sobota, 26 stycznia 2019

#59 Historia nauczycielką życia | Polak, który uprzedził Kolumba

Czyli m.in. o tym, że czasem może być inaczej niż nam się wydaje


Rok 1492, postać Krzysztofa Kolumba i odkrycie Ameryki to te aspekty historii, które wtłacza się już do dziecięcych umysłów niemal od początku nauki tej przepięknej dziedziny wiedzy. Zapewne ów rok należy do ścisłego grona najważniejszych i najpowszechniej znanych dat historycznych.

W związku z powyższym może czasami dziwimy się, gdy ktoś próbuje nam wmówić, że to nie Kolumb, ale Wikingowie dotarli do Ameryki pierwsi i to jeszcze ok. pół tysiąca lat przed słynnym Genueńczykiem. Współcześnie nie da się już chyba zaprzeczyć, że waleczni Skandynawowie istotnie przypływali do amerykańskich wybrzeży na długo przed owym 1492 r.

A co powiecie na to: Kolumba uprzedzili nie tylko Wikingowie, ale i... Polak. Wprawdzie nie tysiące lat, ale jedynie kilkanaście. Być może taka informacja sprawiła, że szczęka Ci opadła, ale spokojnie: oto historia Jana z Kolna.


Jan z Kolna - bohater historyczny czy tylko legendarny?

Wiem, że rozbudziłem Waszą ciekawość, ale w trosce o rzetelność historyczną muszę nieco ostudzić hurraoptymizm. Otóż tak naprawdę nie wiadomo czy Jan z Kolna był Polakiem. W źródłach możemy znaleźć różne zapisy jego nazwiska, np.  Joannes Scolvus albo Joannes Scolnus i trudno powiedzieć, jak naprawdę nazywał się ów jegomość. Niektórzy przypisują mu również norweską albo duńską narodowość. Są i tacy, i kto wie czy nie jest ich przypadkiem najwięcej, którzy uznają Jana z Kolna za postać wyłącznie legendarną.



Jan z Kolna - posąg na Wałach Chrobrego w Szczecinie, fot. Mateusz War, wikimedia

Jeśli jednak Jan istniał, miał rzekomo uczestniczyć w wyprawie z mniej więcej 1476 r., która ponoć dotarła do Grenlandii, a nawet dalej - aż do Ziemi Baffina, Zatoki Hudsona i półwyspu Labrador.

Pierwszym historykiem, który tak na poważne zaczął się zajmować Janem z Kolna był działający w XIX w. Joachim Lelewel. Szperając po różnych źródłach, w tym niemieckich, z nazwiska Scolvus wyłuskał on polskie określenie "Szkolny". Z jego badań wynikało, że ów żeglarz pochodził z Kolna na Mazowszu i wziął udział w wyprawie zorganizowanej przez duńsko-norweskiego króla Chrystiana I Oldenburga.


A co na to inni?

Norweski historyk Gustav Storm (1845-1903) twierdził, że uznawanie Jana z Kolna za Polaka jest wynikiem błędu w tłumaczeniu. Jego zdaniem słowo "pilotus" przekręcono na Polonus. A poza tym rzekomo norweski żeglarz Jon Skolv dopłynąć miał jedynie do Grenlandii, którą przez jakiś czas utożsamiano z Labradorem.

Norweski badacz polarny Fridtjof Nansen (1861-1930) miał podobne do Storma poglądy z tym, że dopuszczał on możliwość nie tylko norweskiego, ale i duńskiego pochodzenia Jona Skolva (Skolvssena, Skolvssona).

Natomiast duński historyk Sofus Larsen (1855-1938) snuł przypuszczenia, że Norwegowi Jonowi Skolvowi towarzyszyło w podróży dwóch Portugalczyków i razem mieli oni dopłynąć do Nowej Funlandii.

I jeszcze jedna teoria, proponowana przez Luisa Ulloa, Peruwiańczyka. Ów badacz utrzymywał, że Joannes Scolvus to.. Krzysztof Kolumb, tylko że w młodości. Miał on potajemnie odbyć wyprawę do Ameryki pod patronatem króla Danii, żeby już potem, legalnie i oficjalnie, odkryć ją po raz drugi w rzeczywistości, z poruczenia Hiszpanii. Dodajmy, że również zdaniem pana Luisa Kolumb był Katalończykiem.


