Czyli m.in. o tym, że z nieszczęścia można czasem wyprowadzić nieszczęśliwe szczęście
Ella Evans Harper urodziła się w 1870 r. w amerykańskim stanie Tennessee. Przyszła na świat z wyjątkowym schorzeniem - jej kolana zginały się w drugą stronę. Wydawało się, że dla jej rodziny i dla niej samej będzie to cios nie do udźwignięcia, tymczasem okazało się, że rodzący się nurt rozrywkowy pozwolił jej na ciekawe życie. Było to jednak nieszczęśliwe szczęście...
foto: Ella Evans Harper, wikimedia w domenie publicznej
Trzeba odnotować, że w XIX w. w USA popularne stały się występy tzw. "dziwadeł", dzięki którym ludzie z różnymi defektami ciała mieli szansę na zarabianie i godne życie, na co zapewne nie mogliby liczyć poza cyrkiem. Jednym z takich "dziwadeł" była właśnie Ella.
Przez ok. cztery lata Ella była prawdziwą gwiazdą cyrkową. Nierzadko występowała z wielbłądem, dlatego nadano jej przydomek "Dziewczyny Wielbłąda". Po tych czterech latach, uwielbiana przez jednych i krytykowana przez drugich, postanowiła zakończyć karierę, oddać się studiom i rozpocząć normalniejsze życie.
Straciła ojca w tragicznych okolicznościach. W 1905 r. została żoną. Mała córeczka jednak zmarła, podobnie jak później córeczka adoptowana. Na dodatek po pewnym czasie Ella zachorowała na raka i zmarła mając 51 lat w 1921 r.
Wydaje mi się, że jesteśmy w stanie przywołać więcej historii, w których z jakiegoś nieszczęścia ktoś wyprowadza szczęście. Historia Elli, dość tragiczna, pokazuje jednak sytuację, kiedy z nieszczęścia rodzi się szczęście, które jednak okazuje się nieszczęśliwe. To dlatego Ella, będąc u szczytu cyrkowej sławy, decyduje się na powrót do normalnego życia, o które w jej przypadku nie było łatwo, bo była widziana jako wybryk natury, ktoś nienormalny. Pozostaje jednak pytanie: czy kariera cyrkowa rzeczywiście dawała Elii prawdziwe szczęście, czy była tylko jego atrapą?
Historia Elli pokazuje jeszcze coś: ta kobieta uznawana za "dziwadło", różniła się od ludzi zwyczajnych w zasadzie jedynie tym, że jej kolana zginały się w drugą stronę. Ileż to razy my ludzie wyśmiewamy kogoś czy określamy jako zupełnie nienormalnego, podczas gdy ich inność wynika z prozaicznej kwestii. A może właśnie ta inność paradoksalnie jest tym, co przynosi powód do chluby i może być wykorzystane do pięknych celów. A tak przy okazji: według Biblii słowo "Święty", którym często określany jest Bóg, można rozumieć jako inny.
Podsumowując, to co wiemy o życiu Elli Harper to przestroga przed tym, żeby nikogo nigdy nie skreślać. Jest to jednocześnie zachęta, aby w faktycznych czy rzekomych odmiennościach innych, widzieć ich zalety, a nie wady. Oczywiście jeśli ta inność wynika z grzechu, to nie można widzieć w niej dobra, ale jeśli jest po prostu neutralna, najprawdopodobniej może też okazać się zaletą, a nie wadą.
Witam Was w drugim i ostatnim tegorocznym wpisie wakacyjnym!
Znacie faraona Pepiego II? Dziś o nim trochę.
Już niebawem dzieci i młodzież, a także wielu dorosłych, czeka powrót do pracy i szkoły. Niektórzy może czekają z utęsknieniem na nowy start, bo już się nie mogą doczekać spotkania z kolegami i koleżankami, inni może chętnie spędziliby jeszcze trochę czasu na wolnym. Tymczasem zbyt długi czas nie musi przełożyć się na późniejsze sukcesy. Chciałbym to przypomnieć na przykładzie faraona egipskiego Pepiego II, choć potraktujmy go jedynie jako symbol.
