sobota, 14 listopada 2020

#92 Historia nauczycielką życia | Po co nam Niepodległa? (wpis specjalny)

 Czyli m.in. o tym, na co komu Polska

 
Pomijając podsumowania rocznicowe dość dawno już nie było na tym blogu tekstu specjalnego. Pomyślałem, że przy okazji niedawnego 11 listopada i 102. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości przyszedł czas, żeby wystukać pewnie parędziesiąt (lub paręset :) zdań z tej okazji. Dodatkowym impulsem do stworzenia takiego, a nie innego tekstu, jest też aktualna sytuacja w Polsce i na świecie.

Od czasu do czasu spotykam się z opinią mniej więcej tego typu: współcześnie nie da się mówić o ojczyźnie i pojęciach z nią związanych (np. patriotyzmie) młodemu pokoleniu, a nawet ludziom w średnim wieku, nierzadko i starszym, w ten sam sposób, jak było to przed laty. W tym kontekście nasuwa się pytanie czy taki Mickiewicz, Słowacki, Norwid i inni wybitni Polacy lat minionych przebiliby się do mentalności Polaka XXI w. Czasami wszak styl tamtych lat kojarzymy z pewnym patosem, wzniosłością, egzaltacją itp.

fot. _Alicja_, Pixabay.com

Podchodząc do powyższej sprawy zdroworozsądkowo zdać sobie trzeba sprawę z tego, że wraz z upływem lat ludzie się zmieniają; inne są też czasy. Niezaprzeczalne jest jednak to, że człowiek na przestrzeni wieków ma w sobie pewien kręgosłup moralny, pokłady wartości, które w swoich najgłębszych posadach nie zmieniają się, pomijając może jedynie jakiś wynaturzony margines antyspołeczny, który tych cech nie przejawia, a przynajmniej zupełnie nie ujawnia.

Czy jedną z takich najgłębszych wartości może być pojęcie ojczyzny?

Współcześnie niezależnie od ideologii i nurtów polityczno-społecznych państwa i kraje są czymś powszechnie występującym. Wystarczy tylko zerknąć na mapę czy do internetu. A zatem zdecydowana większość ludzi świata czy tego chce, czy nie, należy do jakiegoś państwa. Ale czy państwo równa się ojczyzna? Ojczyzna to wszak coś więcej, coś głębszego niż państwo. Mówiąc o państwie nie każdy musi się z nim utożsamiać, ale już przywołując ojczyznę mamy raczej na myśli coś, co jest stosunkowo bliskie naszej istocie.

Tak czy inaczej, po co nam państwa, a tym bardziej ojczyzny? Nie wystarczyłoby sobie żyć ot tak, po prostu, jako obywatele świata? Mnie się wydaje, że państwo, a nawet ojczyzna to coś, czego bardzo potrzebujemy i od czego odcięcie się byłoby porównywalne z pewną schizofrenią istnienia. Już się tłumaczę.

Jestem zwolennikiem koncepcji, w myśl której rozwój dziejów ludzkości nie jest czymś przypadkowym, ale stanowi rozsądny ciąg zdarzeń. Człowiek pokonuje kolejne etapy historii i pomimo pewnych podobieństw w niektórych, nieraz cyklicznie powtarzających się epokach, ciągle idzie naprzód i wzrasta jako ludzkość. W związku z tym powstanie i rozwój koncepcji państwa moim zdaniem jest czymś już w wymiarze ogólnoludzkim nieodwołalnym; mało tego: stanowi doskonałe odzwierciedlenie naturalnych dążeń człowieka. Otóż nawet w dobie oszałamiającego rozwoju mediów społecznościowych jako ludzie tu na ziemi nie jesteśmy w stanie w równym stopniu poznać wszystkich. Już gdy się rodzimy łączy nas szczególna więź z rodzicami, rodzeństwem, dziadkami, wujkami, ciotkami, kuzynami, potem kolegami i koleżankami ze szkoły, pracy. Jeśli nawet jesteśmy celebrytami, nie możemy wszystkich fanów poznać tak, jak najlepszych przyjaciół. W związku z tym jest czymś naturalnym to, że z jednymi ludźmi łączy nas coś więcej niż z innymi. Jeśli rozszerzymy to nieco okaże się, że państwo jest właśnie taką naszą dużą rodziną: wieki wspólnych doświadczeń, spuścizna pewnej grupy ludzi jest nam bliższa niż innych. Dlatego na przykład jesteśmy Polakami i to co polskie jest nam bliższe niż to co przykładowo gwinejskie albo kambodżańskie. To jasne, że więzi jednych z nas są bliższe z ojczyzną, niż innych, nastawionych bardziej kosmopolitycznie, ale to nie zmienia faktu, że człowiek ma naturalne ciążenie do pewnych ludzi, a do innych mniejsze i koniec końców w skali makro w obrębie jednego narodu i języka, powstaje wspólnota ojczyźniana, mniej lub bardziej jednolita.

fot. _Alicja_, Pixabay.com

Jestem przekonany, że gdyby ktoś nagle zniósł wszystkie granice i istnienie państw doszłoby do totalnej rozwałki w umysłach i świadomości społeczeństw oraz pojedynczych ludzi. Według mnie prędzej czy później albo ludzie by się samounicestwili, albo wykreowali coś na kształt nowych państw. Dlaczego tak by się stało? Bo jeszcze jesteśmy niewydoskonaleni w miłości, ale o tym więcej za chwilę.