A jak było naprawdę?

Tego pewnie tak na 100% nigdy się nie dowiemy. Niemniej w XX w. na poważnie badaniem tajemniczej postaci Jana z Kolna zajął się historyk geografii - Bolesław Olszewicz. Próbował on dowieść, że łacińskiej formy Scolvus nijak nie można przerobić na Scolnus. Gdyby Jan rzeczywiście był Polakiem autorzy tamtych czasów powinni go określać mianem Joannes Polonus, Joannesa de  Colno albo Joannesa Colnensis. Oprócz tego nie ma dowodów, że taka postać istniała naprawdę. Wiele wskazuje na to, że tamtą wyprawą z ok. 1476 r. kierowali Niemcy, a ów Scolvus był jedynie sternikiem jednego z okrętów. Co więcej, są również przesłanki ku temu, żeby twierdzić, iż tamta ekspedycja dotarła jedynie do Grenlandii, o czym już sobie mówiliśmy. Gdyby zatem Jan z Kolna był Polakiem to i tak dopłynięcie do tej wyspy nie byłoby nawet na tamte czasy niczym niezwykłym.



Jan z Kolna - źródło inspiracji

Nie dziwi chyba nikogo z nas fakt, że ów tajemniczy żeglarz i odkrywca stał się inspiracją m.in. dla ludzi świata literatury i kultury. Jednym z przykładów jest dzieło Stefana Żeromskiego "Wiatr od morza", w którym pojawia się także postać Jana z Kolna. Żeglarza znajdziemy też uwiecznionego na grafice (np. autorstwa Artura Szyka) i w rzeźbie (np. dłuta Sławomira Lewińskiego). Pisali o nim także poeci, jak np. Hieronim Derdowski.



Portret Jana z Kolna autorstwa Artura Szyka, fot. wikimedia

Dodajmy jeszcze, że Jan z Kolna patronuje wielu ulicom polskich miast, nie tylko w Kolnie :)


Wyłuskajmy małą naukę - tradycyjnie

Można powiedzieć, że póki co pierwszymi Polakami w Ameryce, oficjalnie potwierdzonymi, są osadnicy, którzy przybyli tam ok. 100 lat po rzekomej wyprawie Jana z Kolna. Tak czy inaczej, pamięć o Janie jest bardzo żywa i działa na wyobraźnie artystów i nie tylko.


Baśnie i legendy są czymś bardzo ważnym dla historii. I historycy stają czasami przed dość niewdzięcznym zadaniem, które polega na wydobywaniu faktów z tego, co jest w swojej ogólnej postaci tylko fikcyjną opowieścią. Wtedy może się nam wydawać, że historyk gasi coś, co jest także piękne w historii.


Z dzisiejszego spotkania z historią wyłuskajmy może przede wszystkim jedną naukę: czasem może być inaczej niż nam się wydaje. To może działać we dwie strony. Z jednej strony to, co uważamy za fakt niepodważalny, może przy odrobinie wysiłku badawczego, okazać się mitem albo przynajmniej półprawdą. Z drugiej zaś strony to czego nigdy byśmy chyba za prawdę nie uznali, może być w rzeczywistości czymś absolutnie realnym.


I to właśnie, przenikające się nawzajem tajemniczość i realizm, głęboko wpisują się w istotę historii i sprawiają, że jest ona tak wspaniałą dziedziną wiedzy.









środa, 2 stycznia 2019

#58 Historia nauczycielką życia | Fenomen "trzystu" i posła na Sicz

Czyli m.in. o tym, że rozkaz to rozkaz


Bardzo serdecznie witam Was, moje Drogie i moi Drodzy, w pierwszym wpisie w 2019 r. otwierającym zarazem 3 sezon na Historii nauczycielce życia. Wszystkiego najlepszego!