Pepi II rządził prawdopodobnie w latach:
2245-2180 p.n.e. (Schneider)
2279-2219 p.n.e. (Kwiatkowski)
2246-2152 p.n.e. (Tiradritti / De Luca).
Nie ma zatem zgodności między badaczami, ale trudno, żeby była, skoro ten gość żył naprawdę dawno. Co ciekawe i najważniejsze, przez niektórych Pepi II jest uznawany jako najdłużej panujący władca w całej historii świata! Mógł rządzić nawet 94 lata (!!!), bo podobno wstąpił na tron mając tych lat 6, a potem dożył sobie sędziwego, zwłaszcza jak na tamte czasy, wieku 100 lat.
Nie będziemy tutaj wchodzić w szczegóły dotyczące Pepiego II, których w sumie i tak zbyt wielu nie znamy, ale skupimy się na skutkach długiego panowania jednego z ostatnich faraonów VI dynastii tzw. Starego Państwa.
Niezależnie od tego czy Pepi II rządził 94 lata, czy trochę krócej, to było zapewne długie panowanie. W wyniku tego administracja państwowa uległa skostnieniu, a poszczególni możni panowie byli niemal samodzielnymi władcami lokalnymi. Rywalizacja między możnowładcami pogłębiła się jeszcze z chwilą śmierci faraona, gdyż rozpoczęła się walka o władzę.
Generalnie egiptolodzy są zdania, że za Pepiego II Egipt podupadł politycznie i gospodarczo, a faraon został pochowany w południowej Sakkarze w piramidzie noszącej jego imię. Sakkara to miejsce, gdzie byli grzebani władcy Starego Państwa.
Piramida Pepiego II, fot. Autorstwa Jon Bodsworth - http://www.egyptarchive.co.uk/html/saqqara_pyramids_08.html, Copyrighted free use, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1363766
I jaka z tego wszystkiego płynie dla nas nauka u schyłku wakacji i na progu nowego roku szkolnego? Nie oceniam i nie oskarżam Pepiego II o bezczynność, bo nie był bezczynny. Utrzymywał kontakty handlowe, prowadził też kampanie wojskowe, itp. Niemniej jednak jakoś tak mi się skojarzyło, że jego długie panowanie i nie najlepsze oceny historyków mogą nas nauczyć tego, że zbyt długie wakacje pożytku nam nie przynoszą. Następuje skostnienie i potem jeszcze trudniej powrócić do pracy.
Pepi II, fragment rzeźby z Brooklyn Museum of Art w Nowym Jorku, fot. Autorstwa Keith Schengili-Roberts - Praca własna (photo), CC BY-SA 2.5, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1625227
W związku z tym poniższy filmik niech będzie dla nas wszystkich zachętą do wytężonej pracy i stawiania na jakość, nie ilość, bo w pracy też można "zbyt długo panować" ;)
Życzę Wam wszystkim udanego wejścia w nowy rok nauki i pracy; proszę o komentarz w temacie powyższego jeszcze wakacyjnego odcinka.
Chodzi o to, że w czasie wakacji, ale nie tylko, czasami odwiedzamy miejsca, w których rzekomo straszy. Jedni panicznie boją się takich miejsc, inni znów śmieją się z tego kompletnie w to nie wierząc. Jaka jest prawda? Sprawa jest dość oczywista, choć często o tym zapominamy.
Kościół katolicki jasno podaje, że istnieje Trójca Przenajświętsza, a w niej obok Ojca i Syna, także Duch Święty. No właśnie, Duch Święty.
Poza tym istnieją inne duchy zwane aniołami, które mają inteligencję, wolną wolę, są nieśmiertelne i osobowe. Nie mają ciała, a więc są duchami.
