sobota, 16 marca 2019

#61 Historia nauczycielką życia | Tajemnica wyspy Roanoke

Czyli m.in. o kolonii, która zniknęła i pierwszym brytyjskim dziecku urodzonym w Ameryce


W Polsce, jeśli ktoś chce wystraszyć dzieci i sprawić, żeby stały się grzeczne, może opowiedzieć im o Babie Jadze. Z kolei w Anglii przez stulecia uspokajano dzieci opowieścią o tajemniczej, zaginionej kolonii z wyspy Roanoke. Ta historia, ciągle do końca niewyjaśniona, znacząco wpływała i ciągle wpływa także na wyobraźnię dorosłych.

Początki

Niejaki sir Walter Raleigh był podobno ulubieńcem królowej Elżbiety I. Ten poeta, pisarz, szpieg i miłośnik tytoniu oraz "nowych światów" zorganizował i sfinansował pierwszą ekspedycję Anglików do Ameryki Północnej. Wyprawą, w której brało udział 108 śmiałków, kierował Richard Grenville. Po dopłynięciu do wybrzeży Ameryki i zbadaniu terenu, żeglarze postanowili podjąć próbę założenia kolonii na wyspie Roanoke w Karolinie Północnej. Działo się to w 1584 r., a 6 czerwca tamtego roku założono pierwszą kolonię brytyjską w Ameryce.

Walter Raleigh - portret z 1585, fot. Nicholas Hilliard, wikimedia w domenie publicznej

Po początkowych sukcesach i nawiązaniu dość nawet serdecznych relacji z miejscowymi tubylcami wszystko zostało zaprzepaszczone przez jeden moment agresji i spalenie wioski miejscowych przez Europejczyków. Dalej było już tylko pod górkę. Na szczęście w Nowym Świecie zjawiły się okręty sławnego Francisa Drake'a, który zabrał większość nieszczęśników do Europy. Jednakże 15 śmiałków pozostało na miejscu...

Nowa ekspedycja

Latem 1587 r. do Roanoke przybyli nowi żeglarze pod wodzą Johna White'a - artysty i kolejnego wielkiego pasjonata nowych światów. Zamiast osadników znaleźli tylko... kości jednego z nich. Nie zrazili się tym jednak na tyle, żeby zrezygnować z podjęcia kolejnej próby osiedlenia się na wyspie. Próbowali nawet dogadać się z miejscowymi, ale było to już niemożliwe z racji poważnych niesnasek sprzed kilku lat.

Dodajmy, że w około miesiąc po inauguracji kolonii urodziło się pierwsze brytyjskie dziecko w Ameryce Północnej. Była to Virginia Dare. Jej rodzicami byli córka Johna White'a Eleanor i Ananias Dare.

hthttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250tps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250
https://twitter.com/Roadtrippers/statu1104909862595637250 Sytuacja kolonizatorów pogarszała się z dnia na dzień. Dochohttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250dziło też do dalszych starć z tubylcami. W końcu osadnicy nie wytrzymali i wysłali do Europy statek z prośbą o pomoc. Musieli jednak na nią trochę poczekać. Jak zapewne pamiętamy, Anglia żyła w tym czasie konfliktem z hiszpańską Wielką Armadą i chyba trochę zapomniano o grupce śmiałków, która z poważnymi kłopotami próbowała okiełznać Nowy Świat.

Pomoc przypłynęła, ale dopiero prawdopodobnie w 1590 r. Ku ogromnemu zaskoczeniu kapitana Johna White'a i jego załogi wyspa wyglądała tak, jakby już od jakiegoś czasu była niezamieszkana. Spodziewano się znaleźć chociaż jakieś zwłoki lub groby, ale nic z tych rzeczy - ani żywej, ani zmarłej duszy nie znaleziono. Oczom Europejczyków rzuciła się w oczy jedynie tabliczka z napisem oznaczającym najprawdopodobniej nazwę pobliskiej wyspy: Croatoan.

 
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

89 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci - tyle osób powinna liczyć osada na wyspie Roanoke. Co się stało z Europejczykami, którzy ją tworzyli? Hipotez jest kilka. Za tę najbardziej prawdopodobną uważa się najczęściej przypuszczenie, że osadnicy po prostu zasymilowali się z Indianami zamieszkującymi pobliskie wyspy. Są i tacy, którzy twierdzą, że koloniści podjęli próbę ucieczki z wyspy na statku i gdzieś utonęli w odmętach Atlantyku. Nie wiadomo czy kiedykolwiek się tego dowiemy.

Warto dodać, że Anglicy przekazujący sobie z pokolenia na pokolenie opowieść o "straconej kolonii" lubili zwracać uwagę na fakt, że jeśli dobrze wytężyć wzrok można wśród Indian spotkać ludzi o europejskich rysach twarzy.