Na bazie lektury "Ogniem i mieczem" wzięło mnie na następującą refleksję - jak to się stało, że na przestrzeni wieków wykształciło się coś takiego jak posłuszeństwo dowódcy, którego ceną bardzo często była utrata własnego życia? Wiadomo, że w razie ewentualnej odmowy i nieposłuszeństwa spotykał delikwenta dyshonor i inne tego typu nieprzyjemności. Niemniej jest coś niezwykłego w tym, że kodeks rycerski i wszelkie reguły jakimi rządzi się świat ludzi walki, w ciągu wieków miały tak duże znaczenie. Znamy przecież mnóstwo przypadków, gdy na rozkaz dowódcy oddział rzucał się w wir walki i odnosił spektakularne zwycięstwo albo walczył do upadłego, nie opuszczając pola bitwy. Niejednokrotnie rozkaz stawał się ważniejszy od wszelkich innych spraw, m.in. własnego szczęścia, a nawet jak sobie już powiedzieliśmy, życia.

Jednym z najsłynniejszych przykładów jest bitwa w wąwozie Termopile z sierpnia 480 r. p.n.e. Znamy historię 300 bohaterskich Spartan, którzy na czele o wiele mniej licznych oddziałów greckich niż nacierające siły perskie, byli w stanie przez długi czas się bronić powodując poważne straty u przeciwników. I choć koniec końców przegrali, poświęcenie i oddanie wodzowi Leonidasowi zasłużyło na wiekopomną pamięć. Trwają spory wśród historyków ilu wojowników tak naprawdę walczyło wraz ze Spartanami (mówi się nawet o 1000), ale w to dzisiaj nie musimy wnikać; ważny jest wniosek - obrońcy polegli po mężnej walce, oddani sprawie ojczyzny.



Pomnik Leonidasa w Termopilach fot. Pixabay.com

W historii Polski jest kilka bitew, które umownie nazywa się polskimi Termopilami. Pierwsze na liście jest starcie pod Hodowem z 11 czerwca 1694 r. Polskie siły liczące zaledwie 100 husarzy i 300 pancernych zdołały zmusić do wycofania się Tatarów w liczbie ok. 40 tys.; niektórzy utrzymują, że mogło być ich 25 tys., a inni, że nawet 70 tys. W każdym razie bohaterstwo Polaków jest niepodważalne. Termopile w polskim wydaniu powtórzyły się też m.in. pod Węgrowem (3 lutego 1863 r.), Zadwórzem (17 sierpnia 1920 r.), Dytiatynem (16 września 1920 r.) i nad Wizną (7-10 września 1939 r.).

Wróćmy do "Ogniem i mieczem". Pamiętamy pewnie Jana Skrzetuskiego, który udał się jako poseł na bardzo już wtedy niespokojną Sicz, gdzie powstanie kozackie szybko się rodziło. Początkowo to nie on miał jechać, ale jednak pojechał, chcąc m.in. po drodze zobaczyć ukochaną Helenę. Z każdym kolejnym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej napięta aż w końcu było już niemal jasne, że powrót będzie raczej niemożliwy; najbliższa przyszłość posła rysowała się w bardzo ciemnych barwach. Wtedy zdecydował się wysłać swojego sługę Rzędziana, aby ten zorganizował ucieczkę Heleny i jej bliskich do Łubniów, gdzie stacjonowały główne siły hetmana Jeremiego Wiśniowieckiego. Sam jednak postanowił dotrzeć do celu. Przeczytajmy fragment pierwszej części trylogii:

"— Jegomość! hej jegomość!... — rzekł Rzędzian.
Skrzetuski popatrzył na niego szklanym wzrokiem.
Nagle zbudził się z zamyślenia.
— Rzędzian, boisz ty się śmierci? — spytał.
— Kogo? jakto śmierci? co jegomość mówi?
— Bo kto na Sicz jedzie, ten nie wraca.
— A to czemu jegomość jedzie?
— Moja wola, ty się w to nie wtrącaj, ale ciebie mi żal, boś dzieciuch, a chociażeś frant, tam się frantowstwem nie wykręcisz. Wracaj do Czehryna, a potem do Łubniów.
Rzędzian zaczął się drapać w głowę.
— Mój jegomość, juści śmierci się boję, bo ktoby się jej nie bał, toby się Boga nie bał, gdyż Jego to wola żywić kogoś, albo umorzyć, ale skoro jegomość dobrowolnie na śmierć leziesz, to już jegomościn będzie grzech jako pana, nie mój jako sługi, przeto ja jegomości nie opuszczę, bom też nie chłop żaden, jeno szlachcic, choć ubogi, ale też nie bez ambicyjej". 