Istnieją ponadto duchy upadłe, czyli tzw. diabły. One też kiedyś były piękne i nieskalane, ale sprzeciwiły się Bogu i zdradziły Miłość.
I wreszcie są jeszcze duchy świętych i dusz czyśćcowych, które mogą nawiedzać człowieka i np. poprosić o coś, przykładowo o modlitwę. Co do nich Kościół nie wypowiedział się jednoznacznie, ale Tradycja Kościoła nie neguje licznych wizyt nadprzyrodzonych gości w naszej rzeczywistości.
Znamy bardzo wiele przypadków odwiedzin wśród ludzi zarówno świętych, dusz czyśćcowych jak i diabłów oraz aniołów.
Czy zatem opowieści wakacyjne o duchach, które rzekomo straszą w jakichś opuszczonych zamczyskach są prawdziwe? Na bazie powyższych treści możemy śmiało powiedzieć, że tak. Jeśli już tam się zjawiają, to najprawdopodobniej są to albo diabły albo dusze w czyśćcu cierpiące.
Jakie jest najlepsze rozwiązanie w tej sytuacji. Na pewno bardzo niezdrowe jest szukanie sensacji i igranie z duchami, a już zupełnie niedopuszczalne jest wywoływanie duchów. Najbezpieczniejsza jest modlitwa, szczególnie kapłana, który wzywając Bożego Imienia nad takim miejscem, gdzie straszy, może odciąć działanie tam świata nadprzyrodzonego. A jeśli tam przychodziła dusza czyśćcowa, może dostać się do nieba.
Życzę Wam wszystkim udanych wakacji i proszę o komentarz w temacie powyższego wakacyjnego odcinka.
Czyli m.in. o tym, że nie ma nic cenniejszego nad Miłość Bożą
W ostatnim dniu czerwca w Kościele rzymskokatolickim przypada wspomnienie Świętych Pierwszych Męczenników Rzymskich. To upamiętnienie tych wszystkich, którzy w ciągu trzech pierwszych wieków chrześcijaństwa oddali swoje życie za Chrystusa w Rzymie. Tych ludzi, chrześcijan, były tysiące.
Męczennicy w katakumbach (mal. J. E. Lenepveu, 1855), foto z Wikipedii w domenie publicznej
Gdy tak spokojnie zastanowimy się nad ich postawą to da nam ona wiele do myślenia. Pamiętajmy, że również współcześnie bardzo wielu wyznawców Chrystusa oddaje życie za swojego Mistrza. To nas w sposób naturalny prowadzi do pytania czy nas stać byłoby na taki heroizm? I drugie pytanie: Czy można się zdobyć na taką postawę, gdyby Bóg nie istniał?
Moje zdanie w tym temacie jest jednoznaczne: tylko istniejący rzeczywiście Bóg jest w stanie uzdolnić człowieka do takiej postawy, postawy heroizmu i postawienia wszystkiego na Chrystusa.
Przykładowo w Biblii mamy życiorysy Apostołów, którzy przez długi czas nie byli herosami. Dopiero po Zesłaniu Ducha Świętego, Bóg uzdolnił ich do takiej przemiany, która pozwalała im z odwagą głosić Jezusa. Co więcej, cierpiąc radowali się, że mogą znosić prześladowania dla Jezusa.
Zapewne można sobie ten fenomen tłumaczyć na różne sposoby, również na gruncie psychiki, ale tak naprawdę tylko Bóg jest odpowiedzią.
A jakie jest Wasze zdanie? Czy Wy bylibyście w stanie oddać życie za Jezusa? Jak bardzo Go kochacie?
Chrześcijanie to bez wątpienia najbardziej logiczni ludzie na świecie. Jednocześnie najbardziej racjonalni. Sporo trzeba się nagimnastykować, żeby nie wierzyć w Boga.
