sobota, 15 czerwca 2019

#65 Historia nauczycielką życia | 38 minut i 500 ofiar - historia najkrótszej wojny w dziejach

Czyli m.in. o tym, jak w niecałą godzinę lekcyjną załatwiono sprawę


Niezwykle krwawymi zgłoskami zapisały się w historii szczególnie dwie wielkie wojny światowe. Pochłonęły niezliczone wręcz masy ludzi i spowodowały mnóstwo zniszczeń. Ogrom dewastacji spotęgowany był przede wszystkim bardzo długim trwaniem tych konfliktów. Ponadto znamy z kart historii również takie konflikty, które kojarzymy m.in. przez pryzmat przedziału czasowego ukrytego w ich nazwach; są to np. wojna stuletnia (1337-1453), wojna trzynastoletnia (1454-1466), wojna trzydziestoletnia (1618-1648), wojna sześciodniowa (5-10 czerwca 1967). O ile już wojna trwająca sześć dni wydaje nam się nadzwyczaj krótka w zestawieniu z pozostałymi przykładami, o tyle wcale nie jest najkrótszą oficjalnie znaną wojną w całej historii. Na czele tej listy znajduje się to, co wydarzyło się 27 sierpnia 1896 r. na kontynencie afrykańskim. Ten konflikt trwał zaledwie... 38 minut, ale pochłonął aż pół tysiąca istnień ludzkich.


Sułtanat Zanzibaru - trochę egzotyczne państwo

Zanzibar znany jest współcześnie jako miasto leżące w południowo-wschodniej Afryce, na wyspie o tej samej nazwie. Jest trzecim co do wielkości miastem Tanzanii. Niegdyś istniało państwo - Sułtanat Zanzibaru. Nie będziemy się tutaj szczegółowo wgryzać w dzieje tego dla nas dość egzotycznego organizmu państwowego, ale na potrzeby naszego dzisiejszego spotkania z historią wystarczy wspomnieć, że od 1886 r. do 1963 r. kontrolę nad Zanzibarem sprawowali Brytyjczycy.

Jak oczywiście nietrudno się domyślić, na tronie sułtanatu zasiadali sułtanowie. 25 sierpnia 1896 r. w wyniku użycia siły nowym sułtanem został niejaki Khalid bin Barghash Al-Busaid, który zastąpił zmarłego poprzednika. Brytyjczykom nieszczególnie podobał się ten nowy człowiek na zanzibarskim tronie. Chyba jego głównym mankamentem było sympatyzowanie z Cesarstwem Niemiec. Co więcej poprzednik Al-Busaida, sprzyjający Brytyjczykom, wyznaczył przed śmiercią następcę, a na dodatek Anglicy mieli prawo na mocy specjalnej umowy mianować kolejnych sułtanów, więc dni uzurpatora na tronie wydawały się policzone.

Sułtan uzurpator
Khalid bin Barghash Al-Busaid, fot.
Bundesarchiv, wikimedia na licencji CC BY-SA 3.0 de
Szybko i skutecznie

Mówiąc krótko, Al-Busaid dostał proste ultimatum: albo do 9 rano dnia 27 sierpnia 1896 r. ustąpisz ze stołka, albo marny twój los (to parafraza, ale o to chodziło ;). Sułtan pozostał nieugięty, więc Brytyjczycy wkroczyli do akcji. Po dwóch stronach barykady stanęły siły brytyjskie i zanzibarskie. Zaczęło się od wypowiedzenia wojny Zanzibarowi przez Wielką Brytanię, potem zmagania zbrojne i podpisanie pokoju. I to wszystko zmieściło się w zaledwie tych 38 wspomnianych minutach!

Al-Busaid zgromadził całkiem spore siły, ale wynik konfrontacji z potężnymi Anglikami zdawał się być przesądzony, oczywiście na korzyść Europejczyków. Co ważne, Brytyjczykom wcale nie zależało na krwawym zaprowadzaniem porządku w Zanzibarze, więc maksymalnie odwlekali godzinę ataku i negocjowali. Uzurpator jednak ani myślał o zrzeczeniu się stanowiska. A zatem zaczęło się!

Brytyjskie okręty zaczęły ostrzeliwać ląd, osłaniając napór sił lądowych. Sułtan-uzurpator bardzo szybko musiał opuścić swój pałac straszliwie niszczony przez siły europejskie. Postanowił schronić się u konsula niemieckiego i osiadł w Niemieckiej Afryce Wschodniej, tzw. Tanganice. Co się odwlecze, to (dosłownie w tym przypadku) nie uciecze. Al-Busaid dostał się w ręce Brytyjczyków, gdy ci w trakcie I wojny światowej zajęli tereny w Afryce do tej pory należące do Niemiec.
Pałac sułtana zniszczony przez Brytyjczyków, fot. w domenie publicznej, wikimedia
Trudno nawet porównywać straty w ludziach po obu stronach konfliktu: podczas gdy tylko jeden Brytyjczyk został ranny, aż 500 żołnierzy walczących dla Zanzibaru zginęło. Zanzibarczycy na dodatek utracili jacht HHS "Glasgow". Musieli też uiścić kwotę reparacji wojennych w ramach żołdu brytyjskim żołnierzom. Koniec końców Zanzibar pozostał pod panowaniem Anglików aż do uzyskania niepodległości w 1963 r. kiedy wszedł w skład nowego państwa o nazwie Tanzania.