Kilka lat temu przeprowadzono badania archeologiczne na terenach zamieszkanych niegdyś przez tubylców i co ciekawe znaleziono tam przedmioty, które z bardzo dużym prawdopodobieństwem należały do Europejczyków.

Mapa okolic wyspy Roanoke, fot. John White, wikimedia w domenie publicznnej

Badacze poddali analizie również mapy Nowego Świata sporządzone przez Johna White'a. Próbowali na ich podstawie ustalić, gdzie mogli udać się osadnicy z Roanoke. Natrafili podobno na ukryte pod łatami znaczki, które rzekomo mają wskazywać potencjalne kierunki ucieczki Europejczyków z tajemniczej wyspy. Trudno jednak tego typu hipotezy potwierdzić.

Tak czy inaczej w 1607 r. Anglicy stworzyli pierwszą stałą osadę w Ameryce o nazwie Jamestown.

                                                                            Morał z Roanoke

W swoim zwyczaju spróbujmy zastanowić się, czego losy "zaginionej kolonii" nas uczą. Na pewno uczą nas choćby tego, że historia jest przepiękną dziedziną wiedzy na przykład z tego powodu, że skrywa wiele tajemnic. Można ją porównać do kobiety, która jest fascynująca przez to, że jawi się jako nie do końca odkryta sfera. Wydaje się, że wiele współczesnych związków rozpada się, gdyż nie ma w nich wystarczającej dozy tajemniczości. Trochę podobnych kwestii poruszyliśmy m.in. w tekście o kronikarzu Kadłubku.


Tajemnicze losy osadników z Roanoke są też czymś w rodzaju symbolu. Przecież niemal każde wchodzenie w nowe, niezależnie od tego czym by ono było, ma w sobie pewną nutkę tajemniczości, mniejszą lub większą. Jest to poniekąd fascynujące, ale i niebezpieczne, dla wielu wręcz kuszące.


Na koniec dzisiejszego tekstu zapraszam do innych, np. najnowszego z serii o Cudownej historii Polski. A jeśli lubisz tematykę żeglarsko-odkrywczą szczególnie polecam Ci artykuł o Polaku, który uprzedził Kolumba.

A Ty jak sądzisz, czego uczy nas historia Roanoke?



Bibliografia wpisu:


1. Co stało się z mieszkańcami „zaginionej kolonii” Roanoke?;
2. Ponura zagadka wyspy Roanoke

sobota, 9 lutego 2019

#60 Historia nauczycielką życia | 100+ChP/6 Znaki na niebie i szczególny młodzieniec

Czyli m.in. o tym, że warto patrzeć w niebo


Niezmiernie się cieszę, że po około półrocznej przerwie wraca seria specjalna 100+ Cudowna historia Polski, pisana z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Planowałem ją tworzyć częściej, ale różne czynniki złożyły się na fakt, że jest trochę inaczej. Niemniej wznawiamy serię i myślę, że to jest najważniejsze!

Jak pamiętacie albo już raczej nie, bazuje ona na bardzo interesującej książce "Cuda w historii Polski" Aleksandry Polewskiej i audiobookach na kanale Ku Bogu. Zachęcam do zapoznania się z poprzednimi pięcioma wpisami, jak na przykład tym o dwóch cudownych kobietach. A teraz jedziemy z kolejnym tekstem :)


Księżyc nad Grunwaldem

Jan Matejko, właściwie już kończąc swoje dzieło - słynną Bitwę pod Grunwaldem, wyruszył podobno na pola grunwaldzkie, aby jeszcze nanieść jakieś poprawki czy detale na swoim płótnie. Przybył tam przedarłszy się przez dwie granice zaborów (rozdzielające tereny należące do trzech mocarstw) i być może prócz obowiązków zawodowych chciał też nasiąknąć duchem tego miejsca, które choć znów było pod wrogą okupacją, to jednak unosił się nad nim duch wielkiej wiktorii i wolności.


Jan Matejko, Bitwa pod Grunwaldem, fot. wikimedia (domena publiczna)


