sobota, 18 maja 2019

#63 Historia nauczycielką życia | Historia zaklęta w kapsule

Czyli m.in. o tym, że czasami marzenia o podróżach w czasie spełniają się


Choć podróże w czasie wydają się jedynie utopią i czymś rodem z filmów science fiction, to jednak jest coś, co pozwala w pewnym sensie przenosić się w czasie. Tym czymś jest... kapsuła. Weź nie żartuj sobie - ktoś może powie zdegustowany. Jasne, że nie chodzi o takie zupełnie fizyczne przenosiny w czasie, ale jednak tzw. kapsuły czasu pozwalają na bardzo namacalne odsłonięcie przed naszymi oczyma kawałka historii.

Kapsuła czasu? A co to takiego?

Najogólniej rzecz ujmując kapsuła czasu to pojemnik lub miejsce, w którym przedstawiciele danego pokolenia składują pewne ważne przedmioty dla swoich czasów (przynajmniej tak im się może wydawać). Wszystko to z myślą o potomnych, którzy za jakiś tam czas odgrzebią czy w jakikolwiek inny sposób dostaną się do zawartości takiej kapsuły i wtedy przeszłość łączy się z teraźniejszością; zawiązuje się tajemnicza nić międzypokoleniowa. 

Don Harrington Discovery Center w Amarillo w Teksasie, gdzie znajdują się cztery kapsuły czasu, które mają zostać otworzone po 25, 50, 100 i 1000 lat od zamknięcia w 1968 r. fot.
Who What Where Nguyen Why, wikimedia (licencja CC BY-SA 3.0)

Najstarsze kapsuły czasu na świecie i w Polsce

Wobec powyższego interesuje nas zapewne to, gdzie znajdują się najstarsze kapsuły czasu, znane nam współcześnie.

Zaznaczmy jeszcze to, iż samo pojęcie kapsuły czasu jest raczej terminem stosunkowo świeżym. Natomiast zjawisko umieszczania przedmiotów dla potomnych w specjalnych schowkach sięga już prawdopodobnie odległych, starożytnych czasów.

W okresie nowożytnym takie kapsuły najczęściej składowano w wieżach lub kościołach, w stosownych skrytkach.

Obecnie bodaj najstarszą oficjalnie uznawaną kapsułą czasu jest ta z Bostonu, znaleziona w trakcie prac renowacyjnych budynku Old State House w 2004 r. Oczom szczęśliwych odkrywców ukazała się skrzynka datowana na rok 1795. Co w niej się znajdowało? Były tam: tablica z opisem wydarzenia, jakim było wmurowanie kamienia węgielnego pod budynek, ponad 20 monet, w tym najstarsza jeszcze z XVII w., medal okolicznościowy z podobizną pierwszego prezydenta USA oraz gazety.

No dobra, a w Polsce? Gdzie można znaleźć najstarsze tego typu znalezisko? Spieszę z wyjaśnieniem: w 2013 r., w Zespole Szkół w Strzegomiu, odnaleziono miedzianą tubę z 1874 r. Jej wnętrze skrywało dokumenty urzędowe, monety, rękopis, a także tomik wierszy niejakiego Johanna Christiana Günthera.



Część znawców zagadnienia i historyków utrzymuje jednak, że za najstarszą polską kapsułę czasu należałoby uznać tę ze Szczecina, datowaną na czasy... Stefana Batorego! Oficjalnie jednak to strzegomskie znalezisko jest numerem jeden. Prawdopodobnie głównym przedmiotem małych okołokapsułowych niejasności jest to, iż zdaniem niektórych za kapsuły czasu należy uważać tylko te znaleziska, które zawierają sugerowaną datę otwarcia, a zatem ktoś świadomie, z premedytacją je tam wpakował.

Strzegomska kapsuła jest numerem jeden, ale tak ledwo ledwo :) Kilka lat temu w Nowej Soli w Lubuskiem znaleziono kapsułę czasu z roku... 1874. Coś Wam to mówi, prawda? Ta ze Strzegomia to też egzemplarz z 1874 r. Wtedy zapanowała chyba jakaś moda na chowanie kapsuł. Może założono się, którą wcześniej (i czy w ogóle) ktoś odkryje? :) A teraz na poważnie. W nowosolskiej kapsule znajdowały się monety, gazety i pusta butelka po winie.

Rynek w Nowej Soli, fot. Mohylek, wikimedia (licencja CC BY-SA 4.0)

A inne kapsuły?

Nie sposób tutaj wymieniać szczegółowo wszystkich kapsuł znanych nam dotychczas. Ograniczmy się do jeszcze kilku przykładów.

W karmelickim kościele w Krakowie w trakcie prac remontowych dobrano się do jednej z kul zdobiącej krzyż. W kuli znajdowała się tuba, a w niej szereg przedmiotów, które spowite były gazetą pt. "Głos Narodu" (z 1934 r.).

Teraz czas na dwie bardzo słynne, wręcz przełomowe kapsuły. Pierwsza pochodzi z 1939 r. i uważa się ją za przełomową w swoim gatunku. Wtedy też pierwszy raz nazwano coś takiego kapsułą czasu. Zaznaczmy, że niektórzy proponowali nazwę bomba zegarowa, ale to chyba byłby nazewniczy niewypał, prawda? Wtedy to, w 1939 r. w trakcie Wystawy Światowej w Nowym Jorku, przedstawiciele firmy Westinghouse upublicznili i zakopali pod ziemią na głębokości 5 m skrzynię o wadze bagatela 360 kg! Spakowano tam m.im. lalkę, nici i 15-minutowe nagranie filmowe. Zaznaczono, żeby znalazcy otwarli ją w... 6939 r. Ale czy wtedy jeszcze świat jaki znamy będzie istniał?



