środa, 27 grudnia 2017

#17 Historia nauczycielką życia | Czas ucieka..., a co nas czeka?

    Czyli gdy coś się kończy i coś zaczyna


Skoro dwa dni Świąt już za nami, można by zatytułować ten ostatni wpis na Historii nauczycielce życia w tym roku kalendarzowym nieco inaczej, a mianowicie: „Święta, święta i po świętach...”. Poza tym, że nie byłoby to do końca prawdą, bo ciągle trwamy aż do Nowego Roku w tzw. oktawie Bożego Narodzenia (czyli nadal świętujemy narodzenie Pana Jezusa), wspomniane popularne hasło przynajmniej w moim odczuciu zionie pustką i jest zaprzeczeniem idei tego bloga i śmiem twierdzić, że i historii jako całości. Dobra, ale po kolei :)

Zabierając się za pisanie tego tekstu myślałem sobie oczywiście, co by dziś wystukać na klawiaturze. Okazja jest dość wyjątkowa, bo już lada moment wskoczymy do nowego roku. Chciałbym zatem dzisiaj popełnić coś takiego specjalnego. Postanowiłem wyjść od parafrazy znanego powiedzenia, które spopularyzował św. Jan Paweł II: czas ucieka, wieczność czeka (łac. tempus fugit, aeternitas manet – dosł. czas ucieka, wieczność pozostaje). Zamiast drugiego członu, postawiłem pytanie: „a co nas czeka?”. Dla mnie i dla wszystkich, którzy w Bogu widzą cel i sens historii, owa wieczność jest czymś z gatunku oczywistości lub przynajmniej powinna być, choć różnie to pewnie nieraz z tym bywa... Chciałbym jednak, dość przekornie, ponowić pytanie: a skoro nie wieczność, to „co nas czeka”? To pytanie odnosi się nie tylko do właściwie rozumianej wieczności, ale przede wszystkim nowych 365 dni, które przed nami.


A tam, jeszcze jest czas...

Może komuś nasuwa się zarzut: „znalazł się teolog i będzie teraz smęcił o wierze, itp.”... Otóż nie mam tutaj zamiaru zasypać nas treściami napompowanymi i górnolotnymi, ale zachęcam do trzeźwego spojrzenia na to, co było i co przed nami. Moglibyśmy tutaj podumać nad ideą czasu, jak to pojęcie postrzegano w ciągu dziejów; moglibyśmy odwołać się do filozofii poznawczej Kanta czy teorii względności Einsteina, ale nie o to tutaj chodzi. A o co chodzi?

Wiecie, tak sobie myślę, że jedną z głównych przyczyn, dla których wielu okrutnie niesłusznie uważa historię za dziedzinę nudną jest to, że często traktujemy ją jako takie „święta”; czyli gdy coś tam kiedyś się zdarzyło, to były właśnie takie „święta, święta i po świętach”; zakuć, zdać z historii do następnej klasy i zapomnieć. Koniec kropka. A właśnie chodzi o to, że historia kropki nie ma i mieć nie będzie. Niby ten świat widzialny kiedyś się skończy, ale czy tego chcemy czy nie każdy z nas będzie żył wiecznie: albo będąc potępionym, albo zbawionym. Chylę czoła przed wszystkimi, którzy na przeróżne sposoby próbują mówić i pisać o historii czy to wyszukując naprawdę świetne ciekawostki czy opisując życie prostych ludzi w ciągu dziejów, a nie tylko tych na topie poszczególnych epok. Robicie znakomitą robotę! Myślę, że ciągle jednak zbyt rzadko wyciągamy wnioski z tego co było, zbyt mało wgryzamy się w sens dziejów i traktujemy je tylko jako zbiór suchych dat, nazwisk i podchodzimy do niej na zasadzie „było, minęło”. Owszem, takie grzebanie w dziejach nie zawsze jest łatwe, ale jeśli już wejdziemy w to, mamy olbrzymie szanse połknąć okazałego bakcyla historii :) Takie sentymentalno-poznawczo-odkrywające podróże w przeszłość to niezwykła frajda!

Niech powyższe słowa będą dla nas taką małą nauką i zachętą.


Ups, już tyle życia minęło?

Na koniec tego roku i zarazem u początku nowego mam dla Was coś ciekawego do obejrzenia, na co wcale niedawno się natknąłem. Naprawdę warto!


Okazuje się, że jeśli tak dobrze przyjrzymy się dziejom, a może szczególnie historii Polski, dostrzeżemy Kogoś, kto to wszystko prowadzi, a dzieje minione nie są bezsensem i wybrykiem losu, ale pełnym miłości działaniem z Wysoka i współdziałaniem z nami.
Zerknijcie jeszcze na moją stronę na Facebooku; myślę, że to przyjemna refleksja na ten czas przechodzenia z 2017 w 2018 r.


Pragnę jeszcze życzyć sobie i Wam, Kochani, żebyśmy w tym nowym szczególnym roku dla naszej Ojczyzny (100 lat niepodległości) pamiętali o tym, że każdy z nas ma do zapisania przepiękne karty historii, bo historia nie zaczyna się gdzieś tam na wyżynach władzy, ale tuż obok mnie i Ciebie, w nas i poprzez nas. Nie zmarnujmy tego czasu i nie bójmy się go, ale po prostu: twórzmy historię. Nie musi to być coś na miarę Kolumba czy św. Jana Pawła II (choć kto wie ;). Czasami coś niepozornego kreuje przepiękną historię.
Bawcie się dobrze w Sylwestra i do poczytania (w sensie: do zobaczenia) w nowym roku na Historii nauczycielce życia :)


Bibliografia wpisu:


2. Dziś głównie moje rozmyślania i jak zawsze, w co wierzę, natchnienia z Góry :)

środa, 20 grudnia 2017

#16 Historia nauczycielką życia | Święta mało świąteczne

    Czyli ile jest Bożego Narodzenia w Świętach?