Malarz tworząc swoje arcydzieło bardzo często sięgał do wielkiej kroniki Jana Długosza, który szczegółowo opisał także wydarzenia z pamiętnego 15 lipca 1410 r. Kronikarz urodził się wprawdzie pięć lat później, ale w bitwie brał udział jego ojciec, również Jan. Jan Długosz junior miał jeszcze 11 braci, z których co ciekawe jeszcze dwóch innych nosiło imię Jan. Jego stryj Bartłomiej był proboszczem w Kłobucku i prawdopodobnie też kapelanem króla Władysława Jagiełły; odprawiał Mszę św. przed bitwą w namiocie monarchy. Kronikarz przez lata współpracował ze Zbigniewem Oleśnickim, pierwszym kardynałem narodowości polskiej i doradcą Jagiełły oraz jego syna Władysława zwanego Warneńczykiem. To ów Zbigniew miał osłonić króla 15 lipca 1410 r. własnym ciałem, jako wówczas 21-letni członek straży przybocznej króla. Dodajmy, że nie będąc jeszcze wówczas rycerzem, nie został nim nigdy, mimo tak spektakularnego czynu, jakim było zabicie krzyżackiego napastnika, który zagrażał życiu monarchy. Uważano jednak, że Zbigniew postąpił wbrew kodeksowi rycerskiemu, bo nie pokonał w walce, lecz zamordował Krzyżaka. Jednak ta sprawa wyszła Oleśnickiemu na dobre, bo został duchownym i awansując w hierarchii stał się zaufanym doradcą pierwszych Jagiellonów.

Wróćmy teraz do obrazu Matejki. Nad Witoldem i Ulrichem von Jungingenem możemy dostrzec postać klęczącą na chmurze i wznoszącą modły do nieba. Był to św. Stanisław ze Szczepanowa, o którym już kiedyś sobie w tej serii mówiliśmy. Jak się okazuje, nie jest to jakiś pobożny wymysł Matejki, ale odzwierciedlenie zapisu z kroniki Długoszowej, w której zostało opisane zdarzenie, które ponoć miało się pod Grunwaldem zdarzyć.

W noc poprzedzającą wielką bitwę polscy rycerze udali się wcześnie do namiotów, aby wypocząć przed kolejnym dniem, który miał być decydujący. Długosz pisał, że spali dobrze; natomiast w obozie krzyżackim gwałtowny wiatr rozwalał namioty i zakonnicy musieli spędzić wiele czasu krzątając się po obozie, bez chwili wytchnienia.

Dodatkowo Długosz zanotował, że na księżycu w pełni pojawiły się nadzwyczajne zjawiska. Podobno widziano postać królewską zmagającą się z mnichem, który został przez monarchę pokonany i strącony z księżyca. To widzenie potwierdził też kapelan Jagiełły, ks. Bartłomiej (zwany Bartoszem). Z kolei nazajutrz Krzyżacy mieli podobno widzieć nad wojskiem polskim postać biskupa unoszącą się na chmurze.


Co każdy królewicz wiedzieć powinien?

Teraz czas na drugą historię, którą chciałbym Wam dzisiaj pokrótce opowiedzieć. W 1602 r. ekshumowano doczesne szczątki Kazimierza królewicza, wnuka Władysława Jagiełły. Postanowiono to uczynić w związku z kanonizacją tego syna Kazimierza Jagiellończyka. Pomimo znacznej wilgoci panującej w grobowcu znajdującym się w wileńskiej katedrze, ciało młodzieńca znaleziono nienaruszone. Przy głowie zmarłego leżał pergamin ze słowami jego ulubionej pieśni: "Omni die dic Mariae" (Każdego dnia sław Maryję). Dodajmy, że Kazimierz królewicz jest jednym z czterech polskich świętych, których ciała nie uległy rozkładowi po śmierci (pozostali to Stanisław Kostka, Jozafat Kuncewicz i Andrzej Bobola). Jest też pierwszym świętym członkiem rodu królewskiego w Polsce płci męskiej.

Kazimierz zmarł w opinii świętości w Wilnie na gruźlicę 4 marca 1484 r. Jego brat, król Polski Zygmunt Stary rozpoczął starania o kanonizację w 1518 r. Papież wydał stosowną bullę, ale przewożący ją z Rzymu biskup Erazm Ciołek zmarł w czasie epidemii i dokument bezpowrotnie zaginął. Dopiero w 1602 r. udało się wznowić działania kanonizacyjne, już tym razem skutecznie zakończone.


Św. Kazimierz Królewicz, wizerunek w bazylice św. Piusa X w Lourdes


W późniejszych latach pojawiły się niczym niepoparte twierdzenia, jakoby kanonizacja Kazimierza było tylko narzędziem w ręku możnych litewskich, którzy chcieli podnieść znaczenie ojczyzny poprzez posiadanie pierwszego świętego. Niektórzy spekulowali nawet, że królewicz po nieudanej próbie objęcia tronu węgierskiego jako 13-letni młodzieniec miał przejść załamanie nerwowe i uciec od polityki w dewocję. Tymczasem twarde dowody historyczne przeczą takiej hipotezie. Nauczyciele Kazimierza, m.in. Jan Długosz i Kallimach dowodzili, że królewicz nie tylko nie załamał się pod wpływem tamtych wydarzeń, ale nadto niczym ktoś dorosły zrozumiał jak często polityka jest tylko czymś, co rodzi nietrwale owoce i jest przyczyną wielu krzywd. Dorastając był prawą ręką ojca w działaniach politycznych, ale wiedział, że są sprawy od polityki znacznie ważniejsze.