fragment za: źródło



Kadr z filmu "Ogniem i mieczem". Jan Skrzetuski (Michał Żebrowski) i Helena Kurcewiczówna (Izabella Scorupco); w tle Rzędzian (Wojciech Malajkat) i Zagłoba (Krzysztof Kowalewski)

Skrzetuski mówiąc o swojej woli tak naprawdę ma na myśli dobro ojczyzny i misję, na którą wprawdzie sam się zapisał, ale która była zaaranżowana przez jego pana - księcia Jeremiego. On w duszy pragnął dobra kniaziówny, ale powaga podjętej przez niego misji nie pozwalała mu teraz zająć się osobiście jej ratowaniem. Miał dotrzeć na Sicz, to musiał tego dokonać. Po ludzku sytuacja była tam już taka, że lepiej byłoby wziąć nogi za pas i czmychać. Ale nigdy czegoś podobnego nie dopuściłby się ktoś taki jak Skrzetuski - wierny poddany, na którego liczył zwierzchnik.

A pamiętacie pana Longinusa Podbipiętę? Z tego też był wielki gość, nie tylko ze względu na wzrost. Kiedy już spełnił swój ślub i uciął Zerwikapturem trzy głowy pogańskie jeszcze bardziej stał się bohaterem w oczach innych. Teraz mógł już poślubić jakąś białogłowę. Tymczasem on dobrowolnie zgłosił się na pewną śmierć - postanowił przedrzeć się przez kozacki obóz do króla Jana Kazimierza i przyspieszyć przybycie posiłków pod oblegany Zbaraż. Opis jego bohaterskiej obrony i śmierci jest prawdziwym majstersztykiem. Takich bohaterów, przede wszystkim w świecie realnym, historia znała bardzo wielu. Napiszcie, proszę, w komentarzach Wasze propozycje.

Temat, nad którym dzisiaj się pochylamy, oprócz pozytywnej i chwalebnej strony, ma też niestety tę drugą, niebezpieczną i ponurą. Pomyślmy o wojskach Hitlera czy Stalina; wyobraźmy sobie, że przed nami staje żołnierz, dla którego wykonanie wyroku i rozstrzelanie nas to bułka z masłem. To jest właśnie złowroga moc rozkazu, który potrafi nie tylko wydobyć z człeka pokłady szlachetnej odwagi i męstwa, ale też odkrywa tajniki zła i dewiacji, które również w ludziach są obecne i wyłażą na światło dzienne niczym wąż.

Czego zatem dzisiaj uczy nas historia? Rozkaz jest siłą, która potrafi zjednoczyć wokół jakiejś sprawy nieprzebrane rzesze ludzi, którym przyświeca jakiś cel, ideał, do którego pragną dążyć. Rozkaz jest siłą napędową jednostek, ale i całych zastępów ludzi. Fenomenalny, a jednocześnie tak niebezpieczny... Historia rozkazów to temat na opasłe tomiszcze, gdyż jest nierozerwalnie związany z dziejami człowieka i opiera się na relacjach międzyludzkich, wiążąc osoby i osobę z grupą ludzi w jakiś tajemniczy sposób, o czym przekonujemy się śledząc dzieje ludzi i narodów.

Zachęcam do sięgnięcia po wpis specjalny, który ukazał się przed tym, który właśnie kończysz czytać. Nieco wcześniej opublikowałem inny, różniący się dość znacznie swoją formą od pozostałych. Zerknij też do tych zwykłych teksów jak na przykład tego o mumiach ;) Poza tym może zaciekawi Cię coś z listy wszystkich wpisów blogowych. Serdecznie zapraszam.










środa, 5 grudnia 2018

#57 Historia nauczycielką życia | Notre-Dame de Pologne (wpis specjalny)

Czyli m.in. o tym, jak Polacy pokojowo zdobyli Notre-Dame w Paryżu


Wiem, że stosunkowo niedawno na blogu ukazał się wpis specjalny, w którym prezentowałem moją rozmowę z blogerem Bartoszem Rozwadowskim. Dzisiaj oddaję w Wasze ręce kolejny tekst z kategorii wpisów specjalnych. Skoro jednak 2018 rok jest wyjątkowy dla naszej ojczyzny, to myślę, że nagromadzenie odcinków tego typu da się obronić.