Tylko i aż 38 minut

Opisany pokrótce oficjalnie najkrótszy konflikt w dziejach jest doskonałą nauczką/nauką płynącą z historii. To jasne, że konflikt trwał obiektywnie rzecz ujmując niedługo: mniej niż godzina lekcyjna. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę aż pół tysiąca poległych żołnierzy to okaże się, że były to stosunkowo duże straty jak na tak krótki odcinek czasu: 500 unikalnych istnień ludzkich odeszło z tego świata. To jest przykład pewnej względności historii, w której jak wiadomo nie od dziś czas odgrywa znaczącą rolę. Czasami coś co wydaje się niewielkim w innym kontekście oznacza jednak coś znacznego. Trudno powiedzieć tak na 100% kiedy coś należy uznać za "tylko", a kiedy za "aż".

Brytyjscy żołnierze piechoty morskiej stojący przy zanzibarskiej armacie (po zdobyciu pałacu sułtana), fot. w domenie publicznej, wikimedia
Z tej historii można wyciągnąć wiele nauk, ale ta powyżej wyłuskana niech będzie dla nas dzisiaj tą główną, żebyśmy na każde wydarzenie historyczne patrzyli z różnych punktów widzenia i starali się możliwie najbardziej miarodajnie ocenić je i ukazać we właściwym świetle: ani nie przesadzonym, ani nie puszczonym mimochodem.

Zapraszam też do lektury starszych tekstów na Historii nauczycielce życia >>>. Jeśli interesuje Was szczególnie historia XIX w. to zapraszam tutaj >>>, tutaj >>> albo tutaj >>>.

Bibliografia wpisu:

1. 
29 dziwnych faktów historycznych, o których istnieniu nigdy nie słyszałeś w szkole. #9 przerażający;
2. Najkrótsza wojna w historii - starcie Anglii z Zanzibarem;
3.
Najkrótsza wojna w historii świata;

sobota, 25 maja 2019

#64 Historia nauczycielką życia | Korona królów - historia wisząca na włosku

Czyli m.in. o tym, że w historii czasami wielki ciężar wisi na włosku


Wszyscy, a szczególnie miłośnicy historii, znamy chyba to intro:


Wierni fani serialu "Korona królów" zapewne emocjonują się kolejami losu króla Kazimierza i innych bohaterów serialu. Choć oczywiście wiemy jak to wszystko potoczyło się w historii, to jednak oglądając serial możemy przeżywać radości i smutki polskiego króla, w którym rozgrywa się wewnętrzna walka z powodu ścierających się z sobą sfer: sukcesów polityczno-gospodarczych i niepowodzeń w życiu osobistym.

Tytuł tego posta może sugerować, że tą historią wiszącą na włosku są właśnie starania króla o męskiego potomka, któremu mógłby przekazać koronę. Ja jednak chciałbym się cofnąć nieco w dziejach Polski i dotknąć historii, która swego czasu trochę dała mi do myślenia.


Kazimierz Wielki - syn Władysława, syna Kazimierza, syna...

Wiemy dobrze, że król Kazimierz III Wielki był synem Władysława I Łokietka. Prawdopodobnie mniej osób wie, że ten z kolei był synem Kazimierza I Konradowica (zwanego też Kujawskim); Konradowica, gdyż jego ojcem był Konrad I Mazowiecki. Tak, ten Konrad "od Krzyżaków". Wybaczcie tę może przydługą genealogię; już zaraz kończymy :) Ojcem Konrada I był natomiast Kazimierz II Sprawiedliwy, najmłodszy syn Bolesława III Krzywoustego. Nie będziemy brnąć dalej, ale przy okazji zachęcam Was do lektury tekstu o dość niezwykłych narodzinach Bolesława III >>>, ale to już inna opowieść. I właśnie w tym momencie dotarliśmy do sprawy, która jak wiecie zainspirowała mnie swego czasu do pewnej refleksji.

Kazimierz II Sprawiedliwy, fot. wikimedia (domena publiczna)
Bolesław III Krzywousty najczęściej kojarzony jest ze swoim testamentem, w którym podzielił swoje państwo pomiędzy synów: Władysława, Bolesława, Mieszka i Henryka. No dobra, a gdzie najmłodszy Kazimierz? - słusznie ktoś zapyta. Fakt nieuwzględnienia Kazimierza w testamencie jego ojca w opinii wielu historyków należy uznać za dowód tego, że najmłodszy Bolesławowic był pogrobowcem, czyli dzieckiem urodzonym po śmierci ojca. Niektórzy sądzą jednak, że w chwili śmierci księcia Bolesława Krzywoustego w 1138 r. Kazimierz zwany później Sprawiedliwym przyszedł już na świat i był niemowlęciem. Tak czy inaczej jego pozycja wśród braci po śmierci ojca nie prezentowała się okazale, mówiąc oczywiście bardzo delikatnie.