Skoro mamy już dzisiaj 20 dzień grudnia jest to doskonała okazja, żeby poczynić małe refleksje pod kątem zbliżających się świąt Bożego Narodzenia, tutaj oczywiście w duchu historii – nauczycielki życia. W pewnym sensie będzie to podobna tematyka do tej z wpisu o św. Mikołaju, ale tak to już jest, że czas grudniowy nastraja człowieka do świątecznych wynurzeń :)

Tak sobie zatem myślę, przyglądając się przedświątecznym reklamom i dekoracjom, że tzw. magia Świąt rozpoczyna się już czasem w październiku, a gdzieś czytałem, że podobno nawet już we wrześniu ;) W sumie to dobrze, bo można robić zakupy słuchając przyjemnych (choć czasami dość oklepanych...) melodyjek w stylu „Jingle bells” itp. Gdyby ktoś nawet zapomniał (a mógłby taki ktoś w ogóle być? :), że idą Święta, to wszystko nie pozwoli mu zapomnieć.



Mały zgrzyt pojawia się jednak w zasadzie po Sylwestrze i Nowym Roku, bo gdy wciąż jeszcze, szczególnie w Polsce, w najlepsze powinno trwać świętowanie (nawet do 2 lutego), ta świąteczna otoczka nagle się zmywa. Ktoś żartował, że może kiedyś już w grudniu będziemy mogli kupić baranka wielkanocnego... Choć niektóre markety tłumaczą się, że jest grupa klientów, którzy już tak wcześnie potrzebują tego typu produktów. I tu nie chodzi o przedwczesne świętowanie, ale możliwość zrobienia fajnych zakupów. Chociaż może ta przedświąteczna gorączka mogłaby przybrać bardziej adwentowy charakter, a nie od razu bożonarodzeniowy, jak to podobno jest w niektórych państwach zachodnich. Od czasu do czasu słychać wszak głosy, że trochę zbyt wcześnie się to zaczyna, ale i zbyt wcześnie kończy. Słyszałem taką opinię choćby z ust jednego ze słuchaczy Radia Maryja, które bardzo lubię słuchać.

Prowadzący słusznie jednak zaznaczył, że nie do końca mamy wpływ na to. Co innego, jeśli my lub ktoś z bliskich prowadziłby firmę, wtedy moglibyśmy siebie lub go powstrzymywać przed zbyt wczesnym świętowaniem. Tak czy inaczej prawa rządzące biznesem biorą tutaj górę czy tego chcemy czy nie: interes musi się kręcić, dlatego im wcześniej zaczniesz, to masz szansę więcej zarobić, nim uprzedzi cię konkurencja. A może warto byłoby coś sprzedać jeszcze po Bożym Narodzeniu, zaczynając później. Może wtedy bylibyśmy monopolistami poświątecznego biznesu, kiedy klienci chcieliby jeszcze coś zakupić, mimo że już stosunkowo dawno po Świętach?

To, o czym do tej pory sobie mówiliśmy to jedna sprawa, ale nie najważniejsza. Jaka jest zatem ta druga?

Dogrzebałem się ostatnio do artykułu sprzed trzech lat traktującego o postępującej laicyzacji świąt Bożego Narodzenia, które stają się po prostu Świętami (a może nawet świętami przez małe „ś”). Opisano tam to zjawisko na przykładzie Wielkiej Brytanii. O szczegółach możecie poczytać klikając w link odsyłający do wpolityce.pl. Działania tego typu tłumaczono unikaniem okazji do obrażenia uczuć religijno-światopoglądowych mniejszości narodowych. W domyśle chodziło chyba o muzułmanów. Żeby jednak było ciekawiej, Rada Muzułmanów Wielkiej Brytanii wystosowała na swojej stronie komunikat informujący, że nie chcą oni wprowadzenia zakazu świętowania Bożego Narodzenia, bo Jezus zajmuje ważne miejsce również w ich religii. Czy to wszystko zatem nie poszło już za daleko?

Na koniec tradycyjna, dzisiaj przedświąteczna nauka od historii, tej trochę starszej i całkiem współczesnej: Nie wiem jak dla was, ale dla mnie to mówienie o Świętach tylko na sposób czysto laicki i unikanie odniesień do wiary jest czymś nie tylko śmiesznym, ale wręcz żałosnym i zionącym duchową pustką. To trochę tak, jakby w czasie Twoich urodzin nie wspominano ani słowem o Tobie, ale obdarowywano się prezentami i traktowano ten wyjątkowy dzień jako święto, ale jedno z wielu. Czy chciałbyś, żeby o Tobie zupełnie zapomniano i unikano jakichkolwiek wzmianek o Tobie, żeby może nie urazić innych? A jak może się czuć Jezus, który czy tego niektórzy chcą, czy nie, przyszedł na świat dla wszystkich? Czy nie zasługuje na to, żeby świętując to wydarzenie, postawić Go na pierwszym miejscu, a wtedy choinka, zakupy, cała ta otoczka nic nie stracą ze swojego uroku; wręcz przeciwnie – dopiero wtedy nie będą czymś pustym, ale nabiorą prawdziwego znaczenia.




Teraz chciałem Wam złożyć życzenia, ale chyba nie będę tego robił, bo boję się, że kogoś urażę... ;) A już tak całkiem na poważne z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia życzę Wam, moje drogie Czytelniczki i kochani Czytelnicy, żebyście coraz bardziej interesowali się historią i pałali do niej większym uczuciem, a jeśli jeszcze się do niej nie przekonaliście, żebyście się stali gorliwymi historykami lub przynajmniej żebyście ją szanowali. Życzę Wam też odwagi i zapału w promowaniu historii i sukcesów także na tej niwie, gdy mówicie albo piszecie o historii. Bądźcie zdrowi, prawdziwie szczęśliwi i żyjcie w pomyślności. Nade wszystko życzę Wam jednak błogosławieństwa od Dzieciątka Jezus, dzięki któremu możemy zapisywać swoim życiem najpiękniejsze karty historii. Czym w ogóle byłaby historia bez przyjścia Pana Jezusa na ziemię... Nam wszystkim życzę wytrwałości w „uczęszczaniu” na lekcje udzielane przez Historię nauczycielkę życia, mniej lub bardziej poważne, a sobie też tego, żebym mógł dla Was dalej pisać o historii, a mam nadzieję, że choć trochę Wam się to podoba :)

Trzymajcie się ciepło i zapraszam Was już za tydzień na ostatni w tym roku kalendarzowym wpis na Historii.


