Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX w.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX w.. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 września 2022

#115 Historia nauczycielką życia | Dziewczyna Wielbłąd - nieszczęśliwa szczęściara

 Czyli m.in. o tym, że z nieszczęścia można czasem wyprowadzić nieszczęśliwe szczęście

Ella Evans Harper urodziła się w 1870 r. w amerykańskim stanie Tennessee. Przyszła na świat z wyjątkowym schorzeniem - jej kolana zginały się w drugą stronę. Wydawało się, że dla jej rodziny i dla niej samej będzie to cios nie do udźwignięcia, tymczasem okazało się, że rodzący się nurt rozrywkowy pozwolił jej na ciekawe życie. Było to jednak nieszczęśliwe szczęście...

foto: Ella Evans Harper, wikimedia w domenie publicznej

Trzeba odnotować, że w XIX w. w USA popularne stały się występy tzw. "dziwadeł", dzięki którym ludzie z różnymi defektami ciała mieli szansę na zarabianie i godne życie, na co zapewne nie mogliby liczyć poza cyrkiem. Jednym z takich "dziwadeł" była właśnie Ella.

Przez ok. cztery lata Ella była prawdziwą gwiazdą cyrkową. Nierzadko występowała z wielbłądem, dlatego nadano jej przydomek "Dziewczyny Wielbłąda". Po tych czterech latach, uwielbiana przez jednych i krytykowana przez drugich, postanowiła zakończyć karierę, oddać się studiom i rozpocząć normalniejsze życie.

Straciła ojca w tragicznych okolicznościach. W 1905 r. została żoną. Mała córeczka jednak zmarła, podobnie jak później córeczka adoptowana. Na dodatek po pewnym czasie Ella zachorowała na raka i zmarła mając 51 lat w 1921 r.

Wydaje mi się, że jesteśmy w stanie przywołać więcej historii, w których z jakiegoś nieszczęścia ktoś wyprowadza szczęście. Historia Elli, dość tragiczna, pokazuje jednak sytuację, kiedy z nieszczęścia rodzi się szczęście, które jednak okazuje się nieszczęśliwe. To dlatego Ella, będąc u szczytu cyrkowej sławy, decyduje się na powrót do normalnego życia, o które w jej przypadku nie było łatwo, bo była widziana jako wybryk natury, ktoś nienormalny. Pozostaje jednak pytanie: czy kariera cyrkowa rzeczywiście dawała Elii prawdziwe szczęście, czy była tylko jego atrapą?

Historia Elli pokazuje jeszcze coś: ta kobieta uznawana za "dziwadło", różniła się od ludzi zwyczajnych w zasadzie jedynie tym, że jej kolana zginały się w drugą stronę. Ileż to razy my ludzie wyśmiewamy kogoś czy określamy jako zupełnie nienormalnego, podczas gdy ich inność wynika z prozaicznej kwestii. A może właśnie ta inność paradoksalnie jest tym, co przynosi powód do chluby i może być wykorzystane do pięknych celów. A tak przy okazji: według Biblii słowo "Święty", którym często określany jest Bóg, można rozumieć jako inny.

Podsumowując, to co wiemy o życiu Elli Harper to przestroga przed tym, żeby nikogo nigdy nie skreślać. Jest to jednocześnie zachęta, aby w faktycznych czy rzekomych odmiennościach innych, widzieć ich zalety, a nie wady. Oczywiście jeśli ta inność wynika z grzechu, to nie można widzieć w niej dobra, ale jeśli jest po prostu neutralna, najprawdopodobniej może też okazać się zaletą, a nie wadą.

Znacie takie przypadki?

Opiszcie, proszę, w komentarzach.

Z serdecznymi pozdrowieniami!



#17 Historia nauczycielką życia | Czas ucieka..., a co nas czeka? >>>
 
 
Top 3 spośród aktualnie ponad 100 tekstów na blogu z największą liczbą odsłon (stan na 28.09.2022):

1. #95 Historia nauczycielką życia | Stalin świętym...??? Na tropie "niemożliwego" >>>

2. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

3. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>


Bibliotrafia

1. Ella Harper - the Camel Girl, ciekawostkihistoryczne.pl, https://ciekawostkihistoryczne.pl/2022/01/22/ella-harper-the-camel-girl/

2. Do historii przeszła jako dziwadło. Jej życie było naznaczone tragedią, https://kobieta.wp.pl/do-historii-przeszla-jako-dziwadlo-jej-zycie-bylo-naznaczone-tragedia-6731245822610112a

2. "Najwspanialszy wybryk natury". Oto smutna, ale i niezwykła historia Elli, nazywanej wielbłądem, natemat.pl, https://natemat.pl/445066,zadbaj-o-zdrowie-z-oczyszczaczem-marki-hoover-oddychaj-czystym-powietrzem

piątek, 27 marca 2020

#79 Historia nauczycielką życia | Umarł w 1898 r., ale przekazał lek na koronawirusa!

Czyli m.in. o tym, że są na świecie sprawy, które się nawet największym lekarzom nie śniły


Koronawirus gości już od ładnych parunastu tygodni w ogólnoświatowej opinii publicznej. W sumie trudno, żeby tak nie było, skoro jest to naprawdę jeden z najpoważniejszych problemów ostatnich lat, dziesięcioleci, może wieków. Trudno tak jednoznacznie to stwierdzić, ale już możemy powiedzieć, że mało kto, a może nikt z żyjących, nie pamięta czegoś podobnego.

To jasne, że lekarze próbują znaleźć lek na tę paskudną chorobę i chapeau bas, że starają się pomóc ludziom nierzadko ryzykując swoim zdrowiem, a nawet życiem. Nie każdy z nas byłby w stanie tak się poświęcić. Jeśli chodzi o możliwe leki na koronawirusa, to jednym z nich mogą być substancje obecne w lekach przeciwmalarycznych. Badania, dość obiecujące, prowadził i zapewne prowadzi w tej sprawie francuski zespół lekarzy pod kierownictwem Didiera Raoulta.