W tym tekście chciałbym się odnieść do niecodziennego wydarzenia, które miało miejsce w słynnej paryskiej katedrze Notre-Dame. Nie będzie to zatem dla nas podróż w jakąś daleką przeszłość, bo wspomniane uroczystości odbyły się 1 grudnia. Niemniej jednak to podniosłe zdarzenie ukierunkowywało myśli uczestników na minione 100 lat historii Polski, a nawet wiele dalej.

Kto jeszcze nie wie o jakim wydarzeniu mowa nie będę go dłużej trzymał w niepewności - chodzi o inaugurację Kaplicy Polskiej w paryskiej katedrze, która przepięknie wpisała się w tegoroczne obchody. Samo poświęcenie kaplicy poprzedziła uroczysta Eucharystia, której przewodniczył metropolita poznański i jednocześnie przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski - abp Stanisław Gądecki. Jak podaje portal PolskiFr w uroczystościach wzięli udział m.in. nuncjusz apostolski we Francji abp Luigi Ventura, kard. André Vingt-Trois, reprezentujący Kościół we Francji, delegat Episkopatu Polski ds. duszpasterstwa emigracji bp Wiesław Lechowicz, rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji, ks. Bogusław Brzyś, rektor katedry Notre-Dame ks. Partick Chauvet oraz przeor klasztoru ojców paulinów z Jasnej Góry, o. Marian Waligóra. W uroczystości wzięli udział marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski i ambasador RP we Francji Tomasz Młynarski.


Obraz Matki Bożej Częstochowskiej w Kaplicy Polskiej katedry Notre-Dame w Paryżu
fot. Historia nauczycielką życia

Kaznodzieja wypunktował najistotniejsze kwestie związane z polską niepodległością i jej brakiem. Słusznie zauważył, że Polska tak naprawdę straciła wolność znacznie wcześniej niż w 1795 r. To zatem więcej niż 123 lata niewoli. Ważną i bardzo niechlubną datą w naszych dziejach jest 1717 r., gdy na tzw. sejmie niemym nie Polacy, ale carat miał więcej do powiedzenia. To już wtedy Polska wolność była tylko jakimś żartem, farsą, a rzeczywistość była smutna i przygnębiająca.

Wiek XVIII był bardzo trudnym stuleciem dla Polski, w którym dokonał się już bardzo realnie upadek Rzeczypospolitej. Oby nigdy nie powtórzyły się błędy, które doprowadziły wtedy do tak wielkiej tragedii.

Nie możemy zapominać, że to właśnie we Francji tak wielu wybitnych Polaków czynnie tęskniło za Polską i to tam polskość była również podtrzymywana.

Kaznodzieja podkreślił jeszcze, że współcześnie dużo się mówi o wolności, np. mężczyzny i kobiety. I to na pewno jest zjawisko bardzo pozytywne. Trzeba jednak zastanowić się czy pod lansowanym pojęciem rozumiemy rzeczywiście autentyczną wolność? To jest bardzo poważna sprawa: jeśli wszak za wolność uznamy samowolkę albo bezprawie, rychło może się ona przerodzić w niewolnictwo i to nie tylko na poziomie ogólnonarodowym, ale może i częściej w życiu jakiejś osoby (na wspomnianym powyżej portalu możecie przeczytać całe kazanie).

Kilka powyższych akapitów może już robić” za dzisiejszą naukę. Dorzućmy coś jeszcze na koniec.

W stosunku do ojczyzny wyróżnić można przynajmniej dwie postawy: miłość i obojętność. Tę drugą cechę przejawiają głównie Ci, którzy uważają, że w końcowym rozrachunku nie ma tak naprawdę znaczenia, którą ojczyznę się ma. Tak sobie jednak myślę, przynajmniej z punktu widzenia wiary katolickiej, ale i nie tylko, że z ojczyzną jest jak z żoną - przystoi, żeby mieć jedną i kochać ją aż do śmierci. Niektórzy uprawiają wprawdzie samowolkę, ale czy wtedy to jest jeszcze prawdziwa miłość. Ojczyznę ma się jedną i jeśli się w niej wyrosło, to trzeba ją kochać i szanować. Jest już chyba jakimś naturalnym prawidłem, że człowiek rodzi się w jakiejś wspólnocie narodowej i to z niej, jak z pnia, wyrasta. I trzeba być wiernym temu pniowi i nie odcinać go, żeby całe drzewo nie runęło.