Bibliografia wpisu:

  1. Mamy październik, a w niektórych sklepach czuć już... Boże Narodzenie;
  2. Zimowe Święta wypierają Boże Narodzenie. Świat coraz bardziej boi się Jezusa w żłóbku;
  3. Boże Narodzenie na sprzedaż? O desakralizacji języka religijnego w reklamie

środa, 13 grudnia 2017

#15 Historia nauczycielką życia | Grudniowe nauki

    A w grudniu zdarzyło się...

Bardzo serdecznie witam Was w kolejnym odcinku z cyklu rocznicowego. Dziś wyjątkowo spotykamy się w drugą środę miesiąca (pamiętny dzień dla naszej Ojczyzny - 13 grudnia), bo nieco ponad tydzień temu mówiliśmy sobie o św. Mikołaju (#14 Historia nauczycielką życia | Dekonspiracja św. Mikołaja). Mam nadzieję, że macie ochotę przypomnieć sobie tudzież poznać kilka mniej lub bardziej poważnych grudniowych rocznic. A zatem do dzieła!


Dość starym już zwyczajem (od września br. :) zapraszam do zapoznania się z 10 rocznicami z portalu ciekawostkihistoryczne.pl opatrzonymi naukami przeze mnie stworzonymi, które w mojej subiektywnej opinii chce nam przekazać historia.

  1. 5 grudnia 1867 r. (w 2017 r. przypada 150 rocznica wydarzenia) – Urodził się późniejszy marszałek Józef Piłsudski; w Zułowie. Już właściwie jako nastolatek dawał się we znaki caratowi i zaliczył zesłanie na Syberię w wieku 19 lat.
    Proponowana przeze mnie nauka z wydarzenia: Może właśnie dzisiaj, teraz, gdzieś w Polsce lub na świecie urodził się ktoś zacny. Dlaczego nie? Przecież 5 grudnia 1867 r. chyba niewielu (albo nikt) nie zdawało sobie sprawy z późniejszej świetności niemowlęcia, które właśnie wtedy przyszło na świat.
  2. 7 grudnia 1941 r. (76 rocznica) – Słynny atak Japończyków na Pearl Harbor. Niebawem doszło do odcięcia Amerykanów od plantacji kauczuku, stosowanego w prototypie bomby zapalającej. Co ciekawe, jej konstruktor – niejaki prof. Louis F. Fischer, zastąpił kauczuk mydłami naftalenowym i palmitynowym. Dało to początek tzw. napalmowi, czyli według internetowego słownika języka polskiego – „palnej, żrącej substancji o konsystencji galarety, stosowanej w miotaczach ognia i lotniczych bombach zapalających”.
    Nauka: Może czasami wydaje się, że jesteśmy odcięci od czegoś absolutnie „niezbędnego”, np. od Internetu, gdy nie ma prądu. A może właśnie wtedy odkryjesz coś niezwykłego lub wpadniesz na jakiś niesłychanie odkrywczy pomysł?
  3. 8 grudnia 1854 r. (163 rocznica) – Ogłoszenie konstytucji apostolskiej „Ineffabilis Deus” papieża bł. Piusa IX. Jego Świątobliwość uznał dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Spekuluje się, że to właśnie na cześć tego wydarzenia pierwsza polska osada, założona przez Górnoślązaków, w USA (Teksas) została nazwana Panna Maria.
    Nauka: Bardzo piękny, pewnie dość mało znany, przykład niezwykle Maryjnego rysu Polski i Polaków. Szkoda, że bardzo często wielu atakuje przejawy tradycyjnej, pięknej pobożności, także Maryjnej, w naszej Ojczyźnie. Trzeba pielęgnować to co szlachetne i wartościowe, a szczególnie zdrową pobożność.
  4. 11 grudnia 1941 r. (76 rocznica) – Jedyny raz w XX w. Polska wypowiedziała wojnę innemu państwu; była to Japonia. Wielu naszych przodków sprzeciwiało się rządowej decyzji, a adresat nie przyjął wyzwania. Formalnie jednak konflikt trwał do 1957 r...
    Nauka: Zazwyczaj to na nas napadano, więc choć raz Polacy zdecydowali: a co tam, chociaż raz rzućmy komuś wyzwanie ;) A już tak na poważnie, w historii często podkreśla się wagę i analizuje dzieje różnych konfliktów. Z jednej strony tak trzeba, bo walki to ważna płaszczyzna historiozofii, ale co Wy na to, gdyby położyć większy nacisk na historię pokojów; że jednak człowiek z człowiekiem i naród z narodem dogadać się potrafi?
  5. 13 grudnia 1981 r. (36 rocznica) – Tej daty nie trzeba chyba żadnemu Polakowi przedstawiać; wszak to wprowadzenie stanu wojennego.
    Nauka: Znowu wydarzenie mające w sobie coś z wojny. Czy kiedykolwiek zostanie wprowadzony wieczysty stan pokoju, czy trzeba czekać aż do końca świata?
  6. 18 grudnia 1529 r. (488 rocznica) – Było już o jedynym w XX w. wypowiedzeniu wojny przez Polskę innemu państwu, to teraz czas na jedyną w naszej historii elekcję vivente rege, czyli sytuację, gdy nowy król zostaje wybrany i mianowany władcą jeszcze za życia poprzednika. W tym wypadku królem został 9-letni Zygmunt II August, syn Zygmunta I Starego. O taką elekcję zabiegała matka małego króla – Bona Sforza, której stosunki z synem później uległy popsuciu. Wyjeżdżając z Polski zabrała z sobą 24 wozy pełne kosztowności.
    Nauka: Wiem, że może w tym miejscu trochę się powtarzam, ale historia znowu uczy, że konflikty i spory, nietrwałe sojusze i koalicje, to niemal codzienność patrząc z punktu widzenia dziejów.
  7. 19 grudnia 1972 r. (45 rocznica) – Zakończyła się misja Apollo 17, ostatnia z załogowych eskapad na Księżyc. Bardzo często astronauta jest w naszych oczach wielkim bohaterem – niezwykle odważnym człekiem. I słusznie. Jednakże podobno niektórzy z pierwszych przedstawicieli tej zacnej kategorii śmiałków, nie należeli do zbyt pozytywnych typów.
    Nauka: Tak czy siak, astronauci uczą, a przez nich historia, że warto przekraczać kolejne granice ludzkich możliwości. Oczywiście pewne wartości i zasady etyczne muszą zawsze być niezmienne.
  8. 20 grudnia 1991 r. (26 rocznica) – Internet zagościł w Polsce; nasza Ojczyzna została do niego przyłączona.
    Nauka: Nie jest niczym odkrywczym fakt, iż komputery były i są ważnym urządzeniem dla odbioru Internetu. Czasami jest tak, że jakiś wynalazek w połączeniu z innym tworzy jeszcze wspanialsze dzieło.
  9. 27 grudnia 1918 r. (99 rocznica) – Wybuchło słynne powstanie wielkopolskie, często nazywane jedynym zwycięskim w naszej historii, chyba nie do końca słusznie. Do jego wybuchu przyczyniło się przybycie Ignacego Jana Paderewskiego do Poznania poprzedniego dnia. Jako ciekawostkę dodajmy, że w młodości mistrz Paderewski grywał w duecie z Rudolfem Modrzejewskim, który zasłynął jako budowniczy rekordowych mostów w USA.
    Nauka: Ignacy Jan Paderewski jest znakomitym przykładem człowieka, który potrafił wykorzystać swoje talenty dla dobra Ojczyzny. Potrzeba nam takich ludzi.
  10. 31 grudnia 1992/1 stycznia 1993 (25 rocznica) – Miał miejsce tzw. „aksamitny rozwód” – rozpadła się Czechosłowacja, po upadku której powstały Czechy i Słowacja. Nieco wcześniej przez pewien czas Czesi i Słowacy spierali się, czy ich państwo powinno się nazywać Czechosłowacja (woleli Czesi), czy Cecho-Słowacja (woleli Słowacy).
    Nauka: Często w historii detal (nawet znak interpunkcyjny :) ma wielkie znaczenie.