Posąg i relikwiarz bł. Carlo Acutisa na Filipinach, foto Autorstwa LubGua987 - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=117514769
Być może znamy albo przynajmniej słyszeliśmy o bł. Carlo Acutisie. To Włoch, jedna z młodszych osób wyniesionych w historii na ołtarze. Mimo młodego wieku, zrobił bardzo wiele i miał bardzo rozsądne podejście do życia. Od czasu Pierwszej Komunii Św. każdego dnia uczestniczył we Mszy św., adorował Pana Jezusa, odmawiał różaniec, co tydzień chodził do spowiedzi św., itp.
Znany jest przede wszystkim z tego, że ewangelizował w internecie, choć w jego czasach internet jeszcze nie był aż tak bardzo rozwinięty jak teraz. Był m.in. autorem stron internetowych o Cudach Eucharystycznych i świętych katolickich.
Choć zmarł na białaczkę w wieku zaledwie 15 lat, jego życie nie było zwyczajne i bezowocne. Przeciwnie: sam mawiał, że nie możemy umierać jako "kserokopie". Poza tym był przekonany, że współcześnie jesteśmy paradoksalnie jeszcze większymi szczęściarzami niż ludzie żyjący w czasach Pana Jezusa, gdyż oni, żeby Go dotknąć, musieli się przemieszczać, co wtedy szczególnie nie było łatwe. My natomiast mamy Boga na wyciągnięcie języka; dosłownie, bo jeśli tylko jesteśmy w stanie łaski uświęcającej, nawet codziennie możemy Go przyjmować do naszych serc. To wielka sprawa, której chyba nie doceniamy. Acutis mawiał też, że mamy pod domem Jerozolimę, bo Pan Jezus jest w każdym kościele w tabernakulum rzeczywiście obecny.
Do czego zmierzam? Do tego, od czego wyszedłem, że wiara w Chrystusa to bardzo logiczna i zdroworozsądkowa postawa życiowa. Wynika to m.in. z:
- gdy się tak szczerze zastanowimy nad otaczającym nas światem to przecież bez trudu uzmysłowimy sobie, że gdyby nie Bóg, to skąd to wszystko by się wzięło; odpowiedzcie, proszę w komentarzu, skąd? Macie jakąś logiczną odpowiedź? ;) Powiedzmy sobie szczerze: poza Bogiem nikt nie ma logicznej odpowiedzi;
- nauka zbadała i potwierdziła do dziś wiele Cudów Eucharystycznych, kiedy to z po ludzku niewyjaśnionych przyczyn Hostia zmieniła się w kawałek mięśnia sercowego, mięśnia w agonii; macie jakieś logiczne wyjaśnienie poza Bogiem? Bądźmy szczerzy: nikt nie ma poza Bogiem;
- a uznane objawienia, egzorcyzmy, itd? Czasami niewierzący zarzucają wierzącym, że skoro nie można w 100 proc. dowieść, że Bóg istnieje, to wobec tego wiara jest mitem. Wielu wierzących daje się nabrać na takie postawienie sprawy, a tymczasem istnienie Boga jest pośrednio udowodnione przez naukę, akceptującą niedające się po ludzku wyjaśnić wydarzenia; bezpośrednio zaś przez odczucia i przekonania ludzi, którzy w swoim sercu doświadczyli Boga. Tymczasem to nie wierzący powinni racjonalizować swoją wiarę, bo ona jest racjonalna, ale spcetpcy winni dowodzić, dlaczego nie akceptują naukowych badań i takich zdarzeń, jak choćby Cuda Eucharystyczne, itp. Bądźmy szczerzy: niewierzący muszą się natrudzić i nagimnastykować, a prawda jest najbardziej oczywista w świecie: BÓG ISTNIEJE!!!
To takie właśnie nauki płyną z tego odcinka. Wszystko co wyżej napisałem wypływa z wielkiej miłości do wszystkich, wierzących i niewierzących. Wszyscy jesteśmy dziećmi jednego Boga i jednym z największych marzeń Jezusa jest, abyśmy byli jedno.