Na jednym z obrazów Leona Wyczółkowskiego możemy dostrzec królewicza Kazimierza, który drzemie przy drzwiach katedry; przy nim jest nauczyciel Jan Długosz. Postawa młodzieńca dowodzi, że jeszcze niedawno się modlił. Kronikarz opisał wiele sytuacji, gdy syn Kazimierza Jagiellończyka wymykał się pod osłoną nocy, żeby oddać się modlitwie. Słynął też z częstych umartwień i postów oraz licznych czynów miłosierdzia. Jan Długosz wielokrotnie podkreślał również wielką mądrość jaką cechował się młody następca tronu.

Dodajmy jeszcze, że po zakończeniu procesu kanonizacyjnego ciało Kazimierza ulegało stopniowemu rozkładowi. Podobnie było później z ciałem św. Stanisława Kostki.

Zgodnie z naszą już 60-odcinkową tradycją przyszła pora, żeby wysnuć z naszego dzisiejszego spotkania jakowąś naukę tudzież nauki. Były i są na świecie rzeczy oraz sprawy, które tak patrząc czysto logicznie wydają się dość dziwaczne albo nieżyciowe, np. jakiś od wieków już nieżyjący biskup ukazujący się na chmurze, młody królewicz, który zamiast zażywać przyjemności dworskich wymyka się nocami na modlitwę, itp. Może nawet koś ma ochotę skwitować coś takiego ironicznym uśmiechem (albo już to zrobił). Niemniej historia dowodzi, co też przewija się w różnych wpisach na tym blogu, że to wcale tak do końca nie jest zerojedynkowo. Dobrym przykładem jest też tekst o ampułce z krwią, która nie może doczekać się zmartwychwstania. Oczywiście musimy analizować historię na drodze rozumowej, to jasne; z drugiej jednak strony to nie wystarczy! Warto czasami nie podążać głównym nurtem, warto iść nieco inną drogą, która nie to, że nie jest tylko i wyłącznie duchowa, ale na dodatek da się ją naukowo, z dużym prawdopodobieństwem objaśnić i można ją uznać za prawdziwą.

Czy nie uznasz takiej drogi?


Bibliografia wpisu:

1. Cuda w historii Polski cz. 10 (Księżyc nad Grunwaldem);
2. Cuda w historii Polski cz. 11 (Co każdy królewicz wiedzieć powinien?)

sobota, 26 stycznia 2019

#59 Historia nauczycielką życia | Polak, który uprzedził Kolumba

Czyli m.in. o tym, że czasem może być inaczej niż nam się wydaje


Rok 1492, postać Krzysztofa Kolumba i odkrycie Ameryki to te aspekty historii, które wtłacza się już do dziecięcych umysłów niemal od początku nauki tej przepięknej dziedziny wiedzy. Zapewne ów rok należy do ścisłego grona najważniejszych i najpowszechniej znanych dat historycznych.

W związku z powyższym może czasami dziwimy się, gdy ktoś próbuje nam wmówić, że to nie Kolumb, ale Wikingowie dotarli do Ameryki pierwsi i to jeszcze ok. pół tysiąca lat przed słynnym Genueńczykiem. Współcześnie nie da się już chyba zaprzeczyć, że waleczni Skandynawowie istotnie przypływali do amerykańskich wybrzeży na długo przed owym 1492 r.

A co powiecie na to: Kolumba uprzedzili nie tylko Wikingowie, ale i... Polak. Wprawdzie nie tysiące lat, ale jedynie kilkanaście. Być może taka informacja sprawiła, że szczęka Ci opadła, ale spokojnie: oto historia Jana z Kolna.


Jan z Kolna - bohater historyczny czy tylko legendarny?

Wiem, że rozbudziłem Waszą ciekawość, ale w trosce o rzetelność historyczną muszę nieco ostudzić hurraoptymizm. Otóż tak naprawdę nie wiadomo czy Jan z Kolna był Polakiem. W źródłach możemy znaleźć różne zapisy jego nazwiska, np.  Joannes Scolvus albo Joannes Scolnus i trudno powiedzieć, jak naprawdę nazywał się ów jegomość. Niektórzy przypisują mu również norweską albo duńską narodowość. Są i tacy, i kto wie czy nie jest ich przypadkiem najwięcej, którzy uznają Jana z Kolna za postać wyłącznie legendarną.



Jan z Kolna - posąg na Wałach Chrobrego w Szczecinie, fot. Mateusz War, wikimedia

Jeśli jednak Jan istniał, miał rzekomo uczestniczyć w wyprawie z mniej więcej 1476 r., która ponoć dotarła do Grenlandii, a nawet dalej - aż do Ziemi Baffina, Zatoki Hudsona i półwyspu Labrador.