W trakcie naszego dzisiejszego spotkania chciałbym jednak przywołać zdarzenie, które jest doprawdy niewiarygodne, ale potwierdzone przez lekarzy i media w Libanie. Już mówię o co chodzi.

1 marca tego roku, w niedzielę, do jednego z zakonników w libańskiej miejscowości Annaya przybyła pewna dziewczyna, która zdradziła, że miała we śnie widzenie św. Charbela Machlufa (znany jest też jako Szarbel Makhluf) , który jest współcześnie coraz bardziej rozpoznawalnym świętym, a w Libanie i na Bliskim Wchodzie jednym z najważniejszych. Co ciekawe, ów św. Charbel polecił dziewczynie udać się do miejsca, gdzie znajdował się jego pierwszy grób. Poprosił, aby zabrała trochę ziemi i zagotowała, a następnie odcedziła. Taki lek miała zanieść do szpitala, którego adres św. Charbel dokładnie wskazał. Zaznaczył też z jakim lekarzem dziewczyna ma porozmawiać i na jaki oddział się udać.

fot. Zdjęcie powstałe w niewytłumaczalny sposób 8 maja 1950 podczas wizyty maronickich misjonarzy u grobu św. Szarbela, wikimedia w domenie publicznej

Zakonnik, któremu dziewczyna powiedziała o swoim widzeniu, udał się wraz z nią pod wskazany adres i okazało się, że zapowiadany przez świętego lekarz opiekuje się chorymi na... koronawirusa. Na tym oddziale oni właśnie się znajdowali.

Dziewczyna i zakonnik za zgodą lekarza podali tajemniczy lek chorym i, o dziwo, ci, którzy przyjęli go z wiarą, bardzo szybko wrócili do pełni sił i zdrowia. Podobno uzdrowieni zostali nawet ci, którzy chorowali na inne choroby.

Jak już wspomniałem, to zdarzenie zostało potwierdzone przez zakonnika i lokalne media libańskie. Okazuje się zatem, że człowiek, który żył w latach 1828-1898 i był pustelnikiem pomógł sporządzić lek na jedną z absolutnie najpoważniejszych chorób współczesności.

Św. Charbel Machluf przez wiele lat przebywał na pustelni: modlił się, umartwiał, pościł, adorował Najświętszy Sakrament. Przez wielu jest uznawany za świętego ekumenicznego, łączącego chrześcijaństwo Wschodu i Zachodu. Czcią otacza go nawet wielu muzułmanów. Mało tego: wielu z nich, podobnie jak chrześcijanie, doznało cudów za jego przyczyną.


Nie jest tajemnicą na tym blogu, że w każdym tekście musi być w sposób szczególny podkreślona jakaś nauka wypływająca z danego wydarzenia czy wydarzeń historycznych. Ta dzisiejsza jest dość oczywista, a z drugiej strony, wprost niewiarygodna. Wiemy jednak, że została potwierdzona. Być może jednym z najlepszych podsumowań tej opowieści jest po prostu stwierdzenie, że jeśli chcemy pokonać koronawirusa, to nie wystarczy nam opierać się tylko na naukowych metodach. Niewłaściwym podejściem byłoby też opieranie się wyłącznie na narzędziach ponadnaturalnych i liczenie tylko na nie. Zapewne kluczem do sukcesu jest połączenie sił fizycznych i duchowych. W ten sposób może przyjść ratunek i uzdrowienie. Można mieć oczywiście różne zdania na ten temat, ale przytoczona powyżej historia jak wiele jej podobnych z innych dziedzin i okresów historycznych dowodzi, że to, co nas otacza, nie jest wszystkim. Jest coś jeszcze. Wielu z nas wie, czym jest to coś, a tak naprawdę Kim. Każdy z nas musi jednak okazać choć trochę dobrej woli, a nawet posłużyć się rozumem, żeby te sprawy odkryć, uznać i przyjąć.

Zapraszam Was oczywiście do dyskusji i wypowiadania się w tym temacie. Podajcie też dalej. Co o tym myślicie?

Zachęcam do lektury innych tekstów, a na przykład poprzedniego o gigantach >>>

Zapraszam też do lektury tekstu, jednego z pierwszych na tym blogu, który był w podobnej tematyce, jak ta dzisiejsza >>>
 

Bibliografia wpisu:

1. Lek przecimalaryczny w leczeniu COVID-19? Francuscy naukowcy szukają odpowiedzi >>>;

2. Św. Szarbel Makhluf >>>;
3. Św. Charbel UZDRAWIA z koronawirusa? Szokująca relacja >>>

sobota, 15 czerwca 2019

#65 Historia nauczycielką życia | 38 minut i 500 ofiar - historia najkrótszej wojny w dziejach

Czyli m.in. o tym, jak w niecałą godzinę lekcyjną załatwiono sprawę


Niezwykle krwawymi zgłoskami zapisały się w historii szczególnie dwie wielkie wojny światowe. Pochłonęły niezliczone wręcz masy ludzi i spowodowały mnóstwo zniszczeń. Ogrom dewastacji spotęgowany był przede wszystkim bardzo długim trwaniem tych konfliktów. Ponadto znamy z kart historii również takie konflikty, które kojarzymy m.in. przez pryzmat przedziału czasowego ukrytego w ich nazwach; są to np. wojna stuletnia (1337-1453), wojna trzynastoletnia (1454-1466), wojna trzydziestoletnia (1618-1648), wojna sześciodniowa (5-10 czerwca 1967). O ile już wojna trwająca sześć dni wydaje nam się nadzwyczaj krótka w zestawieniu z pozostałymi przykładami, o tyle wcale nie jest najkrótszą oficjalnie znaną wojną w całej historii. Na czele tej listy znajduje się to, co wydarzyło się 27 sierpnia 1896 r. na kontynencie afrykańskim. Ten konflikt trwał zaledwie... 38 minut, ale pochłonął aż pół tysiąca istnień ludzkich.