Naprawdę, szkoda życia na brak wiary, a nie dość, że to psuje życie ziemskie, to jeszcze naraża na utratę życia wiecznego. A tego nikt, na czele z Bogiem, nie chce. To tylko człowiek ma prawo wyboru.
A Ty już wybrałaś/eś?
Dziękuję za uwagę i do następnego miłego poczytania.
Czyli m.in. o tym, że "dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego" (Łk 1,37)
To po prostu nie miało się prawa wydarzyć. W 1983 r. jeden z najbardziej morderczych ultramaratonów świata (z Sydney do Melbourne; 875 km) został wygrany przez... rolnika, farmera. Człowiek ten, który nazywał się Cliff Young, pokonał zawodowców o dwa dni. Przebiegł dystans w ciągu 5 dni. Jak to możliwe???!
Cliff Young w biegu, Autorstwa Vasilijem113-12 - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=32431240
Okazało się, że Young jako farmer wiele dni, nawet ze trzy, biegał po polach za owcami. Pomyślał, że skoro tyle się udawało, to da radę przebiec jeszcze kilka dni więcej.
Gdy zjawił się do zapisów, aby wziąć udział w biegu, chyba nikt nie traktował poważnie jego kandydatury. Dodajmy, że mężczyzna zjawił się w rolniczych butach - gumiakach. Tymczasem jednak on dopiął swego i wystartował, nie mając zupełnie profesjonalnego stroju; tylko buty przywdział sportowe, a reszta to strój farmera.
Prawdopodobnie na skutek pomyłki, po pierwszym dniu biegu, który zdecydowanie przegrał z młodszymi rywalami (oni mieli zazwyczaj poniżej 30 lat, a on już ponad 60!), kolejnego dnia wstał po bardzo krótkim śnie i wybiegł na trasę zdecydowanie przed rywalami. I w kolejnych dniach już tylko zwiększał swoją przewagę. O śnie prawie nie myślał, bo nie wydawał mu się on potrzebny.
Koniec końców jak wiemy zwyciężył. Nawet nie wiedział, że czekała na niego nagroda finansowa! Postanowił ją podzielić między 5 kolejnych zawodników, których uznawał za lepszych od siebie, choć oczywiście ten wyścig z nim przegrali.
Jego styl biegania, początkowo wyśmiany, został później od jego nazwiska określony jako Young Shuffle (Powłóczenie nogami Younga). Uznano go za bardzo ergonomiczny.
Zachęcam też do obejrzenia poniższego filmiku, żeby dowiedzieć się więcej:
Historia Younga to oczywiście materiał na świetny film albo książkę i pewnie takie powstały, zwłaszcza w Australii. Myślę, że stosunkowo nietrudno wyciągnąć naukę z tej opowieści. Człowiek niedoceniany początkowo, odnosi sukces; brzydkie kaczątko przeobraża się w pięknego łabędzia. Poza tym upór i choćby nawet nieudolne wykonywanie zadania, ale w sposób efektywny, przynosi ostatecznie sukces. Pewnie jeszcze inne nauki spokojnie damy radę z tej historii wyciągnąć.
Dla mnie jednak Cliff Young jest człowiekiem, który udowadnia swoją postawą, że Pan Bóg istnieje. Jeśli nawet nie tyle poprzez swoją postawę sportową, to na pewno jako symbol człowieka, który pomimo różnych zmagań, szczęśliwie dociera do celu, bo wierzy, że z Bożą pomocą mu się uda: dla nas chrześcijan tym celem jest Niebo.
Na koniec dodam, że pewnego razu słyszałem też historyjkę, opowiadaną przez pewnego zakonnika, o babci, która szybciej dotarła na szczyt niż dwaj chłopcy. Jak to się stało? Podczas gdy oni ją zlekceważyli i od czasu do czasu urządzali sobie przystanki w drodze na szczyt, ona nieustannie dreptała. I gdy im wydawało się, że jeszcze mają czas, w pewnym momencie zorientowali się, że starsza kobiecina już przekroczyła metę.