Pierwszym historykiem, który tak na poważne zaczął się zajmować Janem z Kolna był działający w XIX w. Joachim Lelewel. Szperając po różnych źródłach, w tym niemieckich, z nazwiska Scolvus wyłuskał on polskie określenie "Szkolny". Z jego badań wynikało, że ów żeglarz pochodził z Kolna na Mazowszu i wziął udział w wyprawie zorganizowanej przez duńsko-norweskiego króla Chrystiana I Oldenburga.


A co na to inni?

Norweski historyk Gustav Storm (1845-1903) twierdził, że uznawanie Jana z Kolna za Polaka jest wynikiem błędu w tłumaczeniu. Jego zdaniem słowo "pilotus" przekręcono na Polonus. A poza tym rzekomo norweski żeglarz Jon Skolv dopłynąć miał jedynie do Grenlandii, którą przez jakiś czas utożsamiano z Labradorem.

Norweski badacz polarny Fridtjof Nansen (1861-1930) miał podobne do Storma poglądy z tym, że dopuszczał on możliwość nie tylko norweskiego, ale i duńskiego pochodzenia Jona Skolva (Skolvssena, Skolvssona).

Natomiast duński historyk Sofus Larsen (1855-1938) snuł przypuszczenia, że Norwegowi Jonowi Skolvowi towarzyszyło w podróży dwóch Portugalczyków i razem mieli oni dopłynąć do Nowej Funlandii.

I jeszcze jedna teoria, proponowana przez Luisa Ulloa, Peruwiańczyka. Ów badacz utrzymywał, że Joannes Scolvus to.. Krzysztof Kolumb, tylko że w młodości. Miał on potajemnie odbyć wyprawę do Ameryki pod patronatem króla Danii, żeby już potem, legalnie i oficjalnie, odkryć ją po raz drugi w rzeczywistości, z poruczenia Hiszpanii. Dodajmy, że również zdaniem pana Luisa Kolumb był Katalończykiem.


A jak było naprawdę?

Tego pewnie tak na 100% nigdy się nie dowiemy. Niemniej w XX w. na poważnie badaniem tajemniczej postaci Jana z Kolna zajął się historyk geografii - Bolesław Olszewicz. Próbował on dowieść, że łacińskiej formy Scolvus nijak nie można przerobić na Scolnus. Gdyby Jan rzeczywiście był Polakiem autorzy tamtych czasów powinni go określać mianem Joannes Polonus, Joannesa de  Colno albo Joannesa Colnensis. Oprócz tego nie ma dowodów, że taka postać istniała naprawdę. Wiele wskazuje na to, że tamtą wyprawą z ok. 1476 r. kierowali Niemcy, a ów Scolvus był jedynie sternikiem jednego z okrętów. Co więcej, są również przesłanki ku temu, żeby twierdzić, iż tamta ekspedycja dotarła jedynie do Grenlandii, o czym już sobie mówiliśmy. Gdyby zatem Jan z Kolna był Polakiem to i tak dopłynięcie do tej wyspy nie byłoby nawet na tamte czasy niczym niezwykłym.



Jan z Kolna - źródło inspiracji

Nie dziwi chyba nikogo z nas fakt, że ów tajemniczy żeglarz i odkrywca stał się inspiracją m.in. dla ludzi świata literatury i kultury. Jednym z przykładów jest dzieło Stefana Żeromskiego "Wiatr od morza", w którym pojawia się także postać Jana z Kolna. Żeglarza znajdziemy też uwiecznionego na grafice (np. autorstwa Artura Szyka) i w rzeźbie (np. dłuta Sławomira Lewińskiego). Pisali o nim także poeci, jak np. Hieronim Derdowski.



Portret Jana z Kolna autorstwa Artura Szyka, fot. wikimedia

Dodajmy jeszcze, że Jan z Kolna patronuje wielu ulicom polskich miast, nie tylko w Kolnie :)


Wyłuskajmy małą naukę - tradycyjnie

Można powiedzieć, że póki co pierwszymi Polakami w Ameryce, oficjalnie potwierdzonymi, są osadnicy, którzy przybyli tam ok. 100 lat po rzekomej wyprawie Jana z Kolna. Tak czy inaczej, pamięć o Janie jest bardzo żywa i działa na wyobraźnie artystów i nie tylko.


Baśnie i legendy są czymś bardzo ważnym dla historii. I historycy stają czasami przed dość niewdzięcznym zadaniem, które polega na wydobywaniu faktów z tego, co jest w swojej ogólnej postaci tylko fikcyjną opowieścią. Wtedy może się nam wydawać, że historyk gasi coś, co jest także piękne w historii.