  11. 20 grudnia 1991 r. Internet zagościł w Polsce dzięki czemu m.in. ja mogę pisać tego bloga :)

    Czas na pięć moich, dodatkowych, subiektywnych propozycji rocznicowych:

    1. 3 grudnia 1967 r. (w 2017 r. przypada 50 rocznica wydarzenia) – Południowoafrykański kardiochirurg Christiaan Barnard wykonał pierwszą w historii operację przeszczepu serca u człowieka.
      Proponowana przeze mnie nauka z wydarzenia: Pewnie to banał, ale przy tej okazji warto podkreślić, że człowiek jest w stanie robić piękne i wielkie rzeczy, tak jak we wspomnianym powyżej przypadku. Oby tylko jak najrzadziej, a najlepiej w ogóle, nie wykorzystywano ludzkich talentów do spraw zbrodniczych.
    2. 3 grudnia 1992 r. (25 rocznica) – Wysłano pierwszy w historii SMS. Pracownik Vodafone, niejaki Neil Papworth, przesłał życzenia bożonarodzeniowe swoim kolegom.
      Nauka: Korzystając na co dzień z dobrodziejstw techniki pamiętajmy przynajmniej od czasu do czasu o ich początkach. Wzbudźmy w sobie wdzięczność, także pod adresem wynalazców, często może zapomnianych; wszak, gdyby nie oni, mogliśmy tego nie mieć.
    3. 10 grudnia 1972 r. (45 rocznica) – Odszedł z tego świata Walenty Majdański, polski prekursor ochrony życia poczętego, pedagog, publicysta i pisarz.
      Nauka: Jakże dzisiaj potrzeba ludzi pokroju Walentego Majdańskiego. Życia, także tego poczętego, nie można relatywizować; życia trzeba bronić.
    4. 14 grudnia 1782 r. (235 rocznica) – Pierwsza próba lotu tzw. montgolfiery, czyli balona skonstruowanego przez słynnych braci Montgolfier.
      Nauka: Człowiek zaczął podbijać przestworza. Człowiek jest istotą, która potrafi przekraczać coraz bardziej nieosiągalne bariery. Jednocześnie nie jest w stanie do końca zrozumieć siebie i poradzić sam ze sobą. Zrozumienie może przyjść dopiero na drodze wiary.
    5. 30 grudnia 1922 r. (95 rocznica) – Oficjalne utworzenie ZSRR z Włodzimierzem Leninem na czele.
      Nauka: O ile, jak wspomnieliśmy, w sposób naturalny mogą umknąć naszej uwadze daty narodzin wielkich postaci i pięknych inicjatyw, o tyle również swój początek mają inicjatywy, które są siedliskiem wielkiego zła i ludzkiej krzywdy.