Jeśli ta ważąca 360 kg skrzynia to według Was gigant, to co powiecie na tzw. Kryptę Cywilizacji w Atlancie. To nawet nie skrzynia, tylko pokój o powierzchni blisko 60 mkw. Wejścia do środka chronią pancerne drzwi, a za nimi ok. tysiąca gadżetów z epoki, czyli z lat 1936-1940, kiedy to sporządzono ową Kryptę. Co znajdą tam potomni? Rzecz jasna darujemy sobie tutaj szczegółowe wyliczenia, ale wystarczy nam jedynie wspomnieć choćby figurkę Kaczora Donalda, pończochy, toster i nagrania głosu Hitlera i Stalina. Kiedy będzie można otworzyć tę kapsułę? Nieprędko... Dopiero w 8113 r.!
     
 Kapsułowy zawrót głowy 

Trzeba przyznać, że wiek XX zaowocował coraz częstszymi akcjami montowania kapsuł czasu. Przyszłe pokolenia, jeśli tylko będą tym zainteresowane, a wierzymy, że będą, na pewno będą mieć sporo ciekawych znalezisk do odkrycie, a potem obejrzenia.

Ciągle też zdarzają się nowe odkrycia, nieraz dość dziwne, o ile prawie wszystkie nie są zaskakujące i mające w sobie sporą dawkę tajemniczości. W jednej z kapsuł znaleziono m.in. jedną z pierwszych myszek komputerowych podarowaną przez samego Steve'a Jobsa. Innym razem, na Kamczatce, znaleziono z kolei... odezwę komunistyczną.

Wspomnijmy jeszcze kapsuły czasu nieco innego typu, można powiedzieć: naturalne. Swego czasu naukowcy w Kanadzie odkryli zbiornik wody, w którym zgromadzona ciecz miała bagatela 2,6 miliarda lat!!! Uczeni nie posiadali się z zachwytu, bo takie kapsuły są da nich kopalnią wiedzy o prastarych czasach. Jedak prawdopodobnie nie znaleziono tam żadnych mikroorganizmów żywych. Znamy jednak przypadki, kiedy było inaczej.



W 2011 r. badacze odkryli w RPA basen solankowy, w którym znajdowały się organizmy, których istnienie w tym miejscu trzeba liczyć w milionach lat.

Rok później rosyjscy naukowcy natknęli się na równie niezwykłe mikroorganizmy w Jeziorze Wostok, znajdującym się pod lodem. Ich materiał genetyczny był tak niesłychanie odmienny od wszystkich znanych obecnie, że mógłby należeć do kosmitów :) Wielu badaczy ma dość spore obawy przed grzebaniem w poszukiwaniu prastarych organizmów. Twierdzą, że o nieszczęście nietrudno i takie organizmy mogą wyrządzić sporo szkód, choćby w postaci nieznanych chorób czy mutacji. Brzmi jak science fiction? Coś w tym jest.


Tradycyjnie pora na morał

Kapsuły czasu to wspaniały łącznik międzypokoleniowy: prezent od tych, którzy byli, dla tych, którzy są teraz i prezent od tych, którzy są teraz dla tych, którzy będą. Przy tej okazji musimy chyba jednak pamiętać czy zachowamy dla przyszłych pokoleń również środowisko naturalne i inne, nawet ważniejsze jeszcze dobra. Bo przecież chyba jest tak, ja jestem w to głęboko przekonany, że najważniejsze w historii są nie tyle jakieś materialne kapsuły, ale to, jakie wartości z sobą niosą; wartości te nie do końca wyrażalne albo w ogóle trudne do czysto fizycznego zmierzenia. Super, że tak wiele my, ludzie współcześni, chcemy zostawić przyszłym pokoleniom w postaci różnorodnych kapsuł czasu, ale jeśli zostawimy dla nich zdewastowaną przyrodę i pustkę duchową, to marny ich los i nasz w ich pamięci...

Otwieram sobie książeczkę Phila Bosmansa pt. "Szczęście na każdy dzień" (Semen, Wrocław 2006). Zerkam pod datę 20 maja i czytam sentencję na ten dzień: "Kultura oznacza taki rozwój ducha i serca, że ludzie mogą stać się bardziej ludzcy".

A Ty, ja? Co zostawimy po sobie dla przyszłych pokoleń, żeby były bardziej ludzkie?

PS Jeśli masz ochotę, zapraszam również do lektury innych tekstów na blogu. Ich wykaz znajdziesz na Liście wpisów >>>



Bibliografia wpisu:


1. 
Budzik, otwieracz do konserw i proszek do zębów. Co zawierają kapsuły czasu?;
2. Najstarsza kapsuła czasu w Strzegomiu;
3.
Odnaleziono najstarszą wodę świata. Co kryje ta niezwykła kapsuła czasu?;
4. W Nowej Soli odkryto kapsułę czasu sprzed 142 lat! [ZDJĘCIA]

sobota, 13 kwietnia 2019

#62 Historia nauczycielką życia | Mary Celeste, czyli porzucona

Czyli m.in. o brygantynie, która stała się jednym z najsłynniejszych statków-widmo


To fakt, że ostatnio na blogu rządzi tematyka odkrywczo-tajemniczo-legendarno-marynistyczna, ale przynajmniej w tym wpisie jeszcze trochę ją pociągniemy. W poprzednim tekście mówiliśmy sobie (albo raczej ja pisałem, a Wy czytaliście ;) o tajemnicy wyspy Roanoke, a nieco wcześniej poruszyliśmy tematykę Polaka, który rzekomo miał uprzedzić Kolumba. A dziś pomówimy o statku i to nie byle jakim, ale od wieków spędzającym sen z powiek badaczom historii. Ale po kolei.