środa, 21 listopada 2018

#56 Historia nauczycielką życia | Pierwsze i najgłębsze pragnienie

Czyli m.in. o tym, że śmierć nie oznacza końca


Była sobie pewna dziewczynka, która miała poważny problem - chciała przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej, ale na to nie godził się jej ojciec. Potajemnie udało się jej jednak zrealizować swoje wielkie pragnienie za co zapłaciła najwyższą cenę - poniosła śmierć z rąk własnego ojca, który wpakował jej nóż w klatkę piersiową. Wydarzyło się to wszystko ok. 300 lat temu.

Ta dziewczynka, znana jako Santa Inocencia, spoczywa dziś w katedrze w meksykańskiej Guadalajarze. Kilka lat temu w Internecie można było znaleźć nagranie, na którym... zmarła otwiera oczy. Zresztą zobaczcie sami (jeśli nie jesteście zbyt wrażliwi).


 

Muszę Was jednak nieco zawieść - z kościelnych dokumentów wynika, że powyższa historia to tylko pobożna legenda. Prawda jest podobno taka, że Inocencia jest jedną z męczennic i męczenników pierwszych wieków chrześcijaństwa i początkowo jej relikwie znajdowały się w pokaźnym kompleksie rzymskich katakumb (Corpo Santo - święci z katakumb). Stamtąd miały zostać zabrane w 1787 r. i rok później trafiły do klasztoru sióstr augustianek w Guadalajarze. Z kolei w 1925 r. znalazły się w tamtejszej katedrze.

Wygląda też na to, że nie całe ciało dziewczyny jest oryginalne - prawdopodobnie niektóre elementy zostały dołożone. A co z otwierającymi się oczami? Niektórzy mogą to uznać za cud, inni potraktują to jako fotomontaż.

Santa Inocencia to nie jedyna "śpiąca królewna". Ten kto uda się do katakumb Kapucynów w sycylijskim Palermo zobaczy szklaną trumnę, w której spoczywają doczesne szczątki niejakiej Rosalii Lombardo, dziewczynki, która zmarła na zapalenie płuc nie dożywszy swych drugich urodzin; było to 6 grudnia 1920 r. Jest ona czasami uznawana za najpiękniejszą mumię świata. Istotnie jej ciało zachowało się w wyjątkowo dobrym stanie do czasów współczesnych. To właśnie ją pochowano jaką jedną z ostatnich w niezwykłych i tajemniczych katakumbach wspomnianych Kapucynów. Oprócz małej Rosalii można tam znaleźć zabalsamowane ciała mnichów i zamożnych osób świeckich, ale to już raczej osobny temat. Wróćmy do "śpiącej królewny".

Rodzice i bliscy dziewczynki nie mogli pogodzić się ze śmiercią córeczki, dlatego jej ojciec - sycylijski generał - poprosił najznamienitszego balsamistę - Alfreda Salafiiego - aby zachował ciało zmarłej po wszystkie wieki. Efekt jego pracy oceńcie sami; przypomnijmy, że minęło już blisko 100 lat.





Po wielu latach pewien antropolog dogrzebał się do notatek słynnego, już nieżyjącego, balsamisty. Okazało się, że przyczyna tak dobrej kondycji ciała Rosalii tkwi prawdopodobnie w substancjach, którymi zostały zastąpione naturalne płyny ustrojowe dziewczynki. Alfred Salafii wykorzystał roztwór formaliny, gliceryny, kwasu salicylowego, alkoholu i soli cynku. Dzięki takiej miksturze również wewnętrzne narządy są w bardzo dobrym stanie.