Sułtanat Zanzibaru - trochę egzotyczne państwo

Zanzibar znany jest współcześnie jako miasto leżące w południowo-wschodniej Afryce, na wyspie o tej samej nazwie. Jest trzecim co do wielkości miastem Tanzanii. Niegdyś istniało państwo - Sułtanat Zanzibaru. Nie będziemy się tutaj szczegółowo wgryzać w dzieje tego dla nas dość egzotycznego organizmu państwowego, ale na potrzeby naszego dzisiejszego spotkania z historią wystarczy wspomnieć, że od 1886 r. do 1963 r. kontrolę nad Zanzibarem sprawowali Brytyjczycy.

Jak oczywiście nietrudno się domyślić, na tronie sułtanatu zasiadali sułtanowie. 25 sierpnia 1896 r. w wyniku użycia siły nowym sułtanem został niejaki Khalid bin Barghash Al-Busaid, który zastąpił zmarłego poprzednika. Brytyjczykom nieszczególnie podobał się ten nowy człowiek na zanzibarskim tronie. Chyba jego głównym mankamentem było sympatyzowanie z Cesarstwem Niemiec. Co więcej poprzednik Al-Busaida, sprzyjający Brytyjczykom, wyznaczył przed śmiercią następcę, a na dodatek Anglicy mieli prawo na mocy specjalnej umowy mianować kolejnych sułtanów, więc dni uzurpatora na tronie wydawały się policzone.

Sułtan uzurpator
Khalid bin Barghash Al-Busaid, fot.
Bundesarchiv, wikimedia na licencji CC BY-SA 3.0 de
Szybko i skutecznie

Mówiąc krótko, Al-Busaid dostał proste ultimatum: albo do 9 rano dnia 27 sierpnia 1896 r. ustąpisz ze stołka, albo marny twój los (to parafraza, ale o to chodziło ;). Sułtan pozostał nieugięty, więc Brytyjczycy wkroczyli do akcji. Po dwóch stronach barykady stanęły siły brytyjskie i zanzibarskie. Zaczęło się od wypowiedzenia wojny Zanzibarowi przez Wielką Brytanię, potem zmagania zbrojne i podpisanie pokoju. I to wszystko zmieściło się w zaledwie tych 38 wspomnianych minutach!

Al-Busaid zgromadził całkiem spore siły, ale wynik konfrontacji z potężnymi Anglikami zdawał się być przesądzony, oczywiście na korzyść Europejczyków. Co ważne, Brytyjczykom wcale nie zależało na krwawym zaprowadzaniem porządku w Zanzibarze, więc maksymalnie odwlekali godzinę ataku i negocjowali. Uzurpator jednak ani myślał o zrzeczeniu się stanowiska. A zatem zaczęło się!

Brytyjskie okręty zaczęły ostrzeliwać ląd, osłaniając napór sił lądowych. Sułtan-uzurpator bardzo szybko musiał opuścić swój pałac straszliwie niszczony przez siły europejskie. Postanowił schronić się u konsula niemieckiego i osiadł w Niemieckiej Afryce Wschodniej, tzw. Tanganice. Co się odwlecze, to (dosłownie w tym przypadku) nie uciecze. Al-Busaid dostał się w ręce Brytyjczyków, gdy ci w trakcie I wojny światowej zajęli tereny w Afryce do tej pory należące do Niemiec.
Pałac sułtana zniszczony przez Brytyjczyków, fot. w domenie publicznej, wikimedia
Trudno nawet porównywać straty w ludziach po obu stronach konfliktu: podczas gdy tylko jeden Brytyjczyk został ranny, aż 500 żołnierzy walczących dla Zanzibaru zginęło. Zanzibarczycy na dodatek utracili jacht HHS "Glasgow". Musieli też uiścić kwotę reparacji wojennych w ramach żołdu brytyjskim żołnierzom. Koniec końców Zanzibar pozostał pod panowaniem Anglików aż do uzyskania niepodległości w 1963 r. kiedy wszedł w skład nowego państwa o nazwie Tanzania.

Tylko i aż 38 minut

Opisany pokrótce oficjalnie najkrótszy konflikt w dziejach jest doskonałą nauczką/nauką płynącą z historii. To jasne, że konflikt trwał obiektywnie rzecz ujmując niedługo: mniej niż godzina lekcyjna. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę aż pół tysiąca poległych żołnierzy to okaże się, że były to stosunkowo duże straty jak na tak krótki odcinek czasu: 500 unikalnych istnień ludzkich odeszło z tego świata. To jest przykład pewnej względności historii, w której jak wiadomo nie od dziś czas odgrywa znaczącą rolę. Czasami coś co wydaje się niewielkim w innym kontekście oznacza jednak coś znacznego. Trudno powiedzieć tak na 100% kiedy coś należy uznać za "tylko", a kiedy za "aż".

Brytyjscy żołnierze piechoty morskiej stojący przy zanzibarskiej armacie (po zdobyciu pałacu sułtana), fot. w domenie publicznej, wikimedia
Z tej historii można wyciągnąć wiele nauk, ale ta powyżej wyłuskana niech będzie dla nas dzisiaj tą główną, żebyśmy na każde wydarzenie historyczne patrzyli z różnych punktów widzenia i starali się możliwie najbardziej miarodajnie ocenić je i ukazać we właściwym świetle: ani nie przesadzonym, ani nie puszczonym mimochodem.

Zapraszam też do lektury starszych tekstów na Historii nauczycielce życia >>>. Jeśli interesuje Was szczególnie historia XIX w. to zapraszam tutaj >>>, tutaj >>> albo tutaj >>>.