    Zbliża się Sylwester, czyli powoli kończymy wykazy rocznicowe na ten rok

    Na koniec przychodzi czas oczywiście na pewnie mniej ważne daty, ale z nich również możemy czegoś się nauczyć :)

    1. 1 grudnia 1962 r. (w 2017 r. przypada 55 rocznica wydarzenia) – Nocą z 30 listopada na 1 grudnia cofnięto warszawski kościół karmelitów pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny o 21 metrów w celu poszerzenia Alei Świerczewskiego. Co ciekawe, było to pierwsze tego typu zdarzenie w Europie, a trzecie na świecie (chodzi o przesuniecie obiektu sakralnego).
      Proponowana przeze mnie nauka z wydarzenia: Okazuje się, że nie tylko nasza konstytucja majowa była pierwsza w Europie, ale także inicjatywa nieco mniej chwalebna może poszczycić się tym mianem. Swoją drogą i już poważnie, dobrze że kościół przetrwał i nie został zburzony. Uratowały go wysokie koszty polityczne, których władze nie chciały ponosić.
    2. 4 grudnia 1977 r. (40 rocznica) – Prezydent Republiki Środkowoafrykańskiej, Jean-Bédel Bokassa, koronował się na cesarza, przyjmując imię Bokassa I.
      Nauka: Niezwykle kosztowne posunięcie (20 mln dolarów), wzorowane na koronacji Napoleona Bonaparte było przejawem megalomanii. Podczas gdy kraj (oficjalnie Cesarstwo Środkowoafrykańskie) pogrążony był w kryzysie gospodarczym, rządy cesarza na dodatek pełne były okrucieństwa. Czasami tak jest, że pod płaszczykiem potęgi i bogactwa skrywa się cała bieda i nędza. Chciałoby się powiedzieć, nihil novi sub sole...
    3. 18 grudnia 1912 r. (105 rocznica) – Jedno z ważniejszych fałszerstw archeologicznych: Szczątki tzw. człowieka z Piltdown miały być „brakującym ogniwem” ewolucji (człowiekiem-małpą). Dopiero 40 lat później okazało się, że to zwykłe oszustwo (czaszka należała do człowieka, żuchwa do orangutana, a ząb do szympansa :).
      Nauka: Czasami na siłę próbuje się szukać dowodów na poparcie jakiejś tezy. Może szczególnie wyraźnie widać to w przypadku różnych prawdziwych i rzekomych skamienielin. Niejednokrotnie kończy się to dość komicznie, jak w przypadku człowieka z Piltdown.
    4. 20 grudnia 1917 r. (100 rocznica) – Powstała Ogólnorosyjska Nadzwyczajna Komisja do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem (Czeka), z Feliksem Dzierżyńskim na czele.
      Nauka: Nasza, polska historia wypełniona jest życiorysami wielkich Polaków, z których winniśmy brać przykład. Niestety, są też postacie, na które lepiej spuścić zasłonę milczenia, żeby nie powiedzieć czegoś przykrego...
    5. 22 grudnia 1887 r. (130 rocznica) – Przyszedł na świat Srinivasa Ramanujan, indyjski genialny matematyk samouk, bez pełnego wykształcenia matematycznego.
      Nauka: Jakoś to już tak jest, że często w biedzie i tam, gdzie z pozoru nie ma nadziei na lepsze jutro, rodzą się wielkie perły, talenty w różnych dziedzinach. Innymi znanymi przykładami mogą być niektórzy sportowcy, np. piłkarze. Kto wie, może gdyby żyli w przepychu zmarnowaliby swoje talenty, a tak m.in. dzięki ciężkiej pracy i wrodzonemu uporowi dochodzili do wielkości?

    Tym sposobem kończymy wykaz grudniowych rocznic. Większą ich liczbę znajdziecie chociażby na starej, poczciwej wikipedii ;)

    Jeśli tylko macie ochotę odsyłam Was do pozostałych wykazów rocznic na moim blogu:

    Pozdrawiam Was ciepluteńko (szczególnie w tej porze roku :) i liczę, że będziecie do mnie zaglądać jak najczęściej. Pamiętajcie, że jesteście tu mile widziani. Zapraszam.

wtorek, 5 grudnia 2017

#14 Historia nauczycielką życia | Dekonspiracja św. Mikołaja

    O św. Mikołaju, Świętym Mikołaju i... świętym mikołaju



Miał być prezent i jest prezent – prezent mikołajkowy, czyli wpis poświęcony św. Mikołajowi, Świętemu Mikołajowi i... świętemu mikołajowi :).

Jesteście pewnie nieco zaskoczeni trzema różnymi zapisami. Nie jest to z mojej strony żaden wybryk, ale krótki przegląd możliwych form, które odnoszą się wbrew pozorom do nieco różnych postaci, choć w domyśle jest zapewne ten pierwotny – biskup Miry.

Tak się składa, że dzisiaj z racji jutrzejszych mikołajków we właściwym zrozumieniu mininauki, a raczej nauczki, będą pomocne reguły ortograficzne języka polskiego, obowiązujące od 2004 r. Spokojnie, nie będę Was katować żadnym dyktandem ani suchą wykładnią, choć nie ukrywam, że moim wielkim idolem jest profesor Jan Miodek, który w niezwykle pasjonujący i ekspresyjny sposób prawi o naszym ojczystym języku. Gorąco polecam, choć sam nie dorastam mojemu idolowi do pięt. Oto link do Słownika polsko@polskiego, gdzie można spotkać pana Profesora.

Wracając do tematyki mikołajkowej, chodzi o to, że zapisy św. Mikołaj i Święty Mikołaj odnoszą się  do postaci Świętego, który żył w latach 270 – 345/352. Pewnie mniej więcej orientujemy się w przynajmniej najważniejszych faktach z jego biografii, ale warto odwiedzić stronę brewiarz.pl (link w bibliografii), gdzie można poznać jego żywot.

To jest zatem ten, powiedzmy, prawdziwy Święty Mikołaj, a nie ten... no właśnie, święty mikołaj. Jeśli bowiem mamy na myśli tego pana, w kostiumie krasnoluda, który przywędrował do nas ze Wschodu, a jego pierwowzorem był niejaki Dziadek Mróz, to już wtedy obowiązuje zapis święty mikołaj, bo to już jest ten nieprawdziwy gość. W tym wypadku mamy na myśli tych mikołajów, którzy w okresie świątecznym wędrują po centrach handlowych z workami prezentów.

A gdy macie problem z prawidłowym zapisem podrzucam wam małą radę: w wyborze prawidłowej formy pomoże wam... pociągnięcie jegomościa za brodę. Jeśli okaże się, że to tylko sztuczna sztuka, najpewniej musicie użyć zapisu święty mikołaj. A gdy broda okaże się prawdziwa, to musicie napisać św. Mikołaj lub Święty Mikołaj. To tak pół żartem, pół serio, choć oczywiście reguła jest jak najbardziej poprawna.