Wiem, winny Wam jestem wyjaśnienie - na powyższym nagraniu wyraźnie widać, że dziewczynka otwiera oczy! Czy można to wyjaśnić podobnie jak w przypadku Santy Inocencii? Fakt faktem, że zbyt wilgotne środowisko w jakim znajdowała się trumna z mumią było przyczyną umieszczenia ciała w szklanej skrzyni wypełnionej azotem, aby przeciwdziałać drobnym oznakom psucia się. Od tego momentu ciało znajdowało się w pozycji poziomej. Niektórzy próbują tłumaczyć, że nie do końca domknięte powieki dziecka oraz promienie światła przechodzące przez ściany szklanej skrzyni wywołują iluzję optyczną.

Ci, których taka interpretacja nie zadowala, w tym mnisi, utrzymują, że to duch dziewczynki powrócił do jej mumii. Poza tym podobno czasami można usłyszeć jak dziewczynka wzdycha, a jej ciało wydaje lawendową woń...

Historia zna też przypadki, gdy to sama natura bez ingerencji człowieka dokonuje mumifikacji. Zaskakują jednak doskonałe efekty takich samoistnych procesów. Jednym z najwymowniejszych przykładów jest dziewczynka inkaska, która mimo upływu 500 lat zachowała się w doskonałym stanie. Znaleziono ją w pobliżu argentyńskiego wulkanu świetnie zachowaną dzięki działaniu niskich temperatur.

W chwili śmierci miała zaledwie 15 lat i najprawdopodobniej została złożona bóstwom w ofierze. Naukowcy twierdzą, że nie były to ceremonie (zwane capacocha) zbyt częste u Inków, a dokonywano ich w obliczu wyjątkowych zdarzeń jak np. śmierć władcy czy klęska głodu.

Badacze, zachwyceni stanem zachowania mumii, twierdzą również, że próbki pobrane z jej ciała mogą pomóc w walce z wieloma obecnymi i może też przyszłymi chorobami. Stwierdzono bowiem, że Inka cierpiała na chorobę podobną do gruźlicy.

Przyznam się, że w dzisiejszym wpisie miałem poruszyć jeszcze te kwestie, które uważam za najistotniejsze, a powyższe treści miały być tylko wstępem. I owszem są wstępem, ale już do kolejnego tekstu :) Uznałem, że ten tekst byłby zbyt obszerny.

To, o czym mówiliśmy sobie dzisiaj, blednie w konfrontacji z tym, o czym powiemy sobie następnym razem.

Ktoś może zapytać, dlaczego w ogóle wzięło mnie na tego typu rozważania. Powód jest dość oczywisty. Listopad, generalnie koniec roku, to czas kiedy częściej niż zwykle przechadzamy się po cmentarzach. Wierzący zanoszą ku Górze modły za dusze bliskich zmarłych, niewierzący przynoszą kwiaty i po prostu odwiedzają miejsca pochówku znajomych.

Mam takie głębokie przekonanie, że bez względu na to czy ktoś jest wierzący, czy nie, gdzieś tam na dnie serducha, może nawet po części albo całkowicie nieświadomie, tęskni, woła o  nieśmiertelność. Paradoksalnie może nawet się jej bać, może lękać się przyszłych konsekwencji swoich wyborów w tym życiu, ale gdzieś tam człowieka naturalnie ciągnie do czegoś pozazmysłowego. Taka jest moja opinia, można się z nią nie zgodzić, ale obecny czas listopadowy skłonił mnie do tego typu przemyśleń. Bardzo liczne przypadki mumifikacji też po części to potwierdzają. Nie wierzę też w to, że jeśli ktoś popełnia samobójstwo nie pragnie gdzieś tam bardzo głęboko w sobie szczęścia wiecznego, chociaż problemy dnia codziennego, może też zawirowania w psychice przysłaniają te piękne pragnienia. Zwłaszcza ten akapit niech będzie nauką z historii po naszym dzisiejszym spotkaniu.

A Wy, co o tym sądzicie? Jeśli czytasz też wpis, odezwij się proszę w komentarzu. Ciekaw jestem Waszych opinii.


fot. kellepics (Pixabay.com)

Pozdrawiam Was zatem serdecznie i już teraz zapraszam na kolejny wpis, który będzie poniekąd kontynuacją dzisiejszego, o czym wcześniej wspomniałem. A jak macie chwilę odsyłam do tekstu, który może również rzucić cenne światło w tym temacie.