Bibliografia wpisu:

1. 
29 dziwnych faktów historycznych, o których istnieniu nigdy nie słyszałeś w szkole. #9 przerażający;
2. Najkrótsza wojna w historii - starcie Anglii z Zanzibarem;
3.
Najkrótsza wojna w historii świata;

sobota, 18 maja 2019

#63 Historia nauczycielką życia | Historia zaklęta w kapsule

Czyli m.in. o tym, że czasami marzenia o podróżach w czasie spełniają się


Choć podróże w czasie wydają się jedynie utopią i czymś rodem z filmów science fiction, to jednak jest coś, co pozwala w pewnym sensie przenosić się w czasie. Tym czymś jest... kapsuła. Weź nie żartuj sobie - ktoś może powie zdegustowany. Jasne, że nie chodzi o takie zupełnie fizyczne przenosiny w czasie, ale jednak tzw. kapsuły czasu pozwalają na bardzo namacalne odsłonięcie przed naszymi oczyma kawałka historii.

Kapsuła czasu? A co to takiego?

Najogólniej rzecz ujmując kapsuła czasu to pojemnik lub miejsce, w którym przedstawiciele danego pokolenia składują pewne ważne przedmioty dla swoich czasów (przynajmniej tak im się może wydawać). Wszystko to z myślą o potomnych, którzy za jakiś tam czas odgrzebią czy w jakikolwiek inny sposób dostaną się do zawartości takiej kapsuły i wtedy przeszłość łączy się z teraźniejszością; zawiązuje się tajemnicza nić międzypokoleniowa. 

Don Harrington Discovery Center w Amarillo w Teksasie, gdzie znajdują się cztery kapsuły czasu, które mają zostać otworzone po 25, 50, 100 i 1000 lat od zamknięcia w 1968 r. fot.
Who What Where Nguyen Why, wikimedia (licencja CC BY-SA 3.0)

Najstarsze kapsuły czasu na świecie i w Polsce

Wobec powyższego interesuje nas zapewne to, gdzie znajdują się najstarsze kapsuły czasu, znane nam współcześnie.

Zaznaczmy jeszcze to, iż samo pojęcie kapsuły czasu jest raczej terminem stosunkowo świeżym. Natomiast zjawisko umieszczania przedmiotów dla potomnych w specjalnych schowkach sięga już prawdopodobnie odległych, starożytnych czasów.

W okresie nowożytnym takie kapsuły najczęściej składowano w wieżach lub kościołach, w stosownych skrytkach.

Obecnie bodaj najstarszą oficjalnie uznawaną kapsułą czasu jest ta z Bostonu, znaleziona w trakcie prac renowacyjnych budynku Old State House w 2004 r. Oczom szczęśliwych odkrywców ukazała się skrzynka datowana na rok 1795. Co w niej się znajdowało? Były tam: tablica z opisem wydarzenia, jakim było wmurowanie kamienia węgielnego pod budynek, ponad 20 monet, w tym najstarsza jeszcze z XVII w., medal okolicznościowy z podobizną pierwszego prezydenta USA oraz gazety.

No dobra, a w Polsce? Gdzie można znaleźć najstarsze tego typu znalezisko? Spieszę z wyjaśnieniem: w 2013 r., w Zespole Szkół w Strzegomiu, odnaleziono miedzianą tubę z 1874 r. Jej wnętrze skrywało dokumenty urzędowe, monety, rękopis, a także tomik wierszy niejakiego Johanna Christiana Günthera.



Część znawców zagadnienia i historyków utrzymuje jednak, że za najstarszą polską kapsułę czasu należałoby uznać tę ze Szczecina, datowaną na czasy... Stefana Batorego! Oficjalnie jednak to strzegomskie znalezisko jest numerem jeden. Prawdopodobnie głównym przedmiotem małych okołokapsułowych niejasności jest to, iż zdaniem niektórych za kapsuły czasu należy uważać tylko te znaleziska, które zawierają sugerowaną datę otwarcia, a zatem ktoś świadomie, z premedytacją je tam wpakował.

Strzegomska kapsuła jest numerem jeden, ale tak ledwo ledwo :) Kilka lat temu w Nowej Soli w Lubuskiem znaleziono kapsułę czasu z roku... 1874. Coś Wam to mówi, prawda? Ta ze Strzegomia to też egzemplarz z 1874 r. Wtedy zapanowała chyba jakaś moda na chowanie kapsuł. Może założono się, którą wcześniej (i czy w ogóle) ktoś odkryje? :) A teraz na poważnie. W nowosolskiej kapsule znajdowały się monety, gazety i pusta butelka po winie.

Rynek w Nowej Soli, fot. Mohylek, wikimedia (licencja CC BY-SA 4.0)

A inne kapsuły?

Nie sposób tutaj wymieniać szczegółowo wszystkich kapsuł znanych nam dotychczas. Ograniczmy się do jeszcze kilku przykładów.

W karmelickim kościele w Krakowie w trakcie prac remontowych dobrano się do jednej z kul zdobiącej krzyż. W kuli znajdowała się tuba, a w niej szereg przedmiotów, które spowite były gazetą pt. "Głos Narodu" (z 1934 r.).

Teraz czas na dwie bardzo słynne, wręcz przełomowe kapsuły. Pierwsza pochodzi z 1939 r. i uważa się ją za przełomową w swoim gatunku. Wtedy też pierwszy raz nazwano coś takiego kapsułą czasu. Zaznaczmy, że niektórzy proponowali nazwę bomba zegarowa, ale to chyba byłby nazewniczy niewypał, prawda? Wtedy to, w 1939 r. w trakcie Wystawy Światowej w Nowym Jorku, przedstawiciele firmy Westinghouse upublicznili i zakopali pod ziemią na głębokości 5 m skrzynię o wadze bagatela 360 kg! Spakowano tam m.im. lalkę, nici i 15-minutowe nagranie filmowe. Zaznaczono, żeby znalazcy otwarli ją w... 6939 r. Ale czy wtedy jeszcze świat jaki znamy będzie istniał?