A czy Ty, w historii Twojego życia, masz wyznaczony cel i czy wytrwale dążysz do jego realizacji? Czy jesteś bardziej zawodowcem, czy Cliffem Youngiem? Albo czy jesteś młodzieńcem, czy starszą kobieciną z powyższej historyjki?
Czyli m.in. o tym, że jest coś więcej niż czubek naszego nosa
Wojna. To słowo przewija się niemal wszędzie. Słyszymy, czytamy, piszemy, mówimy o wydarzeniach, jakże tragicznych, które mają miejsce na Ukrainie.
fot. pixabay.com
Wiemy dobrze, że jednym z miast ukraińskich, które najmocniej ucierpiały na skutek działań wojennych, jest Mariupol. Pewnie wielu z nas albo większość wie, że to miasto ze swej nazwy jest po prostu: miastem Maryi. Ktoś może powie, że z racji jego ważnego położenia jest ono ważnym obiektem do zdobycia i nic więcej. Ja jednak, podobnie jak wielu obserwatorów, jestem wprost przekonany, że to nie o dane położenie chodzi w pierwszej kolejności, ale o sprawy duchowe.
Każda wojna, a szczególnie to co na naszych oczach dzieje się na Ukrainie, to dowód na to, że rzeczywistość, która nas otacza, jest zdecydowanie bogatsza niż ta, którą uznają tzw. ateiści. Tego typu zdarzenia są straszliwą manifestacją sił zła. Przywódcy, żołnierze to nie wszystko; zdecydowanie groźniejsze są siły, z ramienia których oni działają - moce zła. Paradoksalnie zło samo sobie strzela w kostkę, bo emanując swoimi działaniami ułatwia przekonanie o swoim istnieniu; choć z drugiej strony mimo to nie wszyscy w to wierzą, co Bóg przez proroka Izajasza już przewidział (por. Iz 6; https://biblia.deon.pl/2010/rozdzial.php?id=478&werset=3#W3).
W związku z powyższym ludzkie działania są arcyważne, ale zdecydowanie nie wolno na nich poprzestawać. My jako wierzący mamy zdecydowanie potężniejszy oręż, a są nim modlitwa, pokuta, ofiara, itp. Matka Boża w Fatimie wyraźnie mówiła, że aby Rosja się nawróciła, potrzebne jest zawierzenie jej Niepokalanemu Sercu Maryi. To się dokonało w 1984 r. i niedawno 25 marca br. Maryja prosiła też o codzienną modlitwę różańcową, pokutę i nabożeństwo 5 pierwszych sobót miesiąca. Bez tego, bez tego oręża, nigdy nie odniesiemy prawdziwego zwycięstwa nad siłami zła, bo my nie walczymy z ludźmi, ale stajemy oko w oko z diabłem, naszym odwiecznym przeciwnikiem, tym, który dzieli. Nie stajemy sami, ale właśnie z Bogiem, Maryją i całymi zastępami świętych, błogosławionych i aniołów.
Zachęcam też do lektury jednego z pierwszych tekstów na blogu, które tej tematyce był poświęcony:
Jeszcze mi się nasunęła taka analogia: jeśli chcemy pokonać złych ludzi bez odniesień do spraw duchowych to tak, jakbyśmy leczyli człowieka z choroby bez dobrej diagnozy albo faszerowali go jedynie lekami przeciwbólowymi, bez likwidacji prawdziwej przyczyny choroby i bólu. W świecie ludzie źle czyniący to jedno, ale siły zła, któremu się poddali, to co innego. To zło jest bezpośrednim źródeł wszelkiego zła. Pamiętajmy o tym.