Zanim stała się sławna

Zanim Mary Celeste stała się sławna, nosiła w ogóle inne imię. Nazwano ją Amazon (jakieś skojarzenia? To nie o współczesną markę chodzi ;). Narodziła się w kanadyjskiej Nowej Szkocji, a po raz pierwszy popłynęła w 1861 r. Była 30-metrową brygantyną, a więc stosunkowo niewielkim okrętem. Statków tego typu chętnie używali piraci ze względu na ich zwinność. Początkowo statek był wykorzystywany do transportowania najróżniejszych towarów. Parokrotnie zmieniał też właścicieli, gdyż miał nieszczęście "łapania" kilku dość poważnych uszkodzeń. Koniec końców kapitanem Mary Celeste (tak już wtedy nazywała się owa brygantyna) został Benjamin Spooner Briggs, nota bene abstynent i człowiek cieszący się uznaniem za swoją sprawiedliwość, który za duże pieniądze odrestaurował i zmodernizował jednostkę. Było to w roku 1872 r.


Benjamin Spooner Briggs - kapitan Mary Celeste. Trzeba przyznać, że mógłby być krewnym prezydenta USA Abrahama Lincolna... :), fot. wikimedia (domena publiczna)
Prezydent Abraham Lincoln 5 lutego 1865 roku, fot. wikimedia (domena publiczna)


Ani żywej duszy...

Jesienią 1872 r. Mary Celeste i jej załodze powierzono misję dostarczenia spirytusu do Europy, a konkretnie do Genui. Statek wyruszył w listopadzie m.in. z kapitanem, jego żoną i dwuletnią córką na pokładzie. Ogółem na pokładzie znajdowało się 10 osób.

4 lub 5 grudnia 1872 r. załoga innego statku, Dei Gratia, który wyruszył do Europy z New Jersey nieco później niż Mary Celeste, dojrzała na oceanie gdzieś między Azorami i Portugalią opuszczony statek. Jakież było ich zdziwienie gdy okazało się, że to sama Mary Celeste.

Najdziwniejsze było to, że na jej pokładzie nie było ani jednej osoby. Rzeczy pasażerów oraz ładunek były nienaruszone, tylko żagle nosiły na sobie ślady uszkodzeń i ładownie były nieco zalane. Kapitan Dei Gratia, niejaki David Morehouse, postanowił zabrać okręt do Gibraltaru w celu ustalenia przyczyn takiego stanu rzeczy. Pewną poszlaką mogła być brakująca na Mary Celeste jedna łódź ratunkowa.

Wstępne dochodzenie przyniosło dwie teorie. Pierwszą szybko odrzucono. Mówiła o zabiciu kapitana i jego rodziny przez pozostałych członków załogi. Brak jakichkolwiek śladów zbrodni przeczył tej hipotezie. Druga, bardziej prawdopodobna, nakazywała widzieć przyczynę opuszczenia statku w możliwości wybuchu spirytusu. W tamtych czasach doszło do kilku tego typu katastrof, więc załoga, czując opary spirytusu (który może ulotnił się z kilku beczek i spalił, co mogło znamionować ewentualną eksplozję reszty ładunku), mogła w trosce o swoje życie ewakuować się z okrętu i nigdy już na niego nie wróciła.

Tak czy inaczej jednostkę obsadzono nową załogą i popłynęła dalej do Genui. Zagadką może być też to, że w porcie ustalono, iż rzekomo 9 z 1701 beczek ze spirytusem było pustych.


Co było dalej?

Przez kolejnych kilkanaście lat Mary Celeste realizowała się jako statek transportowy. Trzeba jednak przyznać, że nie były to lata udane i ekspedycje z jej udziałem raczej przynosiły straty. Ta ostatnia miała miejsce w 1885 r., gdy statek zatonął. Jego wrak zlokalizowano w 2001 r. i spoczywa na dnie w rejonie niedaleko Haiti.

W 1873 r. natrafiono u wybrzeży Hiszpanii na dwie szalupy z sześcioma ciałami. Ich tożsamości nie udało się ustalić, a ewentualne związki owych szalup z Mary Celeste poddaje w wątpliwość fakt, że przecież jak wiemy na jej pokładzie brakowało tylko jednej łodzi ratunkowej, a nie dwóch.

Obraz z 1861 roku przedstawiający żaglowiec Amazon (przemianowany w 1869 roku na Mary Celeste), artysta nieznany, fot. wikimedia (domena publiczna)

                                                                            Teorie i morał

Teraz pozostaje nam już w zasadzie tylko gdybanie. Niektórzy powiedzą, że jest to właśnie to, co w historii najciekawsze: pewna doza tajemniczości...

Oprócz tych teorii najbardziej prawdopodobnych są i takie nieco fantastyczne. Dla tych, którzy wierzą w przesądy, klątwy, itp. ta historia może być dowodem na to, że Mary Celeste była po prostu okrętem przeklętym. Faktem jest, że wiele z jej kursów było bardzo nieszczęśliwych. Już podróż inauguracyjna przyniosła śmierć pierwszego kapitana na zapalenie płuc. Nie brakowało też stłuczek i mielizn w życiu Amazona, a później Mary Celeste. Dość tajemniczy był też finał przygód okrętu, który zatonął na początku 1885 r. w słoneczny dzień rozbijając się o rafę koralową nieopodal Haiti. Przeciwnicy hipotezy o przeklętym okręcie wskażą zapewne na szereg zyskownych kursów, które również temu okrętowi i jego załodze się przytrafiły.