Od zera do lidera

Podczas gdy starsi bracia toczyli mniejsze i większe potyczki o władzę w poszczególnych dzielnicach i zwierzchnictwo nad pozostałymi, mały Kazimierz najpierw prawdopodobnie wychowywany był pod okiem matki Salomei, a po jej śmierci w 1144 r. opiekę nad nim przejął brat Bolesław IV Kędzierzawy. W latach 1157-ok. 1161 prawdopodobnie przebywał na niemieckim dworze cesarskim jako zakładnik. Gdy w 1166 r. zmarł książę Henryk Sandomierski najmłodszy jego brat dostał małą dzielnicę na własność.

W 1173 r. zmarł Bolesław Kędzierzawy zostawiając po sobie małoletniego syna Leszka. Wówczas całość ziemi sandomierskiej przeszła pod władanie Kazimierza, który z kolei wziął pod opiekę bratanka Leszka. Zaledwie cztery lata później Kazimierz przejął władzę w kluczowym regionie - w ziemi krakowskiej, po wygnaniu przez możnych jego brata Mieszka III Starego. Co prawda w 1191 r. na krótko Mieszko odzyskał Kraków, ale Kazimierz stosunkowo szybko wrócił na tamtejszy tron.

Życie Kazimierza II dobiegło końca 5 V 1194 r. Faktem jest, że zmarł w trakcie uczty najprawdopodobniej na skutek otrucia. Nie wiadomo jednak dokładnie kto miałby stać za tym występkiem. Są i tacy, którzy winą obarczają jakąś mieszczkę krakowską, która miała podać księciu napój miłosny, a on go przedawkował i duch go opuścił.

A oto jak o Kazimierzu pisał kronikarz Wincenty Kadłubek >>>:

"Nadzwyczaj szlachetna wytworność tak postaci, jak rysów twarzy oraz sama wysmukła budowa ciała, nieco przewyższająca wysokością ludzi średniego wzrostu. Spojrzenie jego ujmujące, nacechowane jednak jakąś pełną szacunku godnością. Mowa zawsze skromna, zaprawiona jednak wytwornym dowcipem".

Domniemany wizerunek Kazimierza Sprawiedliwego na Płycie wiślickiej, fot. Felis domestica (licencja CC BY-SA 3.0)


Królewska gałąź z morałem

Wiemy już, że to właśnie od Kazimierza Sprawiedliwego wywodzili się dwaj ostatni wielcy Piastowie, o których traktuje "Korona królów". Kiedyś to jakoś szczególnie do mnie dotarło. Nie ci wielcy, starsi, których brał pod uwagę ojciec w swoim testamencie, dali początek linii książęcej, z której w konsekwencji wywodzili się królowie. Nie oni, ale ten być może pogrobowiec, którego własny ojciec pominął, został przodkiem m.in. Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego.

Może to przypadek, a może nie, ale przyznacie chyba, że historia i losy księcia Kazimierza Sprawiedliwego i jego linii dynastycznej dają do myślenia. Płynie z nich dla nas nauka, że jakże często w dziejach to co małe i pozornie nic nieznaczące, pominięte i nieliczące się, odnosi sukces. To częsty motyw baśni i wszelkiej maści filmów, ale takie też koleje losu pisze przede wszystkim samo życie.

Pamiętajmy o tym, gdy będziemy się raczyć kolejnym odcinkiem "Korony królów".

 

PS Jeśli chcesz poczytać więcej na Historii nauczycielce życia serdecznie zapraszam Cię do lektury poprzedniego, 63 odcinka >>> i wcześniejszych >>>.

 

Bibliografia wpisu:

1. 
Kazimierz II Sprawiedliwy;
2. Kazimierz II Sprawiedliwy;
3.
Kazimierz II Sprawiedliwy

sobota, 18 maja 2019

#63 Historia nauczycielką życia | Historia zaklęta w kapsule

Czyli m.in. o tym, że czasami marzenia o podróżach w czasie spełniają się


Choć podróże w czasie wydają się jedynie utopią i czymś rodem z filmów science fiction, to jednak jest coś, co pozwala w pewnym sensie przenosić się w czasie. Tym czymś jest... kapsuła. Weź nie żartuj sobie - ktoś może powie zdegustowany. Jasne, że nie chodzi o takie zupełnie fizyczne przenosiny w czasie, ale jednak tzw. kapsuły czasu pozwalają na bardzo namacalne odsłonięcie przed naszymi oczyma kawałka historii.

Kapsuła czasu? A co to takiego?

Najogólniej rzecz ujmując kapsuła czasu to pojemnik lub miejsce, w którym przedstawiciele danego pokolenia składują pewne ważne przedmioty dla swoich czasów (przynajmniej tak im się może wydawać). Wszystko to z myślą o potomnych, którzy za jakiś tam czas odgrzebią czy w jakikolwiek inny sposób dostaną się do zawartości takiej kapsuły i wtedy przeszłość łączy się z teraźniejszością; zawiązuje się tajemnicza nić międzypokoleniowa. 

Don Harrington Discovery Center w Amarillo w Teksasie, gdzie znajdują się cztery kapsuły czasu, które mają zostać otworzone po 25, 50, 100 i 1000 lat od zamknięcia w 1968 r. fot.
Who What Where Nguyen Why, wikimedia (licencja CC BY-SA 3.0)

Najstarsze kapsuły czasu na świecie i w Polsce

Wobec powyższego interesuje nas zapewne to, gdzie znajdują się najstarsze kapsuły czasu, znane nam współcześnie.