A zatem jak docierać do obecnych pokoleń z przekazem ojczyźnianym, patriotycznym? Tak sobie myślę, że zawsze trzeba wnikać do istoty, do głębi dziecka czy kogoś starszego. Jeżeli przykładowo dziecko ma jakiekolwiek związki z Polską i Polakami to już niejako z mlekiem matki wyssało bazę niezbędną do zbudowania reszty gmachu. Polskość czy jakąkolwiek inną narodowość czuje się podświadomie, jeśli tylko ma się ku temu przesłankę choćby w postaci pochodzenia. Im na przykład to pochodzenie jest mniej wyraźne (dla przykładu czyjś pradziadek był Polakiem) trudniej o integrację z danym narodem, bo silniejsze ciążenie może występować do narodu, z którym więcej taką osobę łączy.

Szczegóły i konkrety co do tego, jak budować na tej podstawie tożsamościowej człowieka, to już pewnie temat na inną opowieść. Tak czy inaczej jestem przekonany, że Niepodległa, nasza kochana ojczyzna Polska, jest nam potrzebna. Mało tego: jest czymś tak naturalnym, podobnie jak w skali mikro nasza rodzina. Zdrowa miłość do własnej ojczyzny ani trochę nie kłóci się z dobrymi relacjami z innymi państwami. To, że kochasz rodziców nie oznacza, że totalnie nienawidzisz rodziny z drugiego końca twojej wsi. Po prostu tamtych ludzi lubisz inaczej.

Jako osoba wierząca w Boga twierdzę, że koncepcja ojczyzny wykracza poza to co materialne i ziemskie. My chrześcijanie, katolicy, wierzymy, że ta nasza ziemska ojczyzna jest tylko namiastką tej prawdziwej, właściwej, niebiańskiej. Pokuszę się nawet w tym miejscu o stwierdzenie, że istnienie ziemskich ojczyzn, choć piękne i naturalne, jest paradoksalnie wyrazem pewnej niedoskonałości w naszych relacjach do siebie nawzajem i Boga. W niebie zapewne nie będzie już granic miłości i wszystkich będziemy kochać jednakowo, choć trudno to właściwie wyrazić ludzkimi słowami. Tu na ziemi jesteśmy ograniczeni i kochamy tak jak umiemy i ze względu na ograniczoność naszego poznania jesteśmy bardziej zżyci z jednymi i mamy większy sentyment do jednych spraw, a nie do innych. Czy to źle? Myślę, że nie. Ważne, żebyśmy wszystkich kochali, a różne stopnie miłości i zażyłości są tu na ziemi czymś normalnym. W związku z tym istnienie wielu ojczyzn tu na ziemi jest niedoskonałym odbiciem tej jednej, już niepodzielnej Ojczyzny, którą jest Niebo.

fot. statistuta, Pixabay.com

Na koniec zaznaczmy, że powyższe rozkminy znajdują swoje uzasadnienie w Biblii (Mam też drugiego, starszego bloga biblijnego - Biblijny Raban >>>). Wiemy dobrze, że w Piśmie Świętym często powtarza się pojęcie Narodu Wybranego: było zatem państwo, ojczyzna, którą tworzyli ludzie szczególnie wybrani przez Boga. Zauważmy, że w Nowym Testamencie to przeświadczenie, niewątpliwie słuszne, dalej mocno się zarysowuje, ale Jezus Chrystus kładzie już akcent na co innego: często mówi o Królestwie Bożym, czyli o czymś, co jest już znacznie ważniejsze niż królestwa i ojczyzny ziemskie. Ziemskie realia są ważne, ale to wszystko jest tylko etapem.

Zakończmy słowami z "Dzienniczka św. s. Faustyny", które przepięknie łączą ziemską ojczyznę z dążnością do tego, co wieczne: "Polskę szczególnie umiłowałem, a jeżeli posłuszna będzie woli Mojej, wywyższę ją w potędze i świętości. Z niej wyjdzie iskra, która przygotuje świat na ostateczne przyjście Moje" (1732).

Czymś pięknym jest zatem wspieranie Ojczyzny poprzez czyny, ale także modlitwę, posty, umartwienia, wyrzeczenia. W rodzinie musimy sobie pomagać i jako rodzina musimy także kochać innych i pomagać im.


A Ty, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jak uważasz? Ja już przedstawiłem swoje zdanie w tej sprawie. A co Ty myślisz? Napisz w komentarzu, a jeśli Ci się spodobało, udostępnij. Dzięki.
 
Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.



Poprzedni wpis:


Czytaj również (dotychczasowe wpisy specjalne):

  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 14.11.2020):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

piątek, 23 października 2020

#91 Historia nauczycielką życia | Tym narzędziem bezkrwawo obalili system

 Czyli m.in. o tym, że wtedy jesteś mocny, kiedy jesteś słaby

 
Nasza kochana Historia życia nauczycielką będąca zna też niestety bardzo wiele przykładów dyktatur i dyktatorów. Jedne są bardziej znane, inne znów nieco mniej. Przypadek, o którym pragnę dziś wystukać parę linijek, przenosi nas na Filipiny lat 70. XX w., a wpierw do roku 1972, kiedy właśnie to państwo stało się totalitarnym organizmem państwowym. Kończący drugą czteroletnią kadencję prezydent Ferdinand M. Marcos powinien już złożyć urząd, ale zamiast tego rozwiązał parlament i zniósł prasę, uwięził nieprzejednanych oficerów i członków opozycji. Nie powiódł mu się jednak atak na Kościół, któremu przewodził kard. Jaime L. Sin. Marcos odpuścił Kościołowi nie chcąc się wikłać w nowe problemy. Dostrzegał charyzmę kardynała, którego słuchały chętnie rzesze Filipińczyków, a nawet sam dyktator mimowolnie kierował zaciekawione ucho w stronę kapłana. Dzięki staraniom Sina (którego poniekąd można porównać z naszym kard. Wyszyńskim) wielu więźniów politycznych powróciło do domów na Boże Narodzenie 1974 r. Kardynał przekonywał, że zmiany w państwie mogą się dokonać tylko na jednej drodze: drodze miłości.