Wiadomo, że tego typu zdarzenia rozbudzają ludzką wyobraźnię. Mówiono i pisano niestworzone rzeczy o tym, co na pokładzie znaleziono. Do mistyfikacji i pojawienia się mitów na temat feralnego rejsu Mary Celeste przyczynił się m.in. młody wówczas, a później znany twórca Sherlocka Holmesa - Arthur Conan Doyle. Stworzył fikcyjną wersję wydarzeń, której pikanterii dodała wzmianka o rzekomo zakrwawionym mieczu znalezionym na okręcie. Resztę ludzie już sobie dopowiedzieli... Najwięksi fantastycy mówili o porwaniu załogi przez UFO lub pożarciu jej przez morskiego potwora.

Z kolei do grona teorii bardziej prawdopodobnych zaliczyć należy jeszcze hipotezę wysuwaną przez dra Jamesa Kimble z Nowego Jorku. Twierdzi on, że żaglowiec napotkał tzw. tornado wodne, czyli nagły przypływ wody, który jawi się jako coś bardzo groźnego i przez to wywołuje panikę, choć zazwyczaj nie jest w stanie doprowadzić do unicestwienia statku.


Jeszcze inni znawcy zagadnienia, jak na przykład marynarz David Williams, utrzymują, że to nie tornado, lecz podwodne trzęsienie ziemi mogło sprawić tak pokaźnego psikusa i napędzić strachu załodze, która zdecydowała się na ewakuację z obawy przed najgorszym.



A co, gdyby to piraci zaatakowali statek i zmusili członków do ewakuacji? Przeciwnicy tej teorii pytają: ale dlaczego w takim razie tylko kilka przedmiotów zniknęło z okrętu, a reszta pozostała nienaruszona, jak gdyby ktoś wyszedł i zaraz miał wrócić?

Jeśli, niezależnie od przyczyny, załoga opuściła statek na łodzi ratunkowej, to prawdopodobnie zginęła w wodach oceanu. Wiemy, że warunki pogodowe w czasie i rejonie ich ewentualnej podróży łódką były bardzo trudne, niemożliwe do przepłynięcia.

Zapewne moglibyśmy rozkładać tajemnicze losy Mary Celeste na jeszcze wiele pomniejszych hipotez, ale może w tym miejscu zakończymy naszą opowieść. Wszak jak sobie już wielokrotnie też i na tym blogu mówiliśmy - pewna doza tajemniczości historii na pewno nie zaszkodzi. Nasuwa mi się też inny morał, może najważniejszy na bazie powyższej historii. Każda historia to nie tylko element historii ogólnej czy lokalnej, który należy przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Każda osoba i każde zdarzenie to ponadto bardzo osobiste losy, coś przeżywanego namacalnie. Pomyślmy, co czuli członkowie załogi Mary Celeste, gdy groziło im jakieś niebezpieczeństwo, gdy potem najpewniej zginęli w wodach oceanu? Uogólniając: co czują ludzie, którzy giną w katastrofach lotniczych, morskich, itd.? My te dzieje analizujemy po latach, a oni przeżywali to namacalnie, w tym konkretnym momencie. A potem skończyło się życie i co było potem? Na to pytanie już każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.

Moi Drodzy, byłoby super gdybyście w komentarzach podrzucili własne przemyślenia, wnioski, nauki z dzisiejszego naszego spotkania z historią. Chętnie je poczytam i myślę, że i pozostali Czytelnicy równie chętnie do tego podejdą.

Czego zatem, według Ciebie, uczy nas ta historia? 

 
Bibliografia wpisu:


1. Mary Celeste – najsłynniejszy statek widmo;
2. Tajemnica „Mary Celeste”

sobota, 16 marca 2019

#61 Historia nauczycielką życia | Tajemnica wyspy Roanoke

Czyli m.in. o kolonii, która zniknęła i pierwszym brytyjskim dziecku urodzonym w Ameryce


W Polsce, jeśli ktoś chce wystraszyć dzieci i sprawić, żeby stały się grzeczne, może opowiedzieć im o Babie Jadze. Z kolei w Anglii przez stulecia uspokajano dzieci opowieścią o tajemniczej, zaginionej kolonii z wyspy Roanoke. Ta historia, ciągle do końca niewyjaśniona, znacząco wpływała i ciągle wpływa także na wyobraźnię dorosłych.

Początki

Niejaki sir Walter Raleigh był podobno ulubieńcem królowej Elżbiety I. Ten poeta, pisarz, szpieg i miłośnik tytoniu oraz "nowych światów" zorganizował i sfinansował pierwszą ekspedycję Anglików do Ameryki Północnej. Wyprawą, w której brało udział 108 śmiałków, kierował Richard Grenville. Po dopłynięciu do wybrzeży Ameryki i zbadaniu terenu, żeglarze postanowili podjąć próbę założenia kolonii na wyspie Roanoke w Karolinie Północnej. Działo się to w 1584 r., a 6 czerwca tamtego roku założono pierwszą kolonię brytyjską w Ameryce.

Walter Raleigh - portret z 1585, fot. Nicholas Hilliard, wikimedia w domenie publicznej

Po początkowych sukcesach i nawiązaniu dość nawet serdecznych relacji z miejscowymi tubylcami wszystko zostało zaprzepaszczone przez jeden moment agresji i spalenie wioski miejscowych przez Europejczyków. Dalej było już tylko pod górkę. Na szczęście w Nowym Świecie zjawiły się okręty sławnego Francisa Drake'a, który zabrał większość nieszczęśników do Europy. Jednakże 15 śmiałków pozostało na miejscu...