Zaznaczmy jeszcze to, iż samo pojęcie kapsuły czasu jest raczej terminem stosunkowo świeżym. Natomiast zjawisko umieszczania przedmiotów dla potomnych w specjalnych schowkach sięga już prawdopodobnie odległych, starożytnych czasów.

W okresie nowożytnym takie kapsuły najczęściej składowano w wieżach lub kościołach, w stosownych skrytkach.

Obecnie bodaj najstarszą oficjalnie uznawaną kapsułą czasu jest ta z Bostonu, znaleziona w trakcie prac renowacyjnych budynku Old State House w 2004 r. Oczom szczęśliwych odkrywców ukazała się skrzynka datowana na rok 1795. Co w niej się znajdowało? Były tam: tablica z opisem wydarzenia, jakim było wmurowanie kamienia węgielnego pod budynek, ponad 20 monet, w tym najstarsza jeszcze z XVII w., medal okolicznościowy z podobizną pierwszego prezydenta USA oraz gazety.

No dobra, a w Polsce? Gdzie można znaleźć najstarsze tego typu znalezisko? Spieszę z wyjaśnieniem: w 2013 r., w Zespole Szkół w Strzegomiu, odnaleziono miedzianą tubę z 1874 r. Jej wnętrze skrywało dokumenty urzędowe, monety, rękopis, a także tomik wierszy niejakiego Johanna Christiana Günthera.



Część znawców zagadnienia i historyków utrzymuje jednak, że za najstarszą polską kapsułę czasu należałoby uznać tę ze Szczecina, datowaną na czasy... Stefana Batorego! Oficjalnie jednak to strzegomskie znalezisko jest numerem jeden. Prawdopodobnie głównym przedmiotem małych okołokapsułowych niejasności jest to, iż zdaniem niektórych za kapsuły czasu należy uważać tylko te znaleziska, które zawierają sugerowaną datę otwarcia, a zatem ktoś świadomie, z premedytacją je tam wpakował.

Strzegomska kapsuła jest numerem jeden, ale tak ledwo ledwo :) Kilka lat temu w Nowej Soli w Lubuskiem znaleziono kapsułę czasu z roku... 1874. Coś Wam to mówi, prawda? Ta ze Strzegomia to też egzemplarz z 1874 r. Wtedy zapanowała chyba jakaś moda na chowanie kapsuł. Może założono się, którą wcześniej (i czy w ogóle) ktoś odkryje? :) A teraz na poważnie. W nowosolskiej kapsule znajdowały się monety, gazety i pusta butelka po winie.

Rynek w Nowej Soli, fot. Mohylek, wikimedia (licencja CC BY-SA 4.0)

A inne kapsuły?

Nie sposób tutaj wymieniać szczegółowo wszystkich kapsuł znanych nam dotychczas. Ograniczmy się do jeszcze kilku przykładów.

W karmelickim kościele w Krakowie w trakcie prac remontowych dobrano się do jednej z kul zdobiącej krzyż. W kuli znajdowała się tuba, a w niej szereg przedmiotów, które spowite były gazetą pt. "Głos Narodu" (z 1934 r.).

Teraz czas na dwie bardzo słynne, wręcz przełomowe kapsuły. Pierwsza pochodzi z 1939 r. i uważa się ją za przełomową w swoim gatunku. Wtedy też pierwszy raz nazwano coś takiego kapsułą czasu. Zaznaczmy, że niektórzy proponowali nazwę bomba zegarowa, ale to chyba byłby nazewniczy niewypał, prawda? Wtedy to, w 1939 r. w trakcie Wystawy Światowej w Nowym Jorku, przedstawiciele firmy Westinghouse upublicznili i zakopali pod ziemią na głębokości 5 m skrzynię o wadze bagatela 360 kg! Spakowano tam m.im. lalkę, nici i 15-minutowe nagranie filmowe. Zaznaczono, żeby znalazcy otwarli ją w... 6939 r. Ale czy wtedy jeszcze świat jaki znamy będzie istniał?



Jeśli ta ważąca 360 kg skrzynia to według Was gigant, to co powiecie na tzw. Kryptę Cywilizacji w Atlancie. To nawet nie skrzynia, tylko pokój o powierzchni blisko 60 mkw. Wejścia do środka chronią pancerne drzwi, a za nimi ok. tysiąca gadżetów z epoki, czyli z lat 1936-1940, kiedy to sporządzono ową Kryptę. Co znajdą tam potomni? Rzecz jasna darujemy sobie tutaj szczegółowe wyliczenia, ale wystarczy nam jedynie wspomnieć choćby figurkę Kaczora Donalda, pończochy, toster i nagrania głosu Hitlera i Stalina. Kiedy będzie można otworzyć tę kapsułę? Nieprędko... Dopiero w 8113 r.!
     
 Kapsułowy zawrót głowy 

Trzeba przyznać, że wiek XX zaowocował coraz częstszymi akcjami montowania kapsuł czasu. Przyszłe pokolenia, jeśli tylko będą tym zainteresowane, a wierzymy, że będą, na pewno będą mieć sporo ciekawych znalezisk do odkrycie, a potem obejrzenia.