Jeśli ta ważąca 360 kg skrzynia to według Was gigant, to co powiecie na tzw. Kryptę Cywilizacji w Atlancie. To nawet nie skrzynia, tylko pokój o powierzchni blisko 60 mkw. Wejścia do środka chronią pancerne drzwi, a za nimi ok. tysiąca gadżetów z epoki, czyli z lat 1936-1940, kiedy to sporządzono ową Kryptę. Co znajdą tam potomni? Rzecz jasna darujemy sobie tutaj szczegółowe wyliczenia, ale wystarczy nam jedynie wspomnieć choćby figurkę Kaczora Donalda, pończochy, toster i nagrania głosu Hitlera i Stalina. Kiedy będzie można otworzyć tę kapsułę? Nieprędko... Dopiero w 8113 r.!
     
 Kapsułowy zawrót głowy 

Trzeba przyznać, że wiek XX zaowocował coraz częstszymi akcjami montowania kapsuł czasu. Przyszłe pokolenia, jeśli tylko będą tym zainteresowane, a wierzymy, że będą, na pewno będą mieć sporo ciekawych znalezisk do odkrycie, a potem obejrzenia.

Ciągle też zdarzają się nowe odkrycia, nieraz dość dziwne, o ile prawie wszystkie nie są zaskakujące i mające w sobie sporą dawkę tajemniczości. W jednej z kapsuł znaleziono m.in. jedną z pierwszych myszek komputerowych podarowaną przez samego Steve'a Jobsa. Innym razem, na Kamczatce, znaleziono z kolei... odezwę komunistyczną.

Wspomnijmy jeszcze kapsuły czasu nieco innego typu, można powiedzieć: naturalne. Swego czasu naukowcy w Kanadzie odkryli zbiornik wody, w którym zgromadzona ciecz miała bagatela 2,6 miliarda lat!!! Uczeni nie posiadali się z zachwytu, bo takie kapsuły są da nich kopalnią wiedzy o prastarych czasach. Jedak prawdopodobnie nie znaleziono tam żadnych mikroorganizmów żywych. Znamy jednak przypadki, kiedy było inaczej.



W 2011 r. badacze odkryli w RPA basen solankowy, w którym znajdowały się organizmy, których istnienie w tym miejscu trzeba liczyć w milionach lat.

Rok później rosyjscy naukowcy natknęli się na równie niezwykłe mikroorganizmy w Jeziorze Wostok, znajdującym się pod lodem. Ich materiał genetyczny był tak niesłychanie odmienny od wszystkich znanych obecnie, że mógłby należeć do kosmitów :) Wielu badaczy ma dość spore obawy przed grzebaniem w poszukiwaniu prastarych organizmów. Twierdzą, że o nieszczęście nietrudno i takie organizmy mogą wyrządzić sporo szkód, choćby w postaci nieznanych chorób czy mutacji. Brzmi jak science fiction? Coś w tym jest.


Tradycyjnie pora na morał

Kapsuły czasu to wspaniały łącznik międzypokoleniowy: prezent od tych, którzy byli, dla tych, którzy są teraz i prezent od tych, którzy są teraz dla tych, którzy będą. Przy tej okazji musimy chyba jednak pamiętać czy zachowamy dla przyszłych pokoleń również środowisko naturalne i inne, nawet ważniejsze jeszcze dobra. Bo przecież chyba jest tak, ja jestem w to głęboko przekonany, że najważniejsze w historii są nie tyle jakieś materialne kapsuły, ale to, jakie wartości z sobą niosą; wartości te nie do końca wyrażalne albo w ogóle trudne do czysto fizycznego zmierzenia. Super, że tak wiele my, ludzie współcześni, chcemy zostawić przyszłym pokoleniom w postaci różnorodnych kapsuł czasu, ale jeśli zostawimy dla nich zdewastowaną przyrodę i pustkę duchową, to marny ich los i nasz w ich pamięci...

Otwieram sobie książeczkę Phila Bosmansa pt. "Szczęście na każdy dzień" (Semen, Wrocław 2006). Zerkam pod datę 20 maja i czytam sentencję na ten dzień: "Kultura oznacza taki rozwój ducha i serca, że ludzie mogą stać się bardziej ludzcy".

A Ty, ja? Co zostawimy po sobie dla przyszłych pokoleń, żeby były bardziej ludzkie?

PS Jeśli masz ochotę, zapraszam również do lektury innych tekstów na blogu. Ich wykaz znajdziesz na Liście wpisów >>>



Bibliografia wpisu:


1. 
Budzik, otwieracz do konserw i proszek do zębów. Co zawierają kapsuły czasu?;
2. Najstarsza kapsuła czasu w Strzegomiu;
3.
Odnaleziono najstarszą wodę świata. Co kryje ta niezwykła kapsuła czasu?;
4. W Nowej Soli odkryto kapsułę czasu sprzed 142 lat! [ZDJĘCIA]

sobota, 13 kwietnia 2019

#62 Historia nauczycielką życia | Mary Celeste, czyli porzucona

Czyli m.in. o brygantynie, która stała się jednym z najsłynniejszych statków-widmo


To fakt, że ostatnio na blogu rządzi tematyka odkrywczo-tajemniczo-legendarno-marynistyczna, ale przynajmniej w tym wpisie jeszcze trochę ją pociągniemy. W poprzednim tekście mówiliśmy sobie (albo raczej ja pisałem, a Wy czytaliście ;) o tajemnicy wyspy Roanoke, a nieco wcześniej poruszyliśmy tematykę Polaka, który rzekomo miał uprzedzić Kolumba. A dziś pomówimy o statku i to nie byle jakim, ale od wieków spędzającym sen z powiek badaczom historii. Ale po kolei.