Ferdinand Marcos, by derivative work: Bluemask fot. (talk)Ferdinand_Marcos_and_George_Shultz_DA-SC-84-05877.JPEG: Spec. 4 Dino Bartomucci - Ferdinand_Marcos_and_George_Shultz_DA-SC-84-05877.JPEG, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=5009542
 
Tak czy inaczej każdy kolejny rok na Filipinach przynosił coraz to nowe dramaty i zawody. Korupcja, bestialstwo bojówek partyzanckich, rozwarstwienie społeczne, stagnacja ekonomiczna i nie tylko bardzo dawały się ludziom we znaki.

Stagnacja i zamęt na Filipinach trwały aż do sierpnia 1983 r., kiedy to miało miejsce zdarzenie ostatecznie pogrążające dyktatora. Otóż 21 sierpnia 1983 r. przyleciał z USA do Manili jeden z najwyrazistszych opozycjonistów - Benigno Aquino. To bardzo ciekawa postać, ale może w tym miejscu nie będziemy rozwijać jego historii. W każdym razie był to człowiek, któremu jak mało komu zależało na oswobodzeniu ojczyzny spod władzy krwawego Marcosa. Tamtego pamiętnego dnia właśnie wysiadał z samolotu, gdy nagle został trafiony kulą w głowę. Okazało się, że za zabójstwem stali ludzie dyktatora. Znamienne, że Aquino nie zdążył nawet dotknąć stopą ukochanej ziemi ojczystej. W takiej sytuacji jego rodacy już nie mogli pozostać bierni. Fala została już poruszona i nic nie było w stanie jej zatrzymać.

Na czele opozycji stanęła wdowa po Benigno - Corazon Aquino. 

Benigno Aquino Jr, fot. wikimedia w domenie publicznej

Wreszcie nastał luty 1986 r. 22 lutego tamtego roku dyktator postanowił aresztować ministra obrony i jeszcze kilka innych ważniejszych osobistości. Potencjalni więźniowie schronili się w koszarach przy autostradzie znanej dziś w skrócie jako EDSA. O pełnej nazwie później.

W tych dramatycznych chwilach kardynał Sin odebrał telefon - poproszono go o jakiś ratunek. Garstka obrońców właściwie nie znaczyła nic wobec potęgi dyktatora. Zafrasowany kapłan zamknął się w kaplicy na półtorej godziny. Gdy wyszedł, wydał przez radio komunikat do wszystkich Filipińczyków - zachęcił ich do wyjścia na ulice i oddzielenia obrońców od sił dyktatorskich. Trzeba przyznać, że ludzie dopisali. Posłuchali wezwania kapłana, choć w tej sytuacji musieli się liczyć z tym, że po prostu zostaną zmieceni z powierzchni ziemi przez czołgi i samoloty.

Wyliczono, że zebrało się ogółem ok. 2 milionów ludzi, łącznie z maluchami. Obrońcy mieli ze sobą różańce i nieustannie przez cztery dni i noce trwali na modlitwie. Kapłani odprawiali liczne Msze św. To nie wszystko - zakonnice z kilku klasztorów kontemplacyjnych wspierały rodaków równie nieustanną modlitwą wspomaganą postem.

Kard. Jaime Sin, fot. wikimedia, by Ernmuhl, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1109994

W końcu naprzeciw modlących się ludzi stanęło 25 czołgów i ok. 6 tys. żołnierzy. Maszyny ruszyły na ludzi... Z jednej strony uzbrojona po zęby potęga, z drugiej wyciągnięte w jej stronę różańce.

W pewnym momencie do pierwszego szeregu, w którym modliły się zakonnice, podjechał czołg. Wychylony żołnierz przez chwilę nasłuchiwał, po czym krzyknął do siostry, żeby ona i jej towarzyszki... modliły się głośniej, bo on ze swoimi ludźmi też chce się przyłączyć. W innym miejscu niepełnosprawna staruszka prosiła, żeby zabić ją, ale oszczędzić młodszych ludzi. Niezwykle wymowna była sytuacja, gdy 13-letnia Filipinka wręczyła żołnierzowi kwiaty, żeby tylko nikogo nie zabił. Ten ją przytulił i obiecał, że nikogo nie zabiją. Oboje rozpłakali się. Takie przypadki można by mnożyć. Miało dojść do masakry, a tymczasem żołnierze wespół z cywilami modlili się i śpiewali pieśni, kobiety i dziewczyny szykowały kanapki dla obu stron jeszcze niedawnego konfliktu. Filipińczycy na powrót stali się jednym narodem.

Miejsce tamtych wydarzeń to Aleja Objawienia się Świętych (EDSA).
 
Obóz dyktatora nie chciał jednak nazbyt szybko odpuścić. Specjaliści użyli gazu, żeby rozpędzić zbiorowisko. W tym momencie miało miejsce kolejne niezwykłe zdarzenie. Ni stąd, ni zowąd wiatr zmienił kierunek i gazem poczęstowali się sami spece od tej roboty. Odczekano dwie godziny, ale gdy już wydawało się, że z wiatrem jest wszystko w porządku, ten znowu nieoczekiwanie zmienił kierunek i ucierpieli znowu sami napastnicy.