Ciągle też zdarzają się nowe odkrycia, nieraz dość dziwne, o ile prawie wszystkie nie są zaskakujące i mające w sobie sporą dawkę tajemniczości. W jednej z kapsuł znaleziono m.in. jedną z pierwszych myszek komputerowych podarowaną przez samego Steve'a Jobsa. Innym razem, na Kamczatce, znaleziono z kolei... odezwę komunistyczną.

Wspomnijmy jeszcze kapsuły czasu nieco innego typu, można powiedzieć: naturalne. Swego czasu naukowcy w Kanadzie odkryli zbiornik wody, w którym zgromadzona ciecz miała bagatela 2,6 miliarda lat!!! Uczeni nie posiadali się z zachwytu, bo takie kapsuły są da nich kopalnią wiedzy o prastarych czasach. Jedak prawdopodobnie nie znaleziono tam żadnych mikroorganizmów żywych. Znamy jednak przypadki, kiedy było inaczej.



W 2011 r. badacze odkryli w RPA basen solankowy, w którym znajdowały się organizmy, których istnienie w tym miejscu trzeba liczyć w milionach lat.

Rok później rosyjscy naukowcy natknęli się na równie niezwykłe mikroorganizmy w Jeziorze Wostok, znajdującym się pod lodem. Ich materiał genetyczny był tak niesłychanie odmienny od wszystkich znanych obecnie, że mógłby należeć do kosmitów :) Wielu badaczy ma dość spore obawy przed grzebaniem w poszukiwaniu prastarych organizmów. Twierdzą, że o nieszczęście nietrudno i takie organizmy mogą wyrządzić sporo szkód, choćby w postaci nieznanych chorób czy mutacji. Brzmi jak science fiction? Coś w tym jest.


Tradycyjnie pora na morał

Kapsuły czasu to wspaniały łącznik międzypokoleniowy: prezent od tych, którzy byli, dla tych, którzy są teraz i prezent od tych, którzy są teraz dla tych, którzy będą. Przy tej okazji musimy chyba jednak pamiętać czy zachowamy dla przyszłych pokoleń również środowisko naturalne i inne, nawet ważniejsze jeszcze dobra. Bo przecież chyba jest tak, ja jestem w to głęboko przekonany, że najważniejsze w historii są nie tyle jakieś materialne kapsuły, ale to, jakie wartości z sobą niosą; wartości te nie do końca wyrażalne albo w ogóle trudne do czysto fizycznego zmierzenia. Super, że tak wiele my, ludzie współcześni, chcemy zostawić przyszłym pokoleniom w postaci różnorodnych kapsuł czasu, ale jeśli zostawimy dla nich zdewastowaną przyrodę i pustkę duchową, to marny ich los i nasz w ich pamięci...

Otwieram sobie książeczkę Phila Bosmansa pt. "Szczęście na każdy dzień" (Semen, Wrocław 2006). Zerkam pod datę 20 maja i czytam sentencję na ten dzień: "Kultura oznacza taki rozwój ducha i serca, że ludzie mogą stać się bardziej ludzcy".

A Ty, ja? Co zostawimy po sobie dla przyszłych pokoleń, żeby były bardziej ludzkie?

PS Jeśli masz ochotę, zapraszam również do lektury innych tekstów na blogu. Ich wykaz znajdziesz na Liście wpisów >>>



Bibliografia wpisu:


1. 
Budzik, otwieracz do konserw i proszek do zębów. Co zawierają kapsuły czasu?;
2. Najstarsza kapsuła czasu w Strzegomiu;
3.
Odnaleziono najstarszą wodę świata. Co kryje ta niezwykła kapsuła czasu?;
4. W Nowej Soli odkryto kapsułę czasu sprzed 142 lat! [ZDJĘCIA]

sobota, 13 kwietnia 2019

#62 Historia nauczycielką życia | Mary Celeste, czyli porzucona

Czyli m.in. o brygantynie, która stała się jednym z najsłynniejszych statków-widmo


To fakt, że ostatnio na blogu rządzi tematyka odkrywczo-tajemniczo-legendarno-marynistyczna, ale przynajmniej w tym wpisie jeszcze trochę ją pociągniemy. W poprzednim tekście mówiliśmy sobie (albo raczej ja pisałem, a Wy czytaliście ;) o tajemnicy wyspy Roanoke, a nieco wcześniej poruszyliśmy tematykę Polaka, który rzekomo miał uprzedzić Kolumba. A dziś pomówimy o statku i to nie byle jakim, ale od wieków spędzającym sen z powiek badaczom historii. Ale po kolei.

Zanim stała się sławna

Zanim Mary Celeste stała się sławna, nosiła w ogóle inne imię. Nazwano ją Amazon (jakieś skojarzenia? To nie o współczesną markę chodzi ;). Narodziła się w kanadyjskiej Nowej Szkocji, a po raz pierwszy popłynęła w 1861 r. Była 30-metrową brygantyną, a więc stosunkowo niewielkim okrętem. Statków tego typu chętnie używali piraci ze względu na ich zwinność. Początkowo statek był wykorzystywany do transportowania najróżniejszych towarów. Parokrotnie zmieniał też właścicieli, gdyż miał nieszczęście "łapania" kilku dość poważnych uszkodzeń. Koniec końców kapitanem Mary Celeste (tak już wtedy nazywała się owa brygantyna) został Benjamin Spooner Briggs, nota bene abstynent i człowiek cieszący się uznaniem za swoją sprawiedliwość, który za duże pieniądze odrestaurował i zmodernizował jednostkę. Było to w roku 1872 r.