Zanim stała się sławna

Zanim Mary Celeste stała się sławna, nosiła w ogóle inne imię. Nazwano ją Amazon (jakieś skojarzenia? To nie o współczesną markę chodzi ;). Narodziła się w kanadyjskiej Nowej Szkocji, a po raz pierwszy popłynęła w 1861 r. Była 30-metrową brygantyną, a więc stosunkowo niewielkim okrętem. Statków tego typu chętnie używali piraci ze względu na ich zwinność. Początkowo statek był wykorzystywany do transportowania najróżniejszych towarów. Parokrotnie zmieniał też właścicieli, gdyż miał nieszczęście "łapania" kilku dość poważnych uszkodzeń. Koniec końców kapitanem Mary Celeste (tak już wtedy nazywała się owa brygantyna) został Benjamin Spooner Briggs, nota bene abstynent i człowiek cieszący się uznaniem za swoją sprawiedliwość, który za duże pieniądze odrestaurował i zmodernizował jednostkę. Było to w roku 1872 r.


Benjamin Spooner Briggs - kapitan Mary Celeste. Trzeba przyznać, że mógłby być krewnym prezydenta USA Abrahama Lincolna... :), fot. wikimedia (domena publiczna)
Prezydent Abraham Lincoln 5 lutego 1865 roku, fot. wikimedia (domena publiczna)


Ani żywej duszy...

Jesienią 1872 r. Mary Celeste i jej załodze powierzono misję dostarczenia spirytusu do Europy, a konkretnie do Genui. Statek wyruszył w listopadzie m.in. z kapitanem, jego żoną i dwuletnią córką na pokładzie. Ogółem na pokładzie znajdowało się 10 osób.

4 lub 5 grudnia 1872 r. załoga innego statku, Dei Gratia, który wyruszył do Europy z New Jersey nieco później niż Mary Celeste, dojrzała na oceanie gdzieś między Azorami i Portugalią opuszczony statek. Jakież było ich zdziwienie gdy okazało się, że to sama Mary Celeste.

Najdziwniejsze było to, że na jej pokładzie nie było ani jednej osoby. Rzeczy pasażerów oraz ładunek były nienaruszone, tylko żagle nosiły na sobie ślady uszkodzeń i ładownie były nieco zalane. Kapitan Dei Gratia, niejaki David Morehouse, postanowił zabrać okręt do Gibraltaru w celu ustalenia przyczyn takiego stanu rzeczy. Pewną poszlaką mogła być brakująca na Mary Celeste jedna łódź ratunkowa.

Wstępne dochodzenie przyniosło dwie teorie. Pierwszą szybko odrzucono. Mówiła o zabiciu kapitana i jego rodziny przez pozostałych członków załogi. Brak jakichkolwiek śladów zbrodni przeczył tej hipotezie. Druga, bardziej prawdopodobna, nakazywała widzieć przyczynę opuszczenia statku w możliwości wybuchu spirytusu. W tamtych czasach doszło do kilku tego typu katastrof, więc załoga, czując opary spirytusu (który może ulotnił się z kilku beczek i spalił, co mogło znamionować ewentualną eksplozję reszty ładunku), mogła w trosce o swoje życie ewakuować się z okrętu i nigdy już na niego nie wróciła.

Tak czy inaczej jednostkę obsadzono nową załogą i popłynęła dalej do Genui. Zagadką może być też to, że w porcie ustalono, iż rzekomo 9 z 1701 beczek ze spirytusem było pustych.


Co było dalej?

Przez kolejnych kilkanaście lat Mary Celeste realizowała się jako statek transportowy. Trzeba jednak przyznać, że nie były to lata udane i ekspedycje z jej udziałem raczej przynosiły straty. Ta ostatnia miała miejsce w 1885 r., gdy statek zatonął. Jego wrak zlokalizowano w 2001 r. i spoczywa na dnie w rejonie niedaleko Haiti.

W 1873 r. natrafiono u wybrzeży Hiszpanii na dwie szalupy z sześcioma ciałami. Ich tożsamości nie udało się ustalić, a ewentualne związki owych szalup z Mary Celeste poddaje w wątpliwość fakt, że przecież jak wiemy na jej pokładzie brakowało tylko jednej łodzi ratunkowej, a nie dwóch.

Obraz z 1861 roku przedstawiający żaglowiec Amazon (przemianowany w 1869 roku na Mary Celeste), artysta nieznany, fot. wikimedia (domena publiczna)

                                                                            Teorie i morał

Teraz pozostaje nam już w zasadzie tylko gdybanie. Niektórzy powiedzą, że jest to właśnie to, co w historii najciekawsze: pewna doza tajemniczości...

Oprócz tych teorii najbardziej prawdopodobnych są i takie nieco fantastyczne. Dla tych, którzy wierzą w przesądy, klątwy, itp. ta historia może być dowodem na to, że Mary Celeste była po prostu okrętem przeklętym. Faktem jest, że wiele z jej kursów było bardzo nieszczęśliwych. Już podróż inauguracyjna przyniosła śmierć pierwszego kapitana na zapalenie płuc. Nie brakowało też stłuczek i mielizn w życiu Amazona, a później Mary Celeste. Dość tajemniczy był też finał przygód okrętu, który zatonął na początku 1885 r. w słoneczny dzień rozbijając się o rafę koralową nieopodal Haiti. Przeciwnicy hipotezy o przeklętym okręcie wskażą zapewne na szereg zyskownych kursów, które również temu okrętowi i jego załodze się przytrafiły.

Wiadomo, że tego typu zdarzenia rozbudzają ludzką wyobraźnię. Mówiono i pisano niestworzone rzeczy o tym, co na pokładzie znaleziono. Do mistyfikacji i pojawienia się mitów na temat feralnego rejsu Mary Celeste przyczynił się m.in. młody wówczas, a później znany twórca Sherlocka Holmesa - Arthur Conan Doyle. Stworzył fikcyjną wersję wydarzeń, której pikanterii dodała wzmianka o rzekomo zakrwawionym mieczu znalezionym na okręcie. Resztę ludzie już sobie dopowiedzieli... Najwięksi fantastycy mówili o porwaniu załogi przez UFO lub pożarciu jej przez morskiego potwora.