Co ciekawe, jest jeszcze jeden jegomość (fajnie, 4 wyrazy na „j” się zeszły ;), o którym, przyznam się, nie bardzo pamiętałem. Chodzi o Świętego Mikołaja, którego możecie spotkać choćby w reklamie pewnego znanego napoju o ciemnej barwie, wielkiego konkurenta innego napoju też bardzo znanego :). Ta postać to tzw. ikona popkultury i ją zapisujemy dużymi literami – Święty Mikołaj. To taka nazwa własna, choć ten gość raczej przypomina Dziadka Mroza niż prawdziwego św. Mikołaja w biskupim stroju. Nie jest to zatem ani Święty Mikołaj biskup, ani święty mikołaj spotykany w sklepach i miastach z prezentami, tylko taka marka, taka ikona kultury masowej.

Wiem, że spotkać można jeszcze Gwiazdora, Aniołka, Dzieciątko, którzy również hojnie obdarowują prezentami grzeczne dzieci w różnych rejonach Polski, ale nie to jest sednem naszych dzisiejszych rozważań.

Przejdźmy na koniec do puenty, a zarazem małej nauki (refleksji): Przyznam szczerze, że trochę drażnią mnie często spotykane pytania typu: Czy Święty Mikołaj istnieje? Odpowiadam: pewnie, że tak!!! Istnieje, tylko nie taki przebrany gościu z prezentami, ale Święty, który jak wierzymy, obdarowuje nas prezentami z Nieba. Nieco tragikomiczne jest to, że kultura masowa spłyciła postać Świętego Biskupa do krasnoluda z okrzykiem: „Ho, ho, ho!!!”. I ze Świętego Mikołaja zrobiono tylko świętego mikołaja, a nawet mikołaja, któremu wiele brakuje do wielkości pierwowzoru, co pośrednio znalazło odbicie w różnych zapisach.

Zostawiam Was zatem z ciekawą fotką, którą wyczaiłem w Sieci i życzeniami, żeby odwiedził Was Święty Mikołaj, a nie święty mikołaj :) Podzielcie się może w komentarzach, co tam dostaliście w te mikołajki :)



Święty Mikołaj kontra święty mikołaj :)


Bibliografia wpisu:

  1. #5 Niespodzianka mikołajkowa, http://biblijnyraban.blogspot.com/2017/12/5-niespodzianka-mikoajkowa.html (mój drugi blog :);
  2. Biskup Miry, patron dzieci – Święty Mikołaj, https://editorial.pl/blog/2015/12/6-grudnia-grzeczne-dzieci-odwiedza-mikolaj/;

środa, 29 listopada 2017

#13 Historia nauczycielką życia | Powstawać czy leżeć?

    O odwiecznym polskim dylemacie: Czy powstania miały sens?

Wybuchło. W nocy z 29 na 30 listopada 1830 r. „Polacy! Wybiła godzina zemsty. Dziś umrzeć lub zwyciężyć potrzeba! Idźmy, a piersi wasze niech będą Termopilami dla wrogów” – tymi słowami podporucznik Piotr Wysocki miał zachęcić kadetów warszawskiej Szkoły Podchorążych Piechoty w Łazienkach do rozpoczęcia powstania, które przeszło do historii jako powstanie listopadowe. Tym samym przerwał odbywające się właśnie zajęcia z taktyki, wyprowadzając ich pod pomnik króla Jana III Sobieskiego. Grupa ruszyła na Belweder w celu pojmania Wielkiego Księcia Konstantego, namiestnika cara Mikołaja I, któremu ostatecznie udało się uciec.

Tyle na temat wybuchu powstania, pamiętnej Nocy Listopadowej. Myślę, że znamy te fakty dość dobrze; zwłaszcza ci, którzy interesują się historią, zapewne mogą wyrecytować te informacje obudzeni nagle w środku nocy. Pomyślałem sobie, że skoro ten wpis ma się pojawić w ostatnią środę listopada, akurat 29 dnia miesiąca, to niejako jestem zmuszony, będąc pod presją dziejów, żeby ten tekst, poświęcić powstaniu listopadowemu.



Polski Prometeusz, obraz Horace Verneta jako alegoria upadku powstania listopadowego;
źródło: Horace Vernet - http://www.varvar.ru/arhiv/gallery/romantism/vernet/vernet3.html, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3524441

Na temat wydarzeń tamtych lat 1830-1831 bardzo wiele już napisano i powiedziano. Można by je analizować z przeróżnych punktów widzenia, jak choćby pod kątem przyczyn ich wybuchu, przebiegu, skutków, sukcesów i błędów po polskiej stronie, itd. Na dodatek namnożyło się mnóstwo odmian „gdybologii”, która proponuje alternatywne wizje tegoż powstania, których główny nurt prowadzi do wniosku, że można to było wygrać, gdyby... No właśnie, gdyby... Gdybyśmy się nie bili, to... I wiele innych.

Ja dzisiaj chciałbym skupić się na jednej kwestii, być może kluczowej: Czy trzeba było to powstanie zaczynać? Może warto było zadbać o ocieplenie relacji z caratem, a wtedy kto wie: była szansa na poszerzanie autonomii w ramach imperium carów? Na dodatek przeciwnicy powstania podają przykłady Czechosłowacji i Wielkiego Księstwa Finlandii, które nie porywały się tak „chętnie” z szabelką do boju, a żyły sobie względnie spokojnie pod carskim berłem. Nie byli wolni zupełnie, ale przynajmniej nie wylewali hektolitrów krwi. Powstawać czy leżeć... pod powstańczym butem? Oto jest pytanie. A co Wy na to?

Na pierwszy rzut oka argumenty antypowstańcze, z których kilka powyżej wymieniłem, wydają się nie do odparcia bazując na realizmie politycznym. Przecież nie byliśmy potężniejsi od Niemiec ani Rosji, a tym bardziej od obu tych imperiów. Po co porywać się z motyką na księżyc?