Benjamin Spooner Briggs - kapitan Mary Celeste. Trzeba przyznać, że mógłby być krewnym prezydenta USA Abrahama Lincolna... :), fot. wikimedia (domena publiczna)
Prezydent Abraham Lincoln 5 lutego 1865 roku, fot. wikimedia (domena publiczna)


Ani żywej duszy...

Jesienią 1872 r. Mary Celeste i jej załodze powierzono misję dostarczenia spirytusu do Europy, a konkretnie do Genui. Statek wyruszył w listopadzie m.in. z kapitanem, jego żoną i dwuletnią córką na pokładzie. Ogółem na pokładzie znajdowało się 10 osób.

4 lub 5 grudnia 1872 r. załoga innego statku, Dei Gratia, który wyruszył do Europy z New Jersey nieco później niż Mary Celeste, dojrzała na oceanie gdzieś między Azorami i Portugalią opuszczony statek. Jakież było ich zdziwienie gdy okazało się, że to sama Mary Celeste.

Najdziwniejsze było to, że na jej pokładzie nie było ani jednej osoby. Rzeczy pasażerów oraz ładunek były nienaruszone, tylko żagle nosiły na sobie ślady uszkodzeń i ładownie były nieco zalane. Kapitan Dei Gratia, niejaki David Morehouse, postanowił zabrać okręt do Gibraltaru w celu ustalenia przyczyn takiego stanu rzeczy. Pewną poszlaką mogła być brakująca na Mary Celeste jedna łódź ratunkowa.

Wstępne dochodzenie przyniosło dwie teorie. Pierwszą szybko odrzucono. Mówiła o zabiciu kapitana i jego rodziny przez pozostałych członków załogi. Brak jakichkolwiek śladów zbrodni przeczył tej hipotezie. Druga, bardziej prawdopodobna, nakazywała widzieć przyczynę opuszczenia statku w możliwości wybuchu spirytusu. W tamtych czasach doszło do kilku tego typu katastrof, więc załoga, czując opary spirytusu (który może ulotnił się z kilku beczek i spalił, co mogło znamionować ewentualną eksplozję reszty ładunku), mogła w trosce o swoje życie ewakuować się z okrętu i nigdy już na niego nie wróciła.

Tak czy inaczej jednostkę obsadzono nową załogą i popłynęła dalej do Genui. Zagadką może być też to, że w porcie ustalono, iż rzekomo 9 z 1701 beczek ze spirytusem było pustych.


Co było dalej?

Przez kolejnych kilkanaście lat Mary Celeste realizowała się jako statek transportowy. Trzeba jednak przyznać, że nie były to lata udane i ekspedycje z jej udziałem raczej przynosiły straty. Ta ostatnia miała miejsce w 1885 r., gdy statek zatonął. Jego wrak zlokalizowano w 2001 r. i spoczywa na dnie w rejonie niedaleko Haiti.

W 1873 r. natrafiono u wybrzeży Hiszpanii na dwie szalupy z sześcioma ciałami. Ich tożsamości nie udało się ustalić, a ewentualne związki owych szalup z Mary Celeste poddaje w wątpliwość fakt, że przecież jak wiemy na jej pokładzie brakowało tylko jednej łodzi ratunkowej, a nie dwóch.

Obraz z 1861 roku przedstawiający żaglowiec Amazon (przemianowany w 1869 roku na Mary Celeste), artysta nieznany, fot. wikimedia (domena publiczna)

                                                                            Teorie i morał

Teraz pozostaje nam już w zasadzie tylko gdybanie. Niektórzy powiedzą, że jest to właśnie to, co w historii najciekawsze: pewna doza tajemniczości...

Oprócz tych teorii najbardziej prawdopodobnych są i takie nieco fantastyczne. Dla tych, którzy wierzą w przesądy, klątwy, itp. ta historia może być dowodem na to, że Mary Celeste była po prostu okrętem przeklętym. Faktem jest, że wiele z jej kursów było bardzo nieszczęśliwych. Już podróż inauguracyjna przyniosła śmierć pierwszego kapitana na zapalenie płuc. Nie brakowało też stłuczek i mielizn w życiu Amazona, a później Mary Celeste. Dość tajemniczy był też finał przygód okrętu, który zatonął na początku 1885 r. w słoneczny dzień rozbijając się o rafę koralową nieopodal Haiti. Przeciwnicy hipotezy o przeklętym okręcie wskażą zapewne na szereg zyskownych kursów, które również temu okrętowi i jego załodze się przytrafiły.

Wiadomo, że tego typu zdarzenia rozbudzają ludzką wyobraźnię. Mówiono i pisano niestworzone rzeczy o tym, co na pokładzie znaleziono. Do mistyfikacji i pojawienia się mitów na temat feralnego rejsu Mary Celeste przyczynił się m.in. młody wówczas, a później znany twórca Sherlocka Holmesa - Arthur Conan Doyle. Stworzył fikcyjną wersję wydarzeń, której pikanterii dodała wzmianka o rzekomo zakrwawionym mieczu znalezionym na okręcie. Resztę ludzie już sobie dopowiedzieli... Najwięksi fantastycy mówili o porwaniu załogi przez UFO lub pożarciu jej przez morskiego potwora.