Nowa ekspedycja

Latem 1587 r. do Roanoke przybyli nowi żeglarze pod wodzą Johna White'a - artysty i kolejnego wielkiego pasjonata nowych światów. Zamiast osadników znaleźli tylko... kości jednego z nich. Nie zrazili się tym jednak na tyle, żeby zrezygnować z podjęcia kolejnej próby osiedlenia się na wyspie. Próbowali nawet dogadać się z miejscowymi, ale było to już niemożliwe z racji poważnych niesnasek sprzed kilku lat.

Dodajmy, że w około miesiąc po inauguracji kolonii urodziło się pierwsze brytyjskie dziecko w Ameryce Północnej. Była to Virginia Dare. Jej rodzicami byli córka Johna White'a Eleanor i Ananias Dare.

hthttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250tps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250
https://twitter.com/Roadtrippers/statu1104909862595637250 Sytuacja kolonizatorów pogarszała się z dnia na dzień. Dochohttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250dziło też do dalszych starć z tubylcami. W końcu osadnicy nie wytrzymali i wysłali do Europy statek z prośbą o pomoc. Musieli jednak na nią trochę poczekać. Jak zapewne pamiętamy, Anglia żyła w tym czasie konfliktem z hiszpańską Wielką Armadą i chyba trochę zapomniano o grupce śmiałków, która z poważnymi kłopotami próbowała okiełznać Nowy Świat.

Pomoc przypłynęła, ale dopiero prawdopodobnie w 1590 r. Ku ogromnemu zaskoczeniu kapitana Johna White'a i jego załogi wyspa wyglądała tak, jakby już od jakiegoś czasu była niezamieszkana. Spodziewano się znaleźć chociaż jakieś zwłoki lub groby, ale nic z tych rzeczy - ani żywej, ani zmarłej duszy nie znaleziono. Oczom Europejczyków rzuciła się w oczy jedynie tabliczka z napisem oznaczającym najprawdopodobniej nazwę pobliskiej wyspy: Croatoan.

 
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

89 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci - tyle osób powinna liczyć osada na wyspie Roanoke. Co się stało z Europejczykami, którzy ją tworzyli? Hipotez jest kilka. Za tę najbardziej prawdopodobną uważa się najczęściej przypuszczenie, że osadnicy po prostu zasymilowali się z Indianami zamieszkującymi pobliskie wyspy. Są i tacy, którzy twierdzą, że koloniści podjęli próbę ucieczki z wyspy na statku i gdzieś utonęli w odmętach Atlantyku. Nie wiadomo czy kiedykolwiek się tego dowiemy.

Warto dodać, że Anglicy przekazujący sobie z pokolenia na pokolenie opowieść o "straconej kolonii" lubili zwracać uwagę na fakt, że jeśli dobrze wytężyć wzrok można wśród Indian spotkać ludzi o europejskich rysach twarzy.

Kilka lat temu przeprowadzono badania archeologiczne na terenach zamieszkanych niegdyś przez tubylców i co ciekawe znaleziono tam przedmioty, które z bardzo dużym prawdopodobieństwem należały do Europejczyków.

Mapa okolic wyspy Roanoke, fot. John White, wikimedia w domenie publicznnej

Badacze poddali analizie również mapy Nowego Świata sporządzone przez Johna White'a. Próbowali na ich podstawie ustalić, gdzie mogli udać się osadnicy z Roanoke. Natrafili podobno na ukryte pod łatami znaczki, które rzekomo mają wskazywać potencjalne kierunki ucieczki Europejczyków z tajemniczej wyspy. Trudno jednak tego typu hipotezy potwierdzić.

Tak czy inaczej w 1607 r. Anglicy stworzyli pierwszą stałą osadę w Ameryce o nazwie Jamestown.

                                                                            Morał z Roanoke

W swoim zwyczaju spróbujmy zastanowić się, czego losy "zaginionej kolonii" nas uczą. Na pewno uczą nas choćby tego, że historia jest przepiękną dziedziną wiedzy na przykład z tego powodu, że skrywa wiele tajemnic. Można ją porównać do kobiety, która jest fascynująca przez to, że jawi się jako nie do końca odkryta sfera. Wydaje się, że wiele współczesnych związków rozpada się, gdyż nie ma w nich wystarczającej dozy tajemniczości. Trochę podobnych kwestii poruszyliśmy m.in. w tekście o kronikarzu Kadłubku.


Tajemnicze losy osadników z Roanoke są też czymś w rodzaju symbolu. Przecież niemal każde wchodzenie w nowe, niezależnie od tego czym by ono było, ma w sobie pewną nutkę tajemniczości, mniejszą lub większą. Jest to poniekąd fascynujące, ale i niebezpieczne, dla wielu wręcz kuszące.


Na koniec dzisiejszego tekstu zapraszam do innych, np. najnowszego z serii o Cudownej historii Polski. A jeśli lubisz tematykę żeglarsko-odkrywczą szczególnie polecam Ci artykuł o Polaku, który uprzedził Kolumba.

A Ty jak sądzisz, czego uczy nas historia Roanoke?



Bibliografia wpisu:


1. Co stało się z mieszkańcami „zaginionej kolonii” Roanoke?;
2. Ponura zagadka wyspy Roanoke

sobota, 9 lutego 2019

#60 Historia nauczycielką życia | 100+ChP/6 Znaki na niebie i szczególny młodzieniec

Czyli m.in. o tym, że warto patrzeć w niebo


Niezmiernie się cieszę, że po około półrocznej przerwie wraca seria specjalna 100+ Cudowna historia Polski, pisana z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Planowałem ją tworzyć częściej, ale różne czynniki złożyły się na fakt, że jest trochę inaczej. Niemniej wznawiamy serię i myślę, że to jest najważniejsze!