Jakby tego było mało, dyktatora zawiodły również moździerze. Sprzęt nie wypalił, a załoga przyłączyła się do obrońców.

Koniec końców prezydentem została Corazon Aquino, a totalnie przegrany Marcos znalazł azyl na Hawajach, gdzie zmarł 3 lata później.

Corazon Aquino, fot. wikimedia w domenie publicznej

Ta cała sprawa, po ludzku niemająca logicznego wyjaśnienia, jest jeszcze tym bardziej ciekawa, gdy zapoznajemy się ze świadectwem kard. Sina, który udzielił wywiadu protestanckiemu dziennikarzowi Wayne'owi Weible'owi. Ów dziennikarz stał się gorliwym katolikiem. Otóż podobno w pewnym momencie rządowi żołnierze mieli zobaczyć Cudną Panią, która powiedziała do nich: "Stop, kochani żołnierze! Nie posuwajcie się dalej! Nie krzywdźcie moich dzieci. Jestem królową ich serc". Kiedy żołnierze to usłyszeli, zostawili wszystko, wyszli z czołgów i przyłączyli się do ludu. Niezwykłe... Zachęcam Was też, żebyście posłuchali nagrania z punktu 2. bibliografii. O cudzie w Manili opowiada tam człowiek wielce oddany Maryi, niejaki Anatol Kaszczuk.

Kard. Sin nie miał wątpliwości: to był cud. Zauważył jednak, że jakiś czas potem to wyjątkowe zjednoczenie ludzi różnych klas ustąpiło miejsca zwykłym niesnaskom. W związku z tym potrzeba, żeby ciągle na nowo powracać do tamtych wydarzeń, wyciągać z nich wnioski i wcielać w życie. To właśnie jak dobrze wiecie staramy się czynić w każdym odcinku Historii nauczycielki życia i dziś szczególnie nie może być inaczej.

fot. zorro4, pixabay.com

Powyższa historia, choć na swój sposób wyjątkowa, jest jednak w pewnym sensie podobna do bardzo wielu innych tego typu, kiedy świat rzeczywisty jaki znamy na co dzień okazuje się zupełnie niewystarczający, zbyt wąski, poza którym jest jeszcze coś znacznie więcej, niż próżnia; jest Ktoś. Trzeba sobie zadać wiele trudu, żeby doszukiwać się jakichś dziur w całym i próbować podważać to zajście. Ale po co? Po co walczyć z czymś, co jest oczywiste i potwierdzone przez świadków. Być może my ludzie badając historię nierzadko zupełnie niepotrzebnie zadajemy sobie tyle trudu, żeby walczyć z oczywistościami. Pewien bliski mi historyk mawiał, że historia jest najbliżej matematyki ze wszystkich humanistycznych dziedzin. To prawda. Wszak logika podpowiada, że powyższa historia jest oczywista i lepiej sobie darować jej podważanie.

A Ty, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jak uważasz? Ja już przedstawiłem swoje zdanie w tej sprawie.
 
Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.

Poprzedni wpis:


Czytaj również:

  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 23.10.2020):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 Bibliografia wpisu:

  1. Cud na Filipinach, sekretariatfatimski.pl >>>,
  2. Zwycięstwa Różańcowe, Anatol Kaszczuk >>>;
  3. Zwycięstwo modlitwy różańcowej na Filipinach, adonai.pl

piątek, 16 października 2020

#90 Historia nauczycielką życia | Czy to Ona rozwaliła radziecką flotę?

 Czyli m.in. o tym, jak Matka Boża Fatimska spełniła swoją obietnicę

 
W dniu publikacji tego tekstu, 16 października 2020 r., świętujemy 42. rocznicę wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża znanego wszem wobec jako obecnie św. Jan Paweł II. Chciałbym poruszyć sprawę, która chyba nie jest zbyt szeroko znana w świecie, a wydarzyła się kilka lat po pamiętnym 16 października 1978 r. Zapraszam serdecznie do lektury.

13 (lub 17, a nawet 18 wedle rosyjskich źródeł) maja 1984 r., czyli w święto Matki Boskiej Fatimskiej i rocznicę pierwszego objawienia w Fatimie, doszło do wielkiej i dość niespodziewanej tragedii w Siewieromorsku (obwód murmański). Gigantyczna eksplozja zniszczyła pokaźny skład radzieckich okrętów atomowych, które w niedalekiej przyszłości mogły być doskonałym orężem zaczepnym w ewentualnej III wojnie światowej. Do wybuchu wojny jednak, dzięki Bogu, nie doszło, a Moskwa została skutecznie powstrzymana przed imperialnymi podbojami. Ta stosunkowo mało znana tragedia jest jeszcze tym bardziej tajemnicza, gdy zestawimy ją z objawieniami Matki Boskiej w Fatimie oraz zawierzeniem świata (pośrednio też Rosji) Jej Niepokalanemu Sercu, którego dokonał św. Jan Paweł II... tylko nieco wcześniej w stosunku do dnia wybuchu. Dla nas ludzi wierzących nie ma w tym żadnego przypadku, lecz cudowna realizacja obietnicy Maryi, która na mocy zawierzenia imperium radzieckiego Jej Sercu, wzięła sprawy w swoje ręce i to jak skutecznie.
 