Z kolei do grona teorii bardziej prawdopodobnych zaliczyć należy jeszcze hipotezę wysuwaną przez dra Jamesa Kimble z Nowego Jorku. Twierdzi on, że żaglowiec napotkał tzw. tornado wodne, czyli nagły przypływ wody, który jawi się jako coś bardzo groźnego i przez to wywołuje panikę, choć zazwyczaj nie jest w stanie doprowadzić do unicestwienia statku.


Jeszcze inni znawcy zagadnienia, jak na przykład marynarz David Williams, utrzymują, że to nie tornado, lecz podwodne trzęsienie ziemi mogło sprawić tak pokaźnego psikusa i napędzić strachu załodze, która zdecydowała się na ewakuację z obawy przed najgorszym.



A co, gdyby to piraci zaatakowali statek i zmusili członków do ewakuacji? Przeciwnicy tej teorii pytają: ale dlaczego w takim razie tylko kilka przedmiotów zniknęło z okrętu, a reszta pozostała nienaruszona, jak gdyby ktoś wyszedł i zaraz miał wrócić?

Jeśli, niezależnie od przyczyny, załoga opuściła statek na łodzi ratunkowej, to prawdopodobnie zginęła w wodach oceanu. Wiemy, że warunki pogodowe w czasie i rejonie ich ewentualnej podróży łódką były bardzo trudne, niemożliwe do przepłynięcia.

Zapewne moglibyśmy rozkładać tajemnicze losy Mary Celeste na jeszcze wiele pomniejszych hipotez, ale może w tym miejscu zakończymy naszą opowieść. Wszak jak sobie już wielokrotnie też i na tym blogu mówiliśmy - pewna doza tajemniczości historii na pewno nie zaszkodzi. Nasuwa mi się też inny morał, może najważniejszy na bazie powyższej historii. Każda historia to nie tylko element historii ogólnej czy lokalnej, który należy przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Każda osoba i każde zdarzenie to ponadto bardzo osobiste losy, coś przeżywanego namacalnie. Pomyślmy, co czuli członkowie załogi Mary Celeste, gdy groziło im jakieś niebezpieczeństwo, gdy potem najpewniej zginęli w wodach oceanu? Uogólniając: co czują ludzie, którzy giną w katastrofach lotniczych, morskich, itd.? My te dzieje analizujemy po latach, a oni przeżywali to namacalnie, w tym konkretnym momencie. A potem skończyło się życie i co było potem? Na to pytanie już każdy z nas musi sobie odpowiedzieć sam.

Moi Drodzy, byłoby super gdybyście w komentarzach podrzucili własne przemyślenia, wnioski, nauki z dzisiejszego naszego spotkania z historią. Chętnie je poczytam i myślę, że i pozostali Czytelnicy równie chętnie do tego podejdą.

Czego zatem, według Ciebie, uczy nas ta historia? 

 
Bibliografia wpisu:


1. Mary Celeste – najsłynniejszy statek widmo;
2. Tajemnica „Mary Celeste”

sobota, 16 marca 2019

#61 Historia nauczycielką życia | Tajemnica wyspy Roanoke

Czyli m.in. o kolonii, która zniknęła i pierwszym brytyjskim dziecku urodzonym w Ameryce


W Polsce, jeśli ktoś chce wystraszyć dzieci i sprawić, żeby stały się grzeczne, może opowiedzieć im o Babie Jadze. Z kolei w Anglii przez stulecia uspokajano dzieci opowieścią o tajemniczej, zaginionej kolonii z wyspy Roanoke. Ta historia, ciągle do końca niewyjaśniona, znacząco wpływała i ciągle wpływa także na wyobraźnię dorosłych.

Początki

Niejaki sir Walter Raleigh był podobno ulubieńcem królowej Elżbiety I. Ten poeta, pisarz, szpieg i miłośnik tytoniu oraz "nowych światów" zorganizował i sfinansował pierwszą ekspedycję Anglików do Ameryki Północnej. Wyprawą, w której brało udział 108 śmiałków, kierował Richard Grenville. Po dopłynięciu do wybrzeży Ameryki i zbadaniu terenu, żeglarze postanowili podjąć próbę założenia kolonii na wyspie Roanoke w Karolinie Północnej. Działo się to w 1584 r., a 6 czerwca tamtego roku założono pierwszą kolonię brytyjską w Ameryce.

Walter Raleigh - portret z 1585, fot. Nicholas Hilliard, wikimedia w domenie publicznej

Po początkowych sukcesach i nawiązaniu dość nawet serdecznych relacji z miejscowymi tubylcami wszystko zostało zaprzepaszczone przez jeden moment agresji i spalenie wioski miejscowych przez Europejczyków. Dalej było już tylko pod górkę. Na szczęście w Nowym Świecie zjawiły się okręty sławnego Francisa Drake'a, który zabrał większość nieszczęśników do Europy. Jednakże 15 śmiałków pozostało na miejscu...