Jak pamiętacie albo już raczej nie, bazuje ona na bardzo interesującej książce "Cuda w historii Polski" Aleksandry Polewskiej i audiobookach na kanale Ku Bogu. Zachęcam do zapoznania się z poprzednimi pięcioma wpisami, jak na przykład tym o dwóch cudownych kobietach. A teraz jedziemy z kolejnym tekstem :)


Księżyc nad Grunwaldem

Jan Matejko, właściwie już kończąc swoje dzieło - słynną Bitwę pod Grunwaldem, wyruszył podobno na pola grunwaldzkie, aby jeszcze nanieść jakieś poprawki czy detale na swoim płótnie. Przybył tam przedarłszy się przez dwie granice zaborów (rozdzielające tereny należące do trzech mocarstw) i być może prócz obowiązków zawodowych chciał też nasiąknąć duchem tego miejsca, które choć znów było pod wrogą okupacją, to jednak unosił się nad nim duch wielkiej wiktorii i wolności.


Jan Matejko, Bitwa pod Grunwaldem, fot. wikimedia (domena publiczna)


Malarz tworząc swoje arcydzieło bardzo często sięgał do wielkiej kroniki Jana Długosza, który szczegółowo opisał także wydarzenia z pamiętnego 15 lipca 1410 r. Kronikarz urodził się wprawdzie pięć lat później, ale w bitwie brał udział jego ojciec, również Jan. Jan Długosz junior miał jeszcze 11 braci, z których co ciekawe jeszcze dwóch innych nosiło imię Jan. Jego stryj Bartłomiej był proboszczem w Kłobucku i prawdopodobnie też kapelanem króla Władysława Jagiełły; odprawiał Mszę św. przed bitwą w namiocie monarchy. Kronikarz przez lata współpracował ze Zbigniewem Oleśnickim, pierwszym kardynałem narodowości polskiej i doradcą Jagiełły oraz jego syna Władysława zwanego Warneńczykiem. To ów Zbigniew miał osłonić króla 15 lipca 1410 r. własnym ciałem, jako wówczas 21-letni członek straży przybocznej króla. Dodajmy, że nie będąc jeszcze wówczas rycerzem, nie został nim nigdy, mimo tak spektakularnego czynu, jakim było zabicie krzyżackiego napastnika, który zagrażał życiu monarchy. Uważano jednak, że Zbigniew postąpił wbrew kodeksowi rycerskiemu, bo nie pokonał w walce, lecz zamordował Krzyżaka. Jednak ta sprawa wyszła Oleśnickiemu na dobre, bo został duchownym i awansując w hierarchii stał się zaufanym doradcą pierwszych Jagiellonów.

Wróćmy teraz do obrazu Matejki. Nad Witoldem i Ulrichem von Jungingenem możemy dostrzec postać klęczącą na chmurze i wznoszącą modły do nieba. Był to św. Stanisław ze Szczepanowa, o którym już kiedyś sobie w tej serii mówiliśmy. Jak się okazuje, nie jest to jakiś pobożny wymysł Matejki, ale odzwierciedlenie zapisu z kroniki Długoszowej, w której zostało opisane zdarzenie, które ponoć miało się pod Grunwaldem zdarzyć.

W noc poprzedzającą wielką bitwę polscy rycerze udali się wcześnie do namiotów, aby wypocząć przed kolejnym dniem, który miał być decydujący. Długosz pisał, że spali dobrze; natomiast w obozie krzyżackim gwałtowny wiatr rozwalał namioty i zakonnicy musieli spędzić wiele czasu krzątając się po obozie, bez chwili wytchnienia.

Dodatkowo Długosz zanotował, że na księżycu w pełni pojawiły się nadzwyczajne zjawiska. Podobno widziano postać królewską zmagającą się z mnichem, który został przez monarchę pokonany i strącony z księżyca. To widzenie potwierdził też kapelan Jagiełły, ks. Bartłomiej (zwany Bartoszem). Z kolei nazajutrz Krzyżacy mieli podobno widzieć nad wojskiem polskim postać biskupa unoszącą się na chmurze.


Co każdy królewicz wiedzieć powinien?

Teraz czas na drugą historię, którą chciałbym Wam dzisiaj pokrótce opowiedzieć. W 1602 r. ekshumowano doczesne szczątki Kazimierza królewicza, wnuka Władysława Jagiełły. Postanowiono to uczynić w związku z kanonizacją tego syna Kazimierza Jagiellończyka. Pomimo znacznej wilgoci panującej w grobowcu znajdującym się w wileńskiej katedrze, ciało młodzieńca znaleziono nienaruszone. Przy głowie zmarłego leżał pergamin ze słowami jego ulubionej pieśni: "Omni die dic Mariae" (Każdego dnia sław Maryję). Dodajmy, że Kazimierz królewicz jest jednym z czterech polskich świętych, których ciała nie uległy rozkładowi po śmierci (pozostali to Stanisław Kostka, Jozafat Kuncewicz i Andrzej Bobola). Jest też pierwszym świętym członkiem rodu królewskiego w Polsce płci męskiej.

Kazimierz zmarł w opinii świętości w Wilnie na gruźlicę 4 marca 1484 r. Jego brat, król Polski Zygmunt Stary rozpoczął starania o kanonizację w 1518 r. Papież wydał stosowną bullę, ale przewożący ją z Rzymu biskup Erazm Ciołek zmarł w czasie epidemii i dokument bezpowrotnie zaginął. Dopiero w 1602 r. udało się wznowić działania kanonizacyjne, już tym razem skutecznie zakończone.