Z dzisiejszego spotkania z historią wyłuskajmy może przede wszystkim jedną naukę: czasem może być inaczej niż nam się wydaje. To może działać we dwie strony. Z jednej strony to, co uważamy za fakt niepodważalny, może przy odrobinie wysiłku badawczego, okazać się mitem albo przynajmniej półprawdą. Z drugiej zaś strony to czego nigdy byśmy chyba za prawdę nie uznali, może być w rzeczywistości czymś absolutnie realnym.


I to właśnie, przenikające się nawzajem tajemniczość i realizm, głęboko wpisują się w istotę historii i sprawiają, że jest ona tak wspaniałą dziedziną wiedzy.









środa, 2 stycznia 2019

#58 Historia nauczycielką życia | Fenomen "trzystu" i posła na Sicz

Czyli m.in. o tym, że rozkaz to rozkaz


Bardzo serdecznie witam Was, moje Drogie i moi Drodzy, w pierwszym wpisie w 2019 r. otwierającym zarazem 3 sezon na Historii nauczycielce życia. Wszystkiego najlepszego!

Na bazie lektury "Ogniem i mieczem" wzięło mnie na następującą refleksję - jak to się stało, że na przestrzeni wieków wykształciło się coś takiego jak posłuszeństwo dowódcy, którego ceną bardzo często była utrata własnego życia? Wiadomo, że w razie ewentualnej odmowy i nieposłuszeństwa spotykał delikwenta dyshonor i inne tego typu nieprzyjemności. Niemniej jest coś niezwykłego w tym, że kodeks rycerski i wszelkie reguły jakimi rządzi się świat ludzi walki, w ciągu wieków miały tak duże znaczenie. Znamy przecież mnóstwo przypadków, gdy na rozkaz dowódcy oddział rzucał się w wir walki i odnosił spektakularne zwycięstwo albo walczył do upadłego, nie opuszczając pola bitwy. Niejednokrotnie rozkaz stawał się ważniejszy od wszelkich innych spraw, m.in. własnego szczęścia, a nawet jak sobie już powiedzieliśmy, życia.

Jednym z najsłynniejszych przykładów jest bitwa w wąwozie Termopile z sierpnia 480 r. p.n.e. Znamy historię 300 bohaterskich Spartan, którzy na czele o wiele mniej licznych oddziałów greckich niż nacierające siły perskie, byli w stanie przez długi czas się bronić powodując poważne straty u przeciwników. I choć koniec końców przegrali, poświęcenie i oddanie wodzowi Leonidasowi zasłużyło na wiekopomną pamięć. Trwają spory wśród historyków ilu wojowników tak naprawdę walczyło wraz ze Spartanami (mówi się nawet o 1000), ale w to dzisiaj nie musimy wnikać; ważny jest wniosek - obrońcy polegli po mężnej walce, oddani sprawie ojczyzny.



Pomnik Leonidasa w Termopilach fot. Pixabay.com

W historii Polski jest kilka bitew, które umownie nazywa się polskimi Termopilami. Pierwsze na liście jest starcie pod Hodowem z 11 czerwca 1694 r. Polskie siły liczące zaledwie 100 husarzy i 300 pancernych zdołały zmusić do wycofania się Tatarów w liczbie ok. 40 tys.; niektórzy utrzymują, że mogło być ich 25 tys., a inni, że nawet 70 tys. W każdym razie bohaterstwo Polaków jest niepodważalne. Termopile w polskim wydaniu powtórzyły się też m.in. pod Węgrowem (3 lutego 1863 r.), Zadwórzem (17 sierpnia 1920 r.), Dytiatynem (16 września 1920 r.) i nad Wizną (7-10 września 1939 r.).

Wróćmy do "Ogniem i mieczem". Pamiętamy pewnie Jana Skrzetuskiego, który udał się jako poseł na bardzo już wtedy niespokojną Sicz, gdzie powstanie kozackie szybko się rodziło. Początkowo to nie on miał jechać, ale jednak pojechał, chcąc m.in. po drodze zobaczyć ukochaną Helenę. Z każdym kolejnym dniem sytuacja stawała się coraz bardziej napięta aż w końcu było już niemal jasne, że powrót będzie raczej niemożliwy; najbliższa przyszłość posła rysowała się w bardzo ciemnych barwach. Wtedy zdecydował się wysłać swojego sługę Rzędziana, aby ten zorganizował ucieczkę Heleny i jej bliskich do Łubniów, gdzie stacjonowały główne siły hetmana Jeremiego Wiśniowieckiego. Sam jednak postanowił dotrzeć do celu. Przeczytajmy fragment pierwszej części trylogii:

"— Jegomość! hej jegomość!... — rzekł Rzędzian.
Skrzetuski popatrzył na niego szklanym wzrokiem.
Nagle zbudził się z zamyślenia.
— Rzędzian, boisz ty się śmierci? — spytał.
— Kogo? jakto śmierci? co jegomość mówi?
— Bo kto na Sicz jedzie, ten nie wraca.
— A to czemu jegomość jedzie?
— Moja wola, ty się w to nie wtrącaj, ale ciebie mi żal, boś dzieciuch, a chociażeś frant, tam się frantowstwem nie wykręcisz. Wracaj do Czehryna, a potem do Łubniów.
Rzędzian zaczął się drapać w głowę.
— Mój jegomość, juści śmierci się boję, bo ktoby się jej nie bał, toby się Boga nie bał, gdyż Jego to wola żywić kogoś, albo umorzyć, ale skoro jegomość dobrowolnie na śmierć leziesz, to już jegomościn będzie grzech jako pana, nie mój jako sługi, przeto ja jegomości nie opuszczę, bom też nie chłop żaden, jeno szlachcic, choć ubogi, ale też nie bez ambicyjej". 

fragment za: źródło



Kadr z filmu "Ogniem i mieczem". Jan Skrzetuski (Michał Żebrowski) i Helena Kurcewiczówna (Izabella Scorupco); w tle Rzędzian (Wojciech Malajkat) i Zagłoba (Krzysztof Kowalewski)

Skrzetuski mówiąc o swojej woli tak naprawdę ma na myśli dobro ojczyzny i misję, na którą wprawdzie sam się zapisał, ale która była zaaranżowana przez jego pana - księcia Jeremiego. On w duszy pragnął dobra kniaziówny, ale powaga podjętej przez niego misji nie pozwalała mu teraz zająć się osobiście jej ratowaniem. Miał dotrzeć na Sicz, to musiał tego dokonać. Po ludzku sytuacja była tam już taka, że lepiej byłoby wziąć nogi za pas i czmychać. Ale nigdy czegoś podobnego nie dopuściłby się ktoś taki jak Skrzetuski - wierny poddany, na którego liczył zwierzchnik.

A pamiętacie pana Longinusa Podbipiętę? Z tego też był wielki gość, nie tylko ze względu na wzrost. Kiedy już spełnił swój ślub i uciął Zerwikapturem trzy głowy pogańskie jeszcze bardziej stał się bohaterem w oczach innych. Teraz mógł już poślubić jakąś białogłowę. Tymczasem on dobrowolnie zgłosił się na pewną śmierć - postanowił przedrzeć się przez kozacki obóz do króla Jana Kazimierza i przyspieszyć przybycie posiłków pod oblegany Zbaraż. Opis jego bohaterskiej obrony i śmierci jest prawdziwym majstersztykiem. Takich bohaterów, przede wszystkim w świecie realnym, historia znała bardzo wielu. Napiszcie, proszę, w komentarzach Wasze propozycje.

Temat, nad którym dzisiaj się pochylamy, oprócz pozytywnej i chwalebnej strony, ma też niestety tę drugą, niebezpieczną i ponurą. Pomyślmy o wojskach Hitlera czy Stalina; wyobraźmy sobie, że przed nami staje żołnierz, dla którego wykonanie wyroku i rozstrzelanie nas to bułka z masłem. To jest właśnie złowroga moc rozkazu, który potrafi nie tylko wydobyć z człeka pokłady szlachetnej odwagi i męstwa, ale też odkrywa tajniki zła i dewiacji, które również w ludziach są obecne i wyłażą na światło dzienne niczym wąż.

Czego zatem dzisiaj uczy nas historia? Rozkaz jest siłą, która potrafi zjednoczyć wokół jakiejś sprawy nieprzebrane rzesze ludzi, którym przyświeca jakiś cel, ideał, do którego pragną dążyć. Rozkaz jest siłą napędową jednostek, ale i całych zastępów ludzi. Fenomenalny, a jednocześnie tak niebezpieczny... Historia rozkazów to temat na opasłe tomiszcze, gdyż jest nierozerwalnie związany z dziejami człowieka i opiera się na relacjach międzyludzkich, wiążąc osoby i osobę z grupą ludzi w jakiś tajemniczy sposób, o czym przekonujemy się śledząc dzieje ludzi i narodów.

Zachęcam do sięgnięcia po wpis specjalny, który ukazał się przed tym, który właśnie kończysz czytać. Nieco wcześniej opublikowałem inny, różniący się dość znacznie swoją formą od pozostałych. Zerknij też do tych zwykłych teksów jak na przykład tego o mumiach ;) Poza tym może zaciekawi Cię coś z listy wszystkich wpisów blogowych. Serdecznie zapraszam.










środa, 5 grudnia 2018

#57 Historia nauczycielką życia | Notre-Dame de Pologne (wpis specjalny)

Czyli m.in. o tym, jak Polacy pokojowo zdobyli Notre-Dame w Paryżu


Wiem, że stosunkowo niedawno na blogu ukazał się wpis specjalny, w którym prezentowałem moją rozmowę z blogerem Bartoszem Rozwadowskim. Dzisiaj oddaję w Wasze ręce kolejny tekst z kategorii wpisów specjalnych. Skoro jednak 2018 rok jest wyjątkowy dla naszej ojczyzny, to myślę, że nagromadzenie odcinków tego typu da się obronić.