Zauważmy jednak, w zgodzie z argumentacją za powstaniem, że taki tok rozumowania musi w konsekwencji w bliższej lub dalszej perspektywie prowadzić do poważnego osłabienia, a wreszcie utraty własnej tożsamości. Upływające lata działałyby na niekorzyść polskości. Pójście na układy z sąsiednimi mocarstwami nie było niczym innym jak zgodą na własne unicestwienie. Jak mówi prof. Andrzej Nowak (parafrazuję), Polska zawsze przeszkadzałaby potężnym sąsiadom i nie było żadnych szans na to, że w oparciu o współpracę z nimi, wybilibyśmy się na niepodległość. Skazalibyśmy się nieuchronnie na wieczne poddaństwo i życie w roli poddanych, kłaniających się możnym panom.

A co z przypadkami Finów i Czechów? Tutaj także powołam się na argumenty mojego idola historycznego prof. Nowaka, niedawno wspomnianego, oraz prof. Władysława Zajewskiego, które są do siebie bardzo podobne w swej istocie. Otóż Polacy XIX w. nie mogli wzorować się na Finach w aspekcie państwowości i stosunku do caratu. Wielkie Księstwo Finlandii, istniejące w latach 1809-1917, ze względu na poważny deficyt elit nie było w stanie zorganizować powstania. Poza tym Finowie nie mogli poszczycić się tak bogatą przeszłością i tradycjami narodowymi jak Polacy, którzy przecież wiedzieli już, co to znaczy być mocarstwem. I wreszcie argument kluczowy: położenie geopolityczne Finlandii nijak się miało do pozycji Polski. Ci pierwsi stanowili tylko element peryferii caratu, natomiast jak to już po części sobie powiedzieliśmy, Polacy narażeni byli na ciągłe przejawy wrogości ze strony potężnych sąsiadów, pośrodku których dane nam było istnieć na mapie dziejów. Co więcej, Finowie byli w orbicie wpływów przede wszystkim rosyjskich, natomiast Polacy mieli ten „zaszczyt”, że interesowali się nimi aż trzej mniej lub bardziej, ale potężni, sąsiedzi.

W zasadzie podobne argumenty można przytoczyć w stosunku do Czechów, którzy na skutek głównie bitwy pod Białą Górą z 1620 r. również utracili szlachtę, a zatem kwestia organizacji skutecznych powstań nie do końca wchodziła w grę. Poza tym Czesi egzystowali w jednym tylko zaborze – austriackim, który w latach 60. XIX w. stał się stosunkowo łagodny i chociażby perspektywa wywózki na Sybir nie śniła się Czechom po nocach.

Na koniec wpisu tradycyjnie przychodzi czas na wydobycie nauki z tego, o czym sobie do tej pory mówiliśmy: Jak wynika z naszych rozważań, porównywanie sytuacji Polski do Czech i Finlandii jest nie na miejscu. Szczególnie istotny jest czynnik położenia geopolitycznego tych narodów. Kto go nie rozumie, może ulec racjonalnemu, lecz bardzo zdradliwemu potępianiu organizacji powstań. Historia uczy nas, że racjonalizm, może nieco paradoksalnie, nie zawsze jest właściwą drogą do interpretacji i kreowania różnorodnych działań. Nierzadko poświęcenie i porywanie się na wydawałoby się niemożliwe, prędzej czy później okazuje się postępowaniem najbardziej odpowiednim, które przynosi wyśnione owoce, choć może nieraz okupione rozlewem krwi.



To tyle na dzisiaj i zarazem w listopadzie. Grudniowe rocznice z pewnych przyczyn ukażą się nie w pierwszą środę, ale w drugą środę miesiąca (13 grudnia – w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego :). Za tydzień mały prezent mikołajkowy, ale nie w środę, tylko we wtorek (5 grudnia :). Pozdrawiam Was ciepło i gorąco zachęcam do ustosunkowania się w komentarzach do powyższych rozważań i wypowiedzenia się w kwestii zasadności organizowania powstań. Trzymajcie się ciepło.


Bibliografia wpisu:

  1. Powstanie listopadowe – klęska na własne życzenie, https://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/988945,Powstanie-listopadowe–kleska-na-wlasne-zyczenie (korzystałem z tego artykułu, ale w momencie ostatecznej edycji wpisu nie mogłem się już tam dostać; nie wiem, co się stało, ale może Wy już możecie tam wejść);
  2. Prof. Andrzej Nowak – Bić się czy nie bić: spór o polskie powstania (cykl Węzły polskiej pamięci), https://www.youtube.com/watch?v=Vv5Y43rsaCo (szczególnie polecam; bardzo lubię ten cykl i bardzo cenię prof. A. Nowaka);
  3. Zajewski: Polska nie mogła naśladować Finów czy Czechów, http://www.portal.arcana.pl/Zajewski-polska-nie-mogla-nasladowac-finow-czy-czechow,4391.html.

środa, 22 listopada 2017

#12 Historia nauczycielką życia | Jak cię widzą, tak cię piszą

    O tym, jak nieraz dziwne przydomki nosili władcy

25 listopada 1177 r. w bitwie pod Montgisard Saladyn (imię pełne: al-Malik an-Nasir Salah ad-Dunja wa-ad-Din Abu al-Muzaffar Jusuf ibn Ajjub ibn Szazi al-Kurdi; uff, prawda, że hardkor, a co dopiero zapis w oryginale...; jeśli jesteś uczniem, możesz zaskoczyć nauczyciela; a nuż wpadnie ci superocena :) został pokonany przez Baldwina Trędowatego i Renalda z Châtillon. Wbrew pozorom nie będziemy dzisiaj zagłębiać się w szczegóły tej bitwy, ale zbliżającą się 840 rocznicę tego wydarzenia wybrałem jako pretekst do nieco luźniejszego pochylenia się nad historią, jak to zazwyczaj pod koniec miesiąca bywało, choć sama bitwa była wydarzeniem nader poważnym i wielce efektownym, jako że chrześcijańskie wojska rozbiły o wiele liczniejsze zastępy egipskie. Nie zabraknie jednak całkiem poważnych morałów. Witam Was zatem, moi Drodzy, i zapraszam na środę z Historią nauczycielką życia, a tym razem pogadamy sobie trochę o... królewskich przydomkach.