Św. Kazimierz Królewicz, wizerunek w bazylice św. Piusa X w Lourdes


W późniejszych latach pojawiły się niczym niepoparte twierdzenia, jakoby kanonizacja Kazimierza było tylko narzędziem w ręku możnych litewskich, którzy chcieli podnieść znaczenie ojczyzny poprzez posiadanie pierwszego świętego. Niektórzy spekulowali nawet, że królewicz po nieudanej próbie objęcia tronu węgierskiego jako 13-letni młodzieniec miał przejść załamanie nerwowe i uciec od polityki w dewocję. Tymczasem twarde dowody historyczne przeczą takiej hipotezie. Nauczyciele Kazimierza, m.in. Jan Długosz i Kallimach dowodzili, że królewicz nie tylko nie załamał się pod wpływem tamtych wydarzeń, ale nadto niczym ktoś dorosły zrozumiał jak często polityka jest tylko czymś, co rodzi nietrwale owoce i jest przyczyną wielu krzywd. Dorastając był prawą ręką ojca w działaniach politycznych, ale wiedział, że są sprawy od polityki znacznie ważniejsze.



Na jednym z obrazów Leona Wyczółkowskiego możemy dostrzec królewicza Kazimierza, który drzemie przy drzwiach katedry; przy nim jest nauczyciel Jan Długosz. Postawa młodzieńca dowodzi, że jeszcze niedawno się modlił. Kronikarz opisał wiele sytuacji, gdy syn Kazimierza Jagiellończyka wymykał się pod osłoną nocy, żeby oddać się modlitwie. Słynął też z częstych umartwień i postów oraz licznych czynów miłosierdzia. Jan Długosz wielokrotnie podkreślał również wielką mądrość jaką cechował się młody następca tronu.

Dodajmy jeszcze, że po zakończeniu procesu kanonizacyjnego ciało Kazimierza ulegało stopniowemu rozkładowi. Podobnie było później z ciałem św. Stanisława Kostki.

Zgodnie z naszą już 60-odcinkową tradycją przyszła pora, żeby wysnuć z naszego dzisiejszego spotkania jakowąś naukę tudzież nauki. Były i są na świecie rzeczy oraz sprawy, które tak patrząc czysto logicznie wydają się dość dziwaczne albo nieżyciowe, np. jakiś od wieków już nieżyjący biskup ukazujący się na chmurze, młody królewicz, który zamiast zażywać przyjemności dworskich wymyka się nocami na modlitwę, itp. Może nawet koś ma ochotę skwitować coś takiego ironicznym uśmiechem (albo już to zrobił). Niemniej historia dowodzi, co też przewija się w różnych wpisach na tym blogu, że to wcale tak do końca nie jest zerojedynkowo. Dobrym przykładem jest też tekst o ampułce z krwią, która nie może doczekać się zmartwychwstania. Oczywiście musimy analizować historię na drodze rozumowej, to jasne; z drugiej jednak strony to nie wystarczy! Warto czasami nie podążać głównym nurtem, warto iść nieco inną drogą, która nie to, że nie jest tylko i wyłącznie duchowa, ale na dodatek da się ją naukowo, z dużym prawdopodobieństwem objaśnić i można ją uznać za prawdziwą.

Czy nie uznasz takiej drogi?


Bibliografia wpisu:

1. Cuda w historii Polski cz. 10 (Księżyc nad Grunwaldem);
2. Cuda w historii Polski cz. 11 (Co każdy królewicz wiedzieć powinien?)

sobota, 26 stycznia 2019

#59 Historia nauczycielką życia | Polak, który uprzedził Kolumba

Czyli m.in. o tym, że czasem może być inaczej niż nam się wydaje


Rok 1492, postać Krzysztofa Kolumba i odkrycie Ameryki to te aspekty historii, które wtłacza się już do dziecięcych umysłów niemal od początku nauki tej przepięknej dziedziny wiedzy. Zapewne ów rok należy do ścisłego grona najważniejszych i najpowszechniej znanych dat historycznych.

W związku z powyższym może czasami dziwimy się, gdy ktoś próbuje nam wmówić, że to nie Kolumb, ale Wikingowie dotarli do Ameryki pierwsi i to jeszcze ok. pół tysiąca lat przed słynnym Genueńczykiem. Współcześnie nie da się już chyba zaprzeczyć, że waleczni Skandynawowie istotnie przypływali do amerykańskich wybrzeży na długo przed owym 1492 r.

A co powiecie na to: Kolumba uprzedzili nie tylko Wikingowie, ale i... Polak. Wprawdzie nie tysiące lat, ale jedynie kilkanaście. Być może taka informacja sprawiła, że szczęka Ci opadła, ale spokojnie: oto historia Jana z Kolna.


Jan z Kolna - bohater historyczny czy tylko legendarny?

Wiem, że rozbudziłem Waszą ciekawość, ale w trosce o rzetelność historyczną muszę nieco ostudzić hurraoptymizm. Otóż tak naprawdę nie wiadomo czy Jan z Kolna był Polakiem. W źródłach możemy znaleźć różne zapisy jego nazwiska, np.  Joannes Scolvus albo Joannes Scolnus i trudno powiedzieć, jak naprawdę nazywał się ów jegomość. Niektórzy przypisują mu również norweską albo duńską narodowość. Są i tacy, i kto wie czy nie jest ich przypadkiem najwięcej, którzy uznają Jana z Kolna za postać wyłącznie legendarną.