W tym tekście chciałbym się odnieść do niecodziennego wydarzenia, które miało miejsce w słynnej paryskiej katedrze Notre-Dame. Nie będzie to zatem dla nas podróż w jakąś daleką przeszłość, bo wspomniane uroczystości odbyły się 1 grudnia. Niemniej jednak to podniosłe zdarzenie ukierunkowywało myśli uczestników na minione 100 lat historii Polski, a nawet wiele dalej.

Kto jeszcze nie wie o jakim wydarzeniu mowa nie będę go dłużej trzymał w niepewności - chodzi o inaugurację Kaplicy Polskiej w paryskiej katedrze, która przepięknie wpisała się w tegoroczne obchody. Samo poświęcenie kaplicy poprzedziła uroczysta Eucharystia, której przewodniczył metropolita poznański i jednocześnie przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski - abp Stanisław Gądecki. Jak podaje portal PolskiFr w uroczystościach wzięli udział m.in. nuncjusz apostolski we Francji abp Luigi Ventura, kard. André Vingt-Trois, reprezentujący Kościół we Francji, delegat Episkopatu Polski ds. duszpasterstwa emigracji bp Wiesław Lechowicz, rektor Polskiej Misji Katolickiej we Francji, ks. Bogusław Brzyś, rektor katedry Notre-Dame ks. Partick Chauvet oraz przeor klasztoru ojców paulinów z Jasnej Góry, o. Marian Waligóra. W uroczystości wzięli udział marszałek Senatu RP Stanisław Karczewski i ambasador RP we Francji Tomasz Młynarski.


Obraz Matki Bożej Częstochowskiej w Kaplicy Polskiej katedry Notre-Dame w Paryżu
fot. Historia nauczycielką życia

Kaznodzieja wypunktował najistotniejsze kwestie związane z polską niepodległością i jej brakiem. Słusznie zauważył, że Polska tak naprawdę straciła wolność znacznie wcześniej niż w 1795 r. To zatem więcej niż 123 lata niewoli. Ważną i bardzo niechlubną datą w naszych dziejach jest 1717 r., gdy na tzw. sejmie niemym nie Polacy, ale carat miał więcej do powiedzenia. To już wtedy Polska wolność była tylko jakimś żartem, farsą, a rzeczywistość była smutna i przygnębiająca.

Wiek XVIII był bardzo trudnym stuleciem dla Polski, w którym dokonał się już bardzo realnie upadek Rzeczypospolitej. Oby nigdy nie powtórzyły się błędy, które doprowadziły wtedy do tak wielkiej tragedii.

Nie możemy zapominać, że to właśnie we Francji tak wielu wybitnych Polaków czynnie tęskniło za Polską i to tam polskość była również podtrzymywana.

Kaznodzieja podkreślił jeszcze, że współcześnie dużo się mówi o wolności, np. mężczyzny i kobiety. I to na pewno jest zjawisko bardzo pozytywne. Trzeba jednak zastanowić się czy pod lansowanym pojęciem rozumiemy rzeczywiście autentyczną wolność? To jest bardzo poważna sprawa: jeśli wszak za wolność uznamy samowolkę albo bezprawie, rychło może się ona przerodzić w niewolnictwo i to nie tylko na poziomie ogólnonarodowym, ale może i częściej w życiu jakiejś osoby (na wspomnianym powyżej portalu możecie przeczytać całe kazanie).

Kilka powyższych akapitów może już robić” za dzisiejszą naukę. Dorzućmy coś jeszcze na koniec.

W stosunku do ojczyzny wyróżnić można przynajmniej dwie postawy: miłość i obojętność. Tę drugą cechę przejawiają głównie Ci, którzy uważają, że w końcowym rozrachunku nie ma tak naprawdę znaczenia, którą ojczyznę się ma. Tak sobie jednak myślę, przynajmniej z punktu widzenia wiary katolickiej, ale i nie tylko, że z ojczyzną jest jak z żoną - przystoi, żeby mieć jedną i kochać ją aż do śmierci. Niektórzy uprawiają wprawdzie samowolkę, ale czy wtedy to jest jeszcze prawdziwa miłość. Ojczyznę ma się jedną i jeśli się w niej wyrosło, to trzeba ją kochać i szanować. Jest już chyba jakimś naturalnym prawidłem, że człowiek rodzi się w jakiejś wspólnocie narodowej i to z niej, jak z pnia, wyrasta. I trzeba być wiernym temu pniowi i nie odcinać go, żeby całe drzewo nie runęło.