Z kolei do grona teorii bardziej prawdopodobnych zaliczyć należy jeszcze hipotezę wysuwaną przez dra Jamesa Kimble z Nowego Jorku. Twierdzi on, że żaglowiec napotkał tzw. tornado wodne, czyli nagły przypływ wody, który jawi się jako coś bardzo groźnego i przez to wywołuje panikę, choć zazwyczaj nie jest w stanie doprowadzić do unicestwienia statku.


Jeszcze inni znawcy zagadnienia, jak na przykład marynarz David Williams, utrzymują, że to nie tornado, lecz podwodne trzęsienie ziemi mogło sprawić tak pokaźnego psikusa i napędzić strachu załodze, która zdecydowała się na ewakuację z obawy przed najgorszym.



A co, gdyby to piraci zaatakowali statek i zmusili członków do ewakuacji? Przeciwnicy tej teorii pytają: ale dlaczego w takim razie tylko kilka przedmiotów zniknęło z okrętu, a reszta pozostała nienaruszona, jak gdyby ktoś wyszedł i zaraz miał wrócić?

Jeśli, niezależnie od przyczyny, załoga opuściła statek na łodzi ratunkowej, to prawdopodobnie zginęła w wodach oceanu. Wiemy, że warunki pogodowe w czasie i rejonie ich ewentualnej podróży łódką były bardzo trudne, niemożliwe do przepłynięcia.

Zapewne moglibyśmy rozkładać tajemnicze losy Mary Celeste na jeszcze wiele pomniejszych hipotez, ale może w tym miejscu zakończymy naszą opowieść. Wszak jak sobie już wielokrotnie też i na tym blogu mówiliśmy - pewna doza tajemniczości historii na pewno nie zaszkodzi. Nasuwa mi się też inny morał, może najważniejszy na bazie powyższej historii. Każda historia to nie tylko element historii ogólnej czy lokalnej, który należy przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Każda osoba i każde zdarzenie to ponadto bardzo osobiste losy, coś przeżywanego namacalnie. Pomyślmy, co czuli członkowie załogi Mary Celeste, gdy groziło im jakieś niebezpieczeństwo, gdy potem najpewniej zginęli w wodach oceanu? Uogólniając: co czują ludzie, którzy giną w katastrofach lotniczych, morskich, itd.? My te dzieje analizujemy po latach, a oni przeżywali to namacalnie, w tym konkretnym momencie. A potem skończyło się życie i co było potem? Na to pytanie już każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.

Moi Drodzy, byłoby super gdybyście w komentarzach podrzucili własne przemyślenia, wnioski, nauki z dzisiejszego naszego spotkania z historią. Chętnie je poczytam i myślę, że i pozostali Czytelnicy równie chętnie do tego podejdą.

Czego zatem, według Ciebie, uczy nas ta historia? 

 
Bibliografia wpisu:


1. Mary Celeste – najsłynniejszy statek widmo;
2. Tajemnica „Mary Celeste”

środa, 2 stycznia 2019

#58 Historia nauczycielką życia | Fenomen "trzystu" i posła na Sicz

Czyli m.in. o tym, że rozkaz to rozkaz


Bardzo serdecznie witam Was, moje Drogie i moi Drodzy, w pierwszym wpisie w 2019 r. otwierającym zarazem 3 sezon na Historii nauczycielce życia. Wszystkiego najlepszego!

Na bazie lektury "Ogniem i mieczem" wzięło mnie na następującą refleksję - jak to się stało, że na przestrzeni wieków wykształciło się coś takiego jak posłuszeństwo dowódcy, którego ceną bardzo często była utrata własnego życia? Wiadomo, że w razie ewentualnej odmowy i nieposłuszeństwa spotykał delikwenta dyshonor i inne tego typu nieprzyjemności. Niemniej jest coś niezwykłego w tym, że kodeks rycerski i wszelkie reguły jakimi rządzi się świat ludzi walki, w ciągu wieków miały tak duże znaczenie. Znamy przecież mnóstwo przypadków, gdy na rozkaz dowódcy oddział rzucał się w wir walki i odnosił spektakularne zwycięstwo albo walczył do upadłego, nie opuszczając pola bitwy. Niejednokrotnie rozkaz stawał się ważniejszy od wszelkich innych spraw, m.in. własnego szczęścia, a nawet jak sobie już powiedzieliśmy, życia.

Jednym z najsłynniejszych przykładów jest bitwa w wąwozie Termopile z sierpnia 480 r. p.n.e. Znamy historię 300 bohaterskich Spartan, którzy na czele o wiele mniej licznych oddziałów greckich niż nacierające siły perskie, byli w stanie przez długi czas się bronić powodując poważne straty u przeciwników. I choć koniec końców przegrali, poświęcenie i oddanie wodzowi Leonidasowi zasłużyło na wiekopomną pamięć. Trwają spory wśród historyków ilu wojowników tak naprawdę walczyło wraz ze Spartanami (mówi się nawet o 1000), ale w to dzisiaj nie musimy wnikać; ważny jest wniosek - obrońcy polegli po mężnej walce, oddani sprawie ojczyzny.



Pomnik Leonidasa w Termopilach fot. Pixabay.com

W historii Polski jest kilka bitew, które umownie nazywa się polskimi Termopilami. Pierwsze na liście jest starcie pod Hodowem z 11 czerwca 1694 r. Polskie siły liczące zaledwie 100 husarzy i 300 pancernych zdołały zmusić do wycofania się Tatarów w liczbie ok. 40 tys.; niektórzy utrzymują, że mogło być ich 25 tys., a inni, że nawet 70 tys. W każdym razie bohaterstwo Polaków jest niepodważalne. Termopile w polskim wydaniu powtórzyły się też m.in. pod Węgrowem (3 lutego 1863 r.), Zadwórzem (17 sierpnia 1920 r.), Dytiatynem (16 września 1920 r.) i nad Wizną (7-10 września 1939 r.).

