzi >>>;

2. Św. Szarbel Makhluf >>>;
3. Św. Charbel UZDRAWIA z koronawirusa? Szokująca relacja >>>

sobota, 22 lutego 2020

#78 Historia nauczycielką życia | Ale giganci!

Czyli m.in. o tym czy giganci chodzili (chodzą...?) po naszej ziemi


Pamiętam, że jako dziecko słyszałem od babci i dziadka opowieści o ludziach niezwykle olbrzymich. Byli tak duzi, że jeden drugiemu podawał siekierę z jednego wzgórza na drugie. A owe wzgórza dzieli potężna odległość. Wtedy tego typu historie wydawały mi się interesujące i wiarygodne, choć nawet mimo mojej bujnej wyobraźni trudno mi w to było tak całkowicie uwierzyć.

Z drugiej jednak strony w Biblii czytamy o ludziach niezwykłego wzrostu, którzy żyli bardzo, bardzo dawno temu na obszarze Bliskiego Wschodu. Prawdopodobnie większość ludzi kładzie takie opowieści między bajki, ale czy na pewno mają rację?

fot. Efraimstochter, Pixabay.com

O gigantach czytamy już w początkowych rozdziałach Księgi Rodzaju (np. Rdz 6;1-2; 6,4-6; por. też Pwt 7,3-4; Ba 3,26-28). Niektórzy sugerują, że nie byli ludźmi, ale kimś w rodzaju upadłych aniołów, którzy zawędrowali na ziemię. Może byli uosobieniem mitycznych herosów. Inni dopatrują się w nich po prostu ludzi, tylko obdarzonych niespotykanym dziś wzrostem.

Giganci pojawiają się też w innych księgach biblijnych, np. Liczb (Lb 13,32) i Pierwszej Samuela (1 Sm 17); wszak słynny Goliat, z którym potykał się jeszcze sławniejszy Dawid >>>, również był olbrzymem.

Tak czy inaczej giganci wyginęli z ziemi. Być może lwia ich część odeszła z tego świata na skutek biblijnego potopu. W najnowszych czasach spotykało się wprawdzie ludzi znacznego wzrostu, ale najczęściej ich wzrost związany był z jakąś chorobliwą anomalią ciała. Tacy ludzie nierzadko mieli problemy z poruszaniem się i stosunkowo szybko umierali jak np. Robert Wadlow mierzący przed śmiercią w wieku 22 lat aż 272 cm. To oficjalnie najwyższy znany nam człowiek. Nie licząc rzecz jasna gigantów z pradawnych czasów, o których dziś rozprawiamy.
 
Robert Wadlow, fot. wikipedia w domenie publicznej

Jeśli kogoś nie przekonują biblijne opisy powinien zerknąć do internetu. Po wpisaniu choćby hasła "giganci" wujaszek Google przedstawia nam szereg zaskakujących fotografii, na których widać ogromne ludzkie szkielety, wydobywane z ziemi przez naukowców. Jeśli zagłębimy się w temat przekonamy się, że istnieje na ziemi kilka miejsc, gdzie odkryto tego typu znaleziska. Chyba jednym z najsłynniejszych jest odkrycie szczątków tzw. człowieka z Adeny. Na znalezisko natrafiono pod koniec XIX w. w posiadłości Adena w Chillicothe w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że ziemia skrywała tam szkielety należące do istot ludzkich o wzroście dochodzącym nawet do 3 m!

Są i tacy, którzy takie odkrycia i fotografie uznają za sztucznie spreparowane i niezgodne z rzeczywistością. Jednakże nie można ot tak tych zdarzeń wyrzucić do kosza historii. Zainteresowanych tematem zachęcam do odbycia podróży po internecie, także na strony w języku angielskim (można wpisać np. Adena skeleton). Zdaje się, że wiele z tych znalezisk jest całkiem dobrze udokumentowanych. A jeśli ktoś nadal wątpi warto wybrać się na miejsce i tam zbadać sprawę.


Gdy już całkiem złapiemy bakcyla na treści poświęcone gigantom zapewne warto sięgnąć po książkę Patricka Chouinarda pt. "Zaginiona rasa gigantów".

Nie będziemy tutaj zbytnio wikłać się w "gigantomachię" i roztrząsanie tematu w nieskończoność. Już na podstawie powyższych informacji jesteśmy w stanie z dużym prawdopodobieństwem przyznać, że coś jest na rzeczy. To jest w pewnym sensie nauka płynąca z naszego dzisiejszego spotkania z historią. Jeśli nawet coś na gruncie czysto zdroworozsądkowym wydaje ci się absolutnie niemożliwe i kompletnie niewiarygodne, pomyśl dwa, a najlepiej więcej razy, zanim coś od razu skreślić i odłożysz na półkę z bajkami.

Trzeba podkreślić jeszcze przynajmniej jedną sprawę powiązaną z powyższą. Jeśli nawet wiele spraw ukazanych w Biblii jawi się jako irracjonalne może się okazać, że pomimo może dużej dozy nieprawdopodobieństwa zawierają w sobie sporo prawdy i niejednym mogą nas zaskoczyć. Na moim drugim blogu stworzyłem specjalną serię zatytułowaną Mitołamacz, gdzie staram się przekonywać m.in., że oficjalne nauczanie Kościoła wcale nie zakłada dosłownego czytania Biblii. Otóż wiele obrazów w niej zawartych z założenia nie jest kronikarskim zapisem dziejów czy mapą geograficzną, ale są to zwyczajnie symbole. W historii liczą się przede wszystkim fakty, w Biblii wiara i sprawy duchowe. To ważne rozróżnienie. Jeśli zatem giganci nigdy nie istnieli, to ich obecność w Biblii wcale nie pomniejsza jej znaczenia. Proste, prawda?

Na koniec powiedzmy sobie, że opowieści o gigantach są też może wyrazem jakiejś ukrytej dążności, pragnienia człowieka do bycia kimś znaczącym, wielkim, silnym, niepokonanym. Z drugiej strony wielkość nierzadko budzi grozę, więc opowieści o gigantach mogły być dobrymi straszakami na dzieci. Raz po raz przekonujemy się, że tak naprawdę to nie w wielkości ciała, a we wnętrzu człowieka ukryta jest prawdziwa siła. W związku z tym walka Dawida z Goliatem jest niejako symbolem zwycięstwa tego co niepozorne nad siłą i potęgą widzianą czysto po ludzku. Tego między innymi uczy nas nasza nauczycielka - Pani Historia.

Zapraszam Was oczywiście do dyskusji i wypowiadania się w tym temacie. Podajcie też dalej. Co o tym myślicie?

Zachęcam do lektury innych tekstów, a na przykład poprzedniego o głosach z zaświatów >>>

Jeśli podoba ci się tematyka prehistoryczna może zainteresuje cię również to >>>
 

Bibliografia wpisu:

1. Czy giganci faktycznie istnieli? >>>
;
2. GIGANCI – CZY BIBLIJNI NEFILIMOWIE ISTNIELI NAPRAWDĘ? >>>;
3. Kim byli ludzie z Adeny? Jak odnaleziono kości gigantów >>>