Baza floty w Siewieromorsku, w której doszło do katastrofy, fot. wikimedia w domenie publicznej
 
O tym, że ryzyko wybuchu wojny w latach 1983 i 1984 było naprawdę realne można z łatwością się przekonać studiując materiały historyczne z tamtego okresu. Ówczesny sekretarz generalny KPZR Jurij Andropow postawił siły wojskowe w gotowości, obsesyjnie lękając się Ronalda Reagana, prezydenta USA, który jego zdaniem stawał się coraz mocniejszy i mógł lada dzień zaatakować. Niektórzy specjaliści twierdzą, że w okresie zimnej wojny nigdy nie było bliżej do wybuchu III wojny światowej jak właśnie w tamtym czasie. Również wizjonerka z Fatimy obecnie Służebnica Boża s. Łucja dos Santos wskazywała rok 1985, jako początek kolejnego wielkiego światowego konfliktu militarnego.

Wspomniana katastrofa składała się właściwie z serii kolejnych wybuchów, które wprowadziły niesłychaną panikę w ludziach, którzy znajdowali się w pobliżu epicentrum. Niektórzy z tamtejszej załogi, którzy przeżyli, szykowali się do boju rozumując w swoim przerażeniu, że wrogie siły rozpoczęły ich ostrzał. Inni znów zwiewali, gdzie pieprz rośnie. Sytuacja w miarę uspokoiła się po ok. 3 dniach.

Straty były wprost gigantyczne: potężne ilości rakiet, torped i min zostały utracone bezpowrotnie. Już nigdy potem tzw. Flota Północna z Siewieromorska nie odzyskała pełnej gotowości. To trochę podobnie jak z Krzyżakami po bitwie pod Grunwaldem.

Sprawa do dziś jest bardzo tajemnicza, bo nigdy nie ujawniono oficjalnych dokumentów i przyczyny tamtej katastrofy tak naprawdę nie są nam dokładnie znane. Mówi się najczęściej o zwykłym ludzkim niedopatrzeniu (niedopałek papieroska), ale znamy też bardziej niezwykłe wyjaśnienia (tajemniczy samolot, który skierował wiązkę lasera w miejsce wybuchu). A może było to coś tak nadziemskiego, że nie odważono się ujawnić szczegółów...?

Cofnijmy się teraz o zaledwie kilka tygodni. 25 marca 1984 r. przypadało oczywiście Zwiastowanie NMP. Wtedy to Jan Paweł II zawierzył świat Niepokalanemu Sercu Maryi. Pośrednio zawarł w nim także Rosję, gdyż była tam mowa o szczególnym zawierzeniu tych narodów, które najbardziej tego zawierzenia potrzebują. Podobno nie padło jednoznaczne odniesienie do Rosji w obawie przed jej złością wynikającą z tego posunięcia, więc poprzestano na ogólniejszym stwierdzeniu. Do dziś trwają spekulacje czy prośba Matki Bożej z Fatimy została zrealizowana, czy też jeszcze nie. Tak czy inaczej z punktu widzenia nas wierzących zbieżność tych wydarzeń: zawierzenia Niepokalanemu Sercu Maryi i katastrofa w Siewieromorsku jest wprost uderzająca. Co więcej, jeśli prześledzimy historię dalej, okaże się, że niebawem za sterami ZSRR stanął Michaił Gorbaczow, który zrezygnował z ostrej polityki poprzedników i chciał szukać kontaktu z Zachodem. Wreszcie upadł Związek Radziecki (8 grudnia 1991 r., w uroczystość Niepokalanego Poczęcia NMP) i nastąpił okres przemian.
 
Czy to ona doprowadziła do zniszczenia floty w Siewieromorsku i upadku ZSRR? Ja nie mam wątpliwości, że dokonał tego Bóg przez Maryję, fot. pixabay.com/kubogu

 Zainteresowała mnie też informacja na portalu pch24.pl, gdzie autor podkreślił fakt, iż wiele ważnych wydarzeń z czasów II wojny światowej dokonywało się w dni Maryjne. Pozwolę sobie zacytować: 
 
"Przełomowe wydarzenia wojenne miały z resztą miejsce w dniach świąt Maryjnych. 2 lutego roku 1943, w święto Ofiarowania Pańskiego (Matki Bożej Gromnicznej) skapitulowała niemiecka armia pod Stalingradem. Od tego czasu Niemcy zaczęli tracić inicjatywę na froncie wschodnim. Tegoż samego roku, 13 maja – czyli w rocznicę objawień fatimskich – skapitulowały ostatnie wojska państw Osi w Afryce Północnej, a akt kapitulacji faszystowskich Włoch wszedł w życie 8 września 1943 roku, w dniu Narodzenia Matki Chrystusowej. Zaś 15 sierpnia roku 1944 – jak zauważa serwis sekretariatfatimski.pl – alianci zachodni wylądowali w Tulonie na południu Francji, zmuszając niemiecki front zachodni do odwrotu. 12 października 1944, a więc w wigilię ostatniego objawienia fatimskiego, wojska antyniemieckiej koalicji weszły w granice III Rzeszy. Ostatecznie wojska hitlerowskie skapitulowały 8 maja roku 1945 – w miesiącu Maryjnym i w dniu objawień patrona Niemiec świętego Michała Archanioła w Monte Sant’Angelo. Z kolei 15 sierpnia roku 1945, w święto Matki Bożej Zielnej, Cesarz Japonii Hirohito wygłosił orędzie dotyczące kapitulacji".
 