Aby jeszcze bardzo utwierdzić nas w przekonaniu, że czubek naszego nosa to nie wszystko, przypominam o niezwykłym zdarzeniu, które zaobserwowano w Moskwie niedługo po wybuchu wojny na Ukrainie. Otóż Ikona Matki Bożej Łagodzącej Złe Serca, która znajduje się w głównej cerkwi rosyjskich sił zbrojnych, zaczęła płakać krwawymi łzami. Obejrzycie sobie poniższy materiał. Serdecznie polecam!
Poza tym niedługo przed atakiem Rosji na Ukrainę krwawą ciecz zaobserwowano również na twarzy figury św. Michała Archanioła, patrona Kijowa, która znajduje się w Kolorado.
Dodam jeszcze, że widziałem też nagranie, na którym w trakcie modlitwy o pokój w jakimś miejscu na Ukrainie w trakcie nabożeństwa do świątyni wleciał gołąbek i usiadł nad ołtarzem na oczach wszystkich.
I jeszcze ciekawostka: nie wiem czy wiecie, że Putin urodził się 7 października 1952 r. Tego dnia przypada wspomnienie Matki Bożej Różańcowej. Według mnie to nie jest przypadek, ale dowód na to, że nawet Putin jeszcze nie jest totalnie przegrany duchowo, mimo ogromu czynionego zła. Zresztą odsyłam do tekstu o Stalinie na tym blogu, który w tym momencie jest najczęściej czytanym artykułem blogowym >>>.
Nie wiem jak Wy, ale ja nie mam wątpliwości, że dobro i zło istnieją nie tylko jako piękne metafory, ale jako rzeczywistości realne, a przede wszystkim jako istoty. Mamy kochającego Boga Ojca, ale jest też zły duch, szatan, wróg Boga i ludzi. To z jeszcze większą mocą uświadamiamy sobie w kontakcie z okrucieństwem wojny.
Z drugiej jednak strony te wydarzenia jeszcze dobitniej pokazują, że przede wszystkim niezwykły jest Bóg, który obdarzył ludzi dobrą wolą i choć oni mogą nawet wybierać zło, nic nie wymyka się spod kontroli Boga. Dobro już wygrało, choć zupełnie niesłusznie wydaje się, że jest odwrotnie. To kłamstwo zła, a prawda jest jedna: Bóg zwyciężył i jeśli Jego się trzymamy, też jesteśmy zwycięzcami.
W tym temacie polecam też serię na blogu Biblijny Raban:
Chciałbym ten materiał zakończyć wymownym cytatem z Listu św. Pawła do Efezjan (Ef 6,10-20):
10 W końcu bądźcie mocni w Panu - siłą Jego potęgi. 11 Obleczcie pełną zbroję Bożą, byście mogli się ostać wobec podstępnych zakusów diabła. 12 Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich3. 13 Dlatego weźcie na siebie pełną zbroję Bożą, abyście w dzień zły zdołali się przeciwstawić i ostać, zwalczywszy wszystko. 14 Stańcie więc [do walki] przepasawszy biodra wasze prawdą i oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość4, 15 a obuwszy nogi w gotowość [głoszenia] dobrej nowiny o pokoju5. 16 W każdym położeniu bierzcie wiarę jako tarczę, dzięki której zdołacie zgasić wszystkie rozżarzone pociski Złego. 17 Weźcie też hełm zbawienia i miecz Ducha, to jest słowo Boże6 - 18 wśród wszelakiej modlitwy i błagania. Przy każdej sposobności módlcie się w Duchu! Nad tym właśnie czuwajcie z całą usilnością i proście za wszystkich świętych 19 i za mnie, aby dane mi było słowo, gdy usta moje otworzę, dla jawnego i swobodnego głoszenia tajemnicy Ewangelii, 20 dla której sprawuję poselstwo jako więzień, ażebym jawnie ją wypowiedział, tak jak winienem.
A czy ja dostrzegam w wojnie na Ukrainie i wszystkich wydarzeniach przejawy dobra i zła, a przede wszystkim Bożej Opatrzności?