Nowa ekspedycja

Latem 1587 r. do Roanoke przybyli nowi żeglarze pod wodzą Johna White'a - artysty i kolejnego wielkiego pasjonata nowych światów. Zamiast osadników znaleźli tylko... kości jednego z nich. Nie zrazili się tym jednak na tyle, żeby zrezygnować z podjęcia kolejnej próby osiedlenia się na wyspie. Próbowali nawet dogadać się z miejscowymi, ale było to już niemożliwe z racji poważnych niesnasek sprzed kilku lat.

Dodajmy, że w około miesiąc po inauguracji kolonii urodziło się pierwsze brytyjskie dziecko w Ameryce Północnej. Była to Virginia Dare. Jej rodzicami byli córka Johna White'a Eleanor i Ananias Dare.

hthttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250tps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250
https://twitter.com/Roadtrippers/statu1104909862595637250 Sytuacja kolonizatorów pogarszała się z dnia na dzień. Dochohttps://twitter.com/Roadtrippers/status/1104909862595637250dziło też do dalszych starć z tubylcami. W końcu osadnicy nie wytrzymali i wysłali do Europy statek z prośbą o pomoc. Musieli jednak na nią trochę poczekać. Jak zapewne pamiętamy, Anglia żyła w tym czasie konfliktem z hiszpańską Wielką Armadą i chyba trochę zapomniano o grupce śmiałków, która z poważnymi kłopotami próbowała okiełznać Nowy Świat.

Pomoc przypłynęła, ale dopiero prawdopodobnie w 1590 r. Ku ogromnemu zaskoczeniu kapitana Johna White'a i jego załogi wyspa wyglądała tak, jakby już od jakiegoś czasu była niezamieszkana. Spodziewano się znaleźć chociaż jakieś zwłoki lub groby, ale nic z tych rzeczy - ani żywej, ani zmarłej duszy nie znaleziono. Oczom Europejczyków rzuciła się w oczy jedynie tabliczka z napisem oznaczającym najprawdopodobniej nazwę pobliskiej wyspy: Croatoan.

 
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

89 mężczyzn, 17 kobiet i 11 dzieci - tyle osób powinna liczyć osada na wyspie Roanoke. Co się stało z Europejczykami, którzy ją tworzyli? Hipotez jest kilka. Za tę najbardziej prawdopodobną uważa się najczęściej przypuszczenie, że osadnicy po prostu zasymilowali się z Indianami zamieszkującymi pobliskie wyspy. Są i tacy, którzy twierdzą, że koloniści podjęli próbę ucieczki z wyspy na statku i gdzieś utonęli w odmętach Atlantyku. Nie wiadomo czy kiedykolwiek się tego dowiemy.

Warto dodać, że Anglicy przekazujący sobie z pokolenia na pokolenie opowieść o "straconej kolonii" lubili zwracać uwagę na fakt, że jeśli dobrze wytężyć wzrok można wśród Indian spotkać ludzi o europejskich rysach twarzy.

Kilka lat temu przeprowadzono badania archeologiczne na terenach zamieszkanych niegdyś przez tubylców i co ciekawe znaleziono tam przedmioty, które z bardzo dużym prawdopodobieństwem należały do Europejczyków.

Mapa okolic wyspy Roanoke, fot. John White, wikimedia w domenie publicznnej

Badacze poddali analizie również mapy Nowego Świata sporządzone przez Johna White'a. Próbowali na ich podstawie ustalić, gdzie mogli udać się osadnicy z Roanoke. Natrafili podobno na ukryte pod łatami znaczki, które rzekomo mają wskazywać potencjalne kierunki ucieczki Europejczyków z tajemniczej wyspy. Trudno jednak tego typu hipotezy potwierdzić.

Tak czy inaczej w 1607 r. Anglicy stworzyli pierwszą stałą osadę w Ameryce o nazwie Jamestown.

                                                                            Morał z Roanoke

W swoim zwyczaju spróbujmy zastanowić się, czego losy "zaginionej kolonii" nas uczą. Na pewno uczą nas choćby tego, że historia jest przepiękną dziedziną wiedzy na przykład z tego powodu, że skrywa wiele tajemnic. Można ją porównać do kobiety, która jest fascynująca przez to, że jawi się jako nie do końca odkryta sfera. Wydaje się, że wiele współczesnych związków rozpada się, gdyż nie ma w nich wystarczającej dozy tajemniczości. Trochę podobnych kwestii poruszyliśmy m.in. w tekście o kronikarzu Kadłubku.


Tajemnicze losy osadników z Roanoke są też czymś w rodzaju symbolu. Przecież niemal każde wchodzenie w nowe, niezależnie od tego czym by ono było, ma w sobie pewną nutkę tajemniczości, mniejszą lub większą. Jest to poniekąd fascynujące, ale i niebezpieczne, dla wielu wręcz kuszące.


Na koniec dzisiejszego tekstu zapraszam do innych, np. najnowszego z serii o Cudownej historii Polski. A jeśli lubisz tematykę żeglarsko-odkrywczą szczególnie polecam Ci artykuł o Polaku, który uprzedził Kolumba.

A Ty jak sądzisz, czego uczy nas historia Roanoke?



Bibliografia wpisu:


1. Co stało się z mieszkańcami „zaginionej kolonii” Roanoke?;
2. Ponura zagadka wyspy Roanoke