Myślę, że na podstawie powyższych zbieżności wierzącym od razu nasuwa się właściwa nauka: dlaczego wobec różnorakich problemów często unikamy współpracy z Niebem? Może ta współpraca jest najprostszą i najpewniejszą drogą do sukcesu? Warto o tym pomyśleć.


 Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.



  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 16.10.2020):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 Bibliografia wpisu:

  1. Wybuch w Siewieromorsku, gosc.pl;
  2. Kto unieszkodliwił sowiecką flotę?, pch24.pl (źródło cytatu) >>>;
  3. Matka Boża i upadek ZSRR, fronda.pl

sobota, 26 września 2020

#89 Historia nauczycielką życia | Podsumowanie rocznicowe nr 3 (2019-2020)

 

3 lata za nami! A co przed nami?

Tak było, tak jest, a co będzie?...


Był 26 sierpnia 2017 r. (o tym, dlaczego ta data przeczytaj stosowny tekst). Tamtego dnia powstał mój drugi blog Historia nauczycielką życia. Nieco wcześniej, 3 maja 2017 r., pojawił się mój debiutancki blog funkcjonujący do dziś - biblijnyraban.blogspot.com. Za nami dwa podsumowania rocznicowe na blogu historycznym (pierwsze >>> i drugie >>>). Serdecznie zapraszam na trzecie, które poniżej.

A to fragment zeszłorocznego podsumowania, który do dziś jest aktualny: "Bardzo dobrze zapewne orientujecie się, że temu blogowi przyświeca słynna dewiza Cycerona. Poświęciłem jej też osobny tekst. Po lekturze tekstu na stronie głównej możecie się dowiedzieć m.in. tego, że jeszcze w moich czasach gimnazjalnych ta dewiza przylgnęła do mnie, gdyż często powtarzał nam ją nauczyciel. I tak to już jest, że piszę tu o historii zawsze w kontekście jej przydatności dla nas dziś i jutro, czyli obecnie i w przyszłości. Oczywiście, nie można pisać zawsze tylko w stylu bardzo poważnym i górnolotnym. Nie! Z tego względu macie na blogu do wyboru teksty przyporządkowane do różnych kategorii (oto przykładowe: rocznice, 100plus Cudowna historia Polski_seria specjalna, Ciekawostki-mininauki i nauczki, Jak cię widzą tak cię piszą (o intrygujących przydomkach władców) i wpisy specjalne oraz najnowsze o nazwach Cięta historia i Historyczne wakacje) i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Mam jednak nadzieję, że niezależnie od kategorii wszystkie artykuły mogą się okazać przydatne i interesujące jeśli tylko okaże się trochę dobrej woli".
fot. Edar, Pixabay.com


Czas na garść statystyk (stan na 23 września 2020)


Oto mała porcyjka statystyk: zbiorczo z trzech lat funkcjonowania bloga.

Blog ma 27,5 tys. wyświetleń (po dwóch latach 16 tys., po roku było 7 tys.), powstało w sumie 89 tekstów (po dwóch latach 70, po roku 50), stronę odwiedziło 2971 użytkowników (po dwóch latach 1371, po roku 470); wśród nich 233 takich, którzy zawitali na bloga przynajmniej 2 razy (po dwóch latach 114, po roku było ich 36).

I jeszcze media społecznościowe: 213 polubień profilu Biblia i Historia na Facebooku (po dwóch latach 190, po roku 120), 111 obserwujących na Twitterze (po dwóch latach 74, po roku 35) i jeszcze kilku sympatyków w serwisach Zblogowani i Wykop (9). Bardzo się cieszę, że tworzymy razem biblijno-historyczną rodzinę!

Wiem: też liczby nie powalają na kolana wielkich blogerów :) Ja się jednak cieszę, że wzrosty statystyk są znaczące i systematycznie rośnie liczba miłośników Historii, która uczy nas jak żyć.

Mam też wielką prośbę do Was: każde Wasze polubienie, każde udostępnienie daje blogowi większe szanse na dotarcie do innych. Nie chodzi o mnie, ale mam nadzieję, że prezentowane tutaj treści chociaż w jakimś stopniu są dla kogoś ważne i przydatne, więc z góry jestem Wam wdzięczny za pomoc przy promowaniu tych tekstów. Dzięki!!!
 
fot. pixel2013, pixabay.com


Marzenia i cele - poniekąd niezmienne...

Niezmiennie od początku istnienia bloga:

"Podstawowym marzeniem jest to, ażeby jak najwięcej ludzi uczyło się żyć od historii i przynajmniej ją szanowało.

Lubię powtarzać, że nie każdy musi pasjonować się historią, ale każdy powinien ją szanować. Oczywiście najlepiej byłoby, żeby jak najwięcej osób także się nią pasjonowało i to jest moje kolejne marzenie.

Cele? Rozszerzanie działalności, docieranie do użytkowników wszystkimi sposobami". 

A to marzenie z zeszłego roku, ciągle aktualne :)

"A tak pół żartem, pół serio, moim wielkim marzeniem jest dogonić i przegonić twórców pewnego amerykańskiego serialu, emitowanego również w Polsce, który zasłynął jako najdłuższy tasiemiec, obecnie ma już w USA ponad 8 tys. odcinków, a w Polsce ponad 7 tys. Co byście powiedzieli na to, żeby Historia nauczycielka życia też miała tyle? Oczywiście nie mogę tego obiecać, ale oby się spełniło ;) Wtedy wyglądałoby to tak: #10000 Historia nauczycielką życia | ...".