Jan z Kolna - posąg na Wałach Chrobrego w Szczecinie, fot. Mateusz War, wikimedia

Jeśli jednak Jan istniał, miał rzekomo uczestniczyć w wyprawie z mniej więcej 1476 r., która ponoć dotarła do Grenlandii, a nawet dalej - aż do Ziemi Baffina, Zatoki Hudsona i półwyspu Labrador.

Pierwszym historykiem, który tak na poważne zaczął się zajmować Janem z Kolna był działający w XIX w. Joachim Lelewel. Szperając po różnych źródłach, w tym niemieckich, z nazwiska Scolvus wyłuskał on polskie określenie "Szkolny". Z jego badań wynikało, że ów żeglarz pochodził z Kolna na Mazowszu i wziął udział w wyprawie zorganizowanej przez duńsko-norweskiego króla Chrystiana I Oldenburga.


A co na to inni?

Norweski historyk Gustav Storm (1845-1903) twierdził, że uznawanie Jana z Kolna za Polaka jest wynikiem błędu w tłumaczeniu. Jego zdaniem słowo "pilotus" przekręcono na Polonus. A poza tym rzekomo norweski żeglarz Jon Skolv dopłynąć miał jedynie do Grenlandii, którą przez jakiś czas utożsamiano z Labradorem.

Norweski badacz polarny Fridtjof Nansen (1861-1930) miał podobne do Storma poglądy z tym, że dopuszczał on możliwość nie tylko norweskiego, ale i duńskiego pochodzenia Jona Skolva (Skolvssena, Skolvssona).

Natomiast duński historyk Sofus Larsen (1855-1938) snuł przypuszczenia, że Norwegowi Jonowi Skolvowi towarzyszyło w podróży dwóch Portugalczyków i razem mieli oni dopłynąć do Nowej Funlandii.

I jeszcze jedna teoria, proponowana przez Luisa Ulloa, Peruwiańczyka. Ów badacz utrzymywał, że Joannes Scolvus to.. Krzysztof Kolumb, tylko że w młodości. Miał on potajemnie odbyć wyprawę do Ameryki pod patronatem króla Danii, żeby już potem, legalnie i oficjalnie, odkryć ją po raz drugi w rzeczywistości, z poruczenia Hiszpanii. Dodajmy, że również zdaniem pana Luisa Kolumb był Katalończykiem.


A jak było naprawdę?

Tego pewnie tak na 100% nigdy się nie dowiemy. Niemniej w XX w. na poważnie badaniem tajemniczej postaci Jana z Kolna zajął się historyk geografii - Bolesław Olszewicz. Próbował on dowieść, że łacińskiej formy Scolvus nijak nie można przerobić na Scolnus. Gdyby Jan rzeczywiście był Polakiem autorzy tamtych czasów powinni go określać mianem Joannes Polonus, Joannesa de  Colno albo Joannesa Colnensis. Oprócz tego nie ma dowodów, że taka postać istniała naprawdę. Wiele wskazuje na to, że tamtą wyprawą z ok. 1476 r. kierowali Niemcy, a ów Scolvus był jedynie sternikiem jednego z okrętów. Co więcej, są również przesłanki ku temu, żeby twierdzić, iż tamta ekspedycja dotarła jedynie do Grenlandii, o czym już sobie mówiliśmy. Gdyby zatem Jan z Kolna był Polakiem to i tak dopłynięcie do tej wyspy nie byłoby nawet na tamte czasy niczym niezwykłym.



Jan z Kolna - źródło inspiracji

Nie dziwi chyba nikogo z nas fakt, że ów tajemniczy żeglarz i odkrywca stał się inspiracją m.in. dla ludzi świata literatury i kultury. Jednym z przykładów jest dzieło Stefana Żeromskiego "Wiatr od morza", w którym pojawia się także postać Jana z Kolna. Żeglarza znajdziemy też uwiecznionego na grafice (np. autorstwa Artura Szyka) i w rzeźbie (np. dłuta Sławomira Lewińskiego). Pisali o nim także poeci, jak np. Hieronim Derdowski.



Portret Jana z Kolna autorstwa Artura Szyka, fot. wikimedia

Dodajmy jeszcze, że Jan z Kolna patronuje wielu ulicom polskich miast, nie tylko w Kolnie :)


Wyłuskajmy małą naukę - tradycyjnie

Można powiedzieć, że póki co pierwszymi Polakami w Ameryce, oficjalnie potwierdzonymi, są osadnicy, którzy przybyli tam ok. 100 lat po rzekomej wyprawie Jana z Kolna. Tak czy inaczej, pamięć o Janie jest bardzo żywa i działa na wyobraźnie artystów i nie tylko.


Baśnie i legendy są czymś bardzo ważnym dla historii. I historycy stają czasami przed dość niewdzięcznym zadaniem, które polega na wydobywaniu faktów z tego, co jest w swojej ogólnej postaci tylko fikcyjną opowieścią. Wtedy może się nam wydawać, że historyk gasi coś, co jest także piękne w historii.


Z dzisiejszego spotkania z historią wyłuskajmy może przede wszystkim jedną naukę: czasem może być inaczej niż nam się wydaje. To może działać we dwie strony. Z jednej strony to, co uważamy za fakt niepodważalny, może przy odrobinie wysiłku badawczego, okazać się mitem albo przynajmniej półprawdą. Z drugiej zaś strony to czego nigdy byśmy chyba za prawdę nie uznali, może być w rzeczywistości czymś absolutnie realnym.


I to właśnie, przenikające się nawzajem tajemniczość i realizm, głęboko wpisują się w istotę historii i sprawiają, że jest ona tak wspaniałą dziedziną wiedzy.