Wróćmy do "Ogniem i mieczem". Pamiętamy pewnie Jana Skrzetuskiego, który udał się jako poseł na bardzo już wtedy niespokojną Sicz, gdzie powstanie kozackie szybko się rodziło. Początkowo to nie on miał jechać, ale jednak pojechał, chcąc m.in. po drodze zobaczyć ukochaną Helenę. Z każdym kolejnym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej napięta aż w końcu było już niemal jasne, że powrót będzie raczej niemożliwy; najbliższa przyszłość posła rysowała się w bardzo ciemnych barwach. Wtedy zdecydował się wysłać swojego sługę Rzędziana, aby ten zorganizował ucieczkę Heleny i jej bliskich do Łubniów, gdzie stacjonowały główne siły hetmana Jeremiego Wiśniowieckiego. Sam jednak postanowił dotrzeć do celu. Przeczytajmy fragment pierwszej części trylogii:

"— Jegomość! hej jegomość!... — rzekł Rzędzian.
Skrzetuski popatrzył na niego szklanym wzrokiem.
Nagle zbudził się z zamyślenia.
— Rzędzian, boisz ty się śmierci? — spytał.
— Kogo? jakto śmierci? co jegomość mówi?
— Bo kto na Sicz jedzie, ten nie wraca.
— A to czemu jegomość jedzie?
— Moja wola, ty się w to nie wtrącaj, ale ciebie mi żal, boś dzieciuch, a chociażeś frant, tam się frantowstwem nie wykręcisz. Wracaj do Czehryna, a potem do Łubniów.
Rzędzian zaczął się drapać w głowę.
— Mój jegomość, juści śmierci się boję, bo ktoby się jej nie bał, toby się Boga nie bał, gdyż Jego to wola żywić kogoś, albo umorzyć, ale skoro jegomość dobrowolnie na śmierć leziesz, to już jegomościn będzie grzech jako pana, nie mój jako sługi, przeto ja jegomości nie opuszczę, bom też nie chłop żaden, jeno szlachcic, choć ubogi, ale też nie bez ambicyjej". 

fragment za: źródło



Kadr z filmu "Ogniem i mieczem". Jan Skrzetuski (Michał Żebrowski) i Helena Kurcewiczówna (Izabella Scorupco); w tle Rzędzian (Wojciech Malajkat) i Zagłoba (Krzysztof Kowalewski)

Skrzetuski mówiąc o swojej woli tak naprawdę ma na myśli dobro ojczyzny i misję, na którą wprawdzie sam się zapisał, ale która była zaaranżowana przez jego pana - księcia Jeremiego. On w duszy pragnął dobra kniaziówny, ale powaga podjętej przez niego misji nie pozwalała mu teraz zająć się osobiście jej ratowaniem. Miał dotrzeć na Sicz, to musiał tego dokonać. Po ludzku sytuacja była tam już taka, że lepiej byłoby wziąć nogi za pas i czmychać. Ale nigdy czegoś podobnego nie dopuściłby się ktoś taki jak Skrzetuski - wierny poddany, na którego liczył zwierzchnik.

A pamiętacie pana Longinusa Podbipiętę? Z tego też był wielki gość, nie tylko ze względu na wzrost. Kiedy już spełnił swój ślub i uciął Zerwikapturem trzy głowy pogańskie jeszcze bardziej stał się bohaterem w oczach innych. Teraz mógł już poślubić jakąś białogłowę. Tymczasem on dobrowolnie zgłosił się na pewną śmierć - postanowił przedrzeć się przez kozacki obóz do króla Jana Kazimierza i przyspieszyć przybycie posiłków pod oblegany Zbaraż. Opis jego bohaterskiej obrony i śmierci jest prawdziwym majstersztykiem. Takich bohaterów, przede wszystkim w świecie realnym, historia znała bardzo wielu. Napiszcie, proszę, w komentarzach Wasze propozycje.

Temat, nad którym dzisiaj się pochylamy, oprócz pozytywnej i chwalebnej strony, ma też niestety tę drugą, niebezpieczną i ponurą. Pomyślmy o wojskach Hitlera czy Stalina; wyobraźmy sobie, że przed nami staje żołnierz, dla którego wykonanie wyroku i rozstrzelanie nas to bułka z masłem. To jest właśnie złowroga moc rozkazu, który potrafi nie tylko wydobyć z człeka pokłady szlachetnej odwagi i męstwa, ale też odkrywa tajniki zła i dewiacji, które również w ludziach są obecne i wyłażą na światło dzienne niczym wąż.

Czego zatem dzisiaj uczy nas historia? Rozkaz jest siłą, która potrafi zjednoczyć wokół jakiejś sprawy nieprzebrane rzesze ludzi, którym przyświeca jakiś cel, ideał, do którego pragną dążyć. Rozkaz jest siłą napędową jednostek, ale i całych zastępów ludzi. Fenomenalny, a jednocześnie tak niebezpieczny... Historia rozkazów to temat na opasłe tomiszcze, gdyż jest nierozerwalnie związany z dziejami człowieka i opiera się na relacjach międzyludzkich, wiążąc osoby i osobę z grupą ludzi w jakiś tajemniczy sposób, o czym przekonujemy się śledząc dzieje ludzi i narodów.

Zachęcam do sięgnięcia po wpis specjalny, który ukazał się przed tym, który właśnie kończysz czytać. Nieco wcześniej opublikowałem inny, różniący się dość znacznie swoją formą od pozostałych. Zerknij też do tych zwykłych teksów jak na przykład tego o mumiach ;) Poza tym może zaciekawi Cię coś z listy wszystkich wpisów blogowych. Serdecznie zapraszam.