 

Laur Przyjaciela Historii - po raz trzeci!

fot. 3dman_eu (Pixabay.com)

Dwa lata temu miałem przyjemność i zaszczyt wręczyć Laury po raz pierwszy >>>. Listę laureatów także z zeszłego roku można sprawdzić tutaj >>>.

W maju 2018 rozdałem Złote Rabany 2017/2018 >>>, podobnie w maju tamtego roku >>> i tego >>>.

W tym roku statuetka Laur Przyjaciela Historii wędruje do Ryszarda Koszczyńskiego. W tamtym roku wyróżniony, w tym już Przyjaciel Historii. Serdeczne gratulacje.


Laur Przyjaciela Historii jest nagrodą tylko wirtualną, ale za laureata odmówię modlitwę Ojcze nasz - za niego i jego dzieła. Oczywiście nie zapominam w modlitwie także o całej Społeczności.
 


Tradycyjne odnowienie zawierzenia

Cytuję sprzed roku i lat dwóch; odnawiamy też nasze zawierzenie: "Chodzi o zawierzenie mojego blogowania Panu Bogu i Matce Bożej. Wielu pewnie się z tym nie zgadza, ale według mnie historia bez Opatrzności Bożej zwyczajnie nie ma sensu. Mógłbym pisać o historii tylko areligijnie i "neutralnie", ale wtedy byłbym wobec Was hipokrytą i obłudnikiem, a ja tego nie chcę, bo po prostu Was lubię i szanuję.

Dlatego też polecam to nasze wspólne blogowanie opiece z Wysoka, a także Was wszystkich".


"Do poczytania zatem w następnych tekstach i do siego roku, bo wierzę, że już za rok ukaże się czwarty wpis rocznicowy. Musimy przecież gonić 10 tys. odcinków, no nie? ;)" - tak było rok temu; wierzymy, że może już za rok przyjdzie nam się spotkać w ramach 4 podsumowania i w powiększonym gronie.


Pozdrawiam Was najserdeczniej.

sobota, 12 września 2020

#88 Historia nauczycielką życia | O Bohaterze, co wiedział, Komu się pod Wiedniem kłaniać

 Czyli m.in. o tym, że Polak to się równa Bohater


Bohater, którego dotyczy ta historia, nazywał się Andrzej Modrzewski (w literaturze spotyka się też: Modrzejowski, nie mylić z Andrzejem Fryczem Modrzewskim) herbu Grzymała. Był on pułkownikiem królewskim oraz podskarbim nadwornym koronnym (w 1683 r.). Zanim dostąpił tych godności, najzwyczajniej w świecie przyszedł na świat - w rodzinie Krzysztofa i Heleny Cebrowskiej. Było to najpewniej w latach 20. XVII w. To postać, która pięknie wiąże się z 12 września, czyli kolejną rocznicą odsieczy wiedeńskiej dziś przypadającą.

Chrzest bojowy przeszedł Modrzewski prawdopodobnie w czasach powstania Chmielnickiego w 1648 r. Po raz pierwszy źródła historyczne napomknęły o nim przy okazji bitwy pod Gródkiem Jagiellońskim (Bruchnalem) stoczonej 29 września 1655 r. Tam już wsławił się swoim bohaterstwem ratując wraz z innym szlachcicem z opresji hetmana Stanisława Potockiego. Nie wiemy czy jegomość Modrzewski walczył w okresie potopu szwedzkiego, natomiast gdzieś w roku 1660 r. był już rotmistrzem.

Andrzej Modrzewski stopniowo awansował w hierarchii i brał udział w kolejnych wojnach i potyczkach, z których jedną z ważniejszych była np. bitwa pod Mątwami z 1666 r., którą stoczył po stronie króla Jana II Kazimierza. Brał udział również w kampaniach tureckich i kozackich. Walczył m.in. pod Niemirowem (1672) i Chocimiem (1673). Stopniowo otrzymywał coraz ważniejsze zadania bojowe i dyplomatyczne, gdyż przewodził misjom dyplomatycznym.

Jan Damel, Bitwa pod Wiedniem, fot. wikimedia w domenie publicznej
 
Po wstąpieniu na tron Jana III Sobieskiego jeszcze bardziej uwydatniło się przywiązanie jakie ich łączyło; król bardzo cenił Modrzewskiego, który brał udział nawet w polowaniach monarchy i korzystał z jego pomocy przy ubieganiu się o bogatą przyszłą żonę (drugą w kolejności). Do ślubu doszło w 1678 r.

Wreszcie nastał rok 1683 r., kiedy wojska Rzeczypospolitej ruszyły pod Wiedeń. Modrzewski był tam jednym ze zdecydowanie najbliższych wojskowych w armii króla Sobieskiego (podobno sypiał u boku króla). Dowodził też najznamienitszymi chorągwiami.

Andrzej Modrzewski zapewne był pod Wiedniem jednym z tych, którzy kulom się nie kłaniali, a mówiąc mniej metaforycznie, nie kłaniali się Turkom. Kłaniali się jednak Bogu i Maryi, a odniesione zwycięstwo dedykowali właśnie Bogu; dzień wiktorii - 12 września - do dziś jest dniem wspomnienia Imienia Najświętszej Maryi Panny, czyli Imienin Matki Boskiej.

Pod Wiedniem Modrzewski walczył u boku królewicza Aleksandra. Ruszył na czele wojsk chrześcijańskich z takim animuszem, że zostawił w tyle towarzyszy i jako pierwszy wpadł w szeregi nieprzyjaciela. Przewaga Turków nad nim samym była oczywista, dlatego wielokrotnie ugodzony dzidami, Modrzewski wydał ostatnie tchnienie, stając się prawdziwym bohaterem dla potomnych. Śmierć Modrzewskiego opisał w liście jeden z dworzan. Relacjonował, że bardzo wiele ran dostał jegomość Andrzej, ale nie odcięto mu głowy, gdyż Turcy zlękli się nadciągających wojsk polskich, które niebawem pomściły śmierć wielkiego wojownika.

Wiele nauk można by wydobyć z dzisiejszego spotkania z Historią, ale my skupmy się może przede wszystkim na jednej: dobrze jest być żołnierzem, który się kulom nie kłania; w sensie: nieprzyjacielowi. Ale jeszcze lepiej być człowiekiem, który się kłania Bogu i u niego szuka pomocy oraz ratunku. O skuteczności takiego kłaniania przekonali się dobitnie Polacy pod Wiedniem. Wielu marzyło nawet o śmierci za wiarę, w której obronie jakże skutecznie wystąpili.
 
 

Zapraszam już teraz na kolejne odcinki. Tak się składa, że 26 sierpnia br. przypadała 3. rocznica istnienia bloga historianauczycielkazycia.blogspot.com. Przypuszczam, że  jeszcze we wrześniu ukaże się okolicznościowy wpis z tej okazji. Już teraz serdecznie zapraszam.


Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.



 


Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 11.09.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 Bibliografia wpisu:

  1. Andrzej Modrzewski h. Grzymała >>>;
  2. Andrzej Modrzewski - bohater spod Wiednia >>>;
  3. Modrzewski Andrzej h. Grzymała (zm. 1683) >>>

środa, 26 sierpnia 2020

#87 Historia nauczycielką życia | HW/4 Teraz Twoja kolej

 Czyli m.in. o tym, że bardzo wiele od Ciebie zależy



Kochani!

Mamy końcówkę sierpnia, a to niezbity dowód na to, że wielkimi krokami zbliża się rok szkolny. To również zapowiada koniec tegorocznej wakacyjnej serii na Historii nauczycielce życia. Czas zatem na ostatni akord, który jest zarazem początkiem...

Do tej pory powiedzieliśmy sobie, że wakacje to dobry czas, żeby zacząć szperać za historią wokół nas. Wobec nieraz dużej liczby materiałów niezbędne jest wybieranie na czym szczególnie skupimy naszą uwagę. Po trzecie, w tym wybieraniu bardzo przydatna jest pomoc innej osoby/osób, którzy mogą pomóc w zgłębianiu tajników historii we właściwy sposób. Gdy już to wszystko zrobimy, a nawet możemy jeszcze wcześniej, bo kolejność tych etapów nie jest tak naprawdę zupełnie sztywna, przychodzi kolej na nas. Ale nie na jakichś abstrakcyjnych nas, bliżej nieokreślone byty, ale konkretnie na mnie i na Ciebie. Tak, na Ciebie! Tu nie chodzi o górnolotne sformułowania, ale historia Ciebie potrzebuje.
 
fot. marcart, pixabay.com

Generalnie chodzi o to, że Twoim zadaniem jest wychodzić do innych z tym, co już dowiedziałeś się na temat historii. Historia jest na tyle bogata, że nikt nie jest w stanie wiedzieć wszystkiego, dlatego całkiem realne jest to, że Ty jesteś jedną z nielicznych osób, która może przywołać pamięć jakiejś zapomnianej osoby w Twojej miejscowości, jakiegoś powstańca, o którym poza jego kilkoma krewnymi nikt już nie pamięta, jakiegoś wydarzenia, które na swój sposób było wyjątkowe i niesie w sobie wspaniałe przesłanie, a mało kto lub prawie nikt nie wie, że coś takiego się wydarzyło.

W tym wszystkim bardzo ważne są konkrety. Jak docierać do innych z historią? No cóż, pomysłów jest wiele: zwykłe zaproszenie kogoś na herbatę i pogadanie o historii, rozmowa z kimś na poczekalni, pisanie tekstów lub robienie filmików, a może nawet zorganizowanie większego spotkania, zaproszenie ciekawych gości, otwarcie warsztatów historycznych, izby pamięci, itp. itd.

Tu liczę na Waszą pomysłowość. Podzielcie się, proszę, w komentarzach Waszymi propozycjami na docieranie z historią do innych.

Wakacyjna seria się kończy, ale tak jak wspomnieliśmy, dopiero zaczyna się propagowanie historii. Może nawet rozpoczynający się rok szkolny jest dobrą okazją, żeby coś konkretnego wokół historii zbudować bazując na trzech poprzednich etapach, które opracowaliśmy w trakcie wakacji. Jeśli jesteś studentem lub wakacje Cię po prostu nie dotyczą, zawsze masz pole do popisu; najlepiej zacznij już teraz, jeśli jeszcze w kierunku historii do tej pory nie działałeś.

Pamiętaj, historia Cię potrzebuje, bo bardzo wiele zależy od Ciebie. Teraz Twoja kolej.

Dzięki, że byliście ze mną w ramach tej wakacyjnej serii. Zapraszam na kolejne "zwykłe" odcinki od września. Tak się składa, że 26 sierpnia br. przypada 3. rocznica istnienia bloga historianauczycielkazycia.blogspot.com. Przypuszczam, że we wrześniu ukaże się jeszcze okolicznościowy wpis z tej okazji. Już teraz serdecznie zapraszam.

Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.



 

Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 24.08.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>