Nawet osoby mniej zorientowane w historii i nie bardzo się nią pasjonujące, na pewno spotkały się z wieloma przydomkami średniowiecznych władców, bo na takich się dzisiaj skupimy, choć z małym wyjątkiem :) Jedne z nich nas zachwycają, a inne bawią do rozpuku. Skąd się w ogóle wzięły? Poniekąd stąd, iż często działała zasada obowiązująca niejednokrotnie na kolonii czy obozie: królowie i lud, niczym dzieci, zyskiwali ksywy pochodzące często od jakiejś fizycznej ułomności czy przykrej tudzież dominującej cechy charakteru. Przydomki rodziły się też na skutek zwycięskich bitew czy cech wielce chwalebnych. Inna przyczyna była prozaiczna: w tamtych czasach nie było nazwisk, a zatem taki przydomek znakomicie określał jaśnie panującego. Ważne jest też to, że wiele przydomków rodziło się dopiero po śmierci ich adresatów. O tych i innych kwestiach mówił historyk Łukasz Przybyłek (link macie w bibliografii; to ten z Polskiego Radia). Dość gadania, czas na przykłady. Poniżej znajduje się lista 5, moim zdaniem najdziwniejszych przydomków. To oczywiście wykaz bardzo subiektywny. Nadmienię jeszcze, że wspomniany we wstępie Baldwin rzeczywiście od małego cierpiał na trąd. Na koniec odniosę się do tego w stosownej nauce.

Ranking:
  1. Konstantyn V Kopronim (718-775) – Przydomek tego bizantyjskiego władcy na pierwszy rzut oka jest całkiem okej. Problem powstaje wtedy, gdy wczytamy się w brzmienie greckie: kopros – łajno i onoma – imię... Taką ksywę nadali mu nieprzychylni ikonoklastom (obrazoburcom, czyli opowiadającym się za niszczeniem wizerunków Boga i świętych) historycy.
  2. Kaligula (właściwie Gaius Iulius Caesar Augustus Germanicus; 12-41) – To właśnie ten wyjątek spoza średniowiecza :) Ten cesarz rzymski, na temat którego można przeczytać i usłyszeć bardzo wiele paskudnych opinii miał w gruncie rzeczy całkiem słodki przydomek, czyli Kaligula: w zasadzie pierwsze dwa lata swojego życia przyszły cesarz spędzał najczęściej wśród żołnierzy, u boku swego ojca Germanika, którzy bardzo go lubili. Sporządzono mu podobno miniaturowy strój legionowy, w tym małe buciki, sandałki – caligulae. Rodzice przyszłego cesarza również tak go zaczęli określać i został Kaligulą – Małym Bucikiem ;)
  3. Bolesław II Rogatka (lub Łysy, Srogi, Cudaczny; 1220/1225-1278) – Jest i polski wątek, moim zdaniem książę Bolesław wymiata jeśli chodzi o dziwne przydomki naszych władców ;). Ten najstarszy wnuk św. Jadwigi Śląskiej i pierworodny syn Henryka Pobożnego był podobno zwolennikiem uciech światowych, był zuchwały i porywczy. Przez wiele lat toczył spory z młodszymi braćmi. Na swoim koncie miał też zatarg z biskupem Tomaszem i porwanie swojego młodszego brata Henryka IV Probusa.
  4. Ragnar Lodbrok, czyli Ragnar Włochate Portki lub Ragnar Włochate Gacie (?-przed 865) – postać niemal legendarna, władca Danii. Podobno miał na sobie ekstrawagancki futrzany strój, gdy ruszył na ratunek żonie. Owe włochate portki uchronić go miały przed jadem smoka.
  5. Władysław Odonic (lub też Plwacz; ok 1190-1239) – No proszę, jest i drugi polski akcent :). Był wnukiem Mieszka III Starego, synem Odona poznańskiego. Skąd ten drugi przydomek Plwacz? Nie wiadomo do końca. Może z powodu jakiejś choroby gardła lub suchot; ewentualnie mogło chodzić o złe maniery księcia...

Wilhelm z Tyru był pierwszą osobą, która dostrzegła u młodego Baldwina objawy trądu.;
źródło: Autor nieznany - mid-13th Century MS of the Estoire d'Eracles, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1553628

Gorąco zachęcam Was do prezentowania własnych rankingów przydomkowych w komentarzach.

Na koniec nauka lub raczej nauczka: Realia szkolne, ale nie tylko, obfitują w nadawanie przydomków. Warto pamiętać, że nie jest to tylko niewinną zabawą, ale bardzo często nieopaczne nazwanie kogoś, nawet po części uzasadnione, może poczynić wiele szkód. Co więcej, taka ksywa może być niczym znamię przypięte komuś na całe życie. Wspomniany król Baldwin IV Trędowaty był bardzo walecznym władcą, pomimo nieuleczalnej choroby, która stopniowo go wyniszczała. Myślę, że przyglądając się przydomkom postaci historycznych, a może przede wszystkim zbyt pochopnie operując na prawo i lewo w naszych środowiskach ksywami i przezwiskami, powinniśmy pamiętać, że za pozornie śmiesznym przydomkiem może kryć się poważne cierpienie lub przykrość.

Jeśli ewentualnie spodobał ci się ten tekst, możesz zerknąć do innych tego typu klikając w etykietę Ciekawostki-mininauki i nauczki.

Z kolei wszystkie do tej pory opublikowane wpisy znajdują się na liście wpisów.

Trzymajcie się zdrowo.


Bibliografia wpisu:
  1. Plątonogi, Krzywousty, Wstydliwy. Skąd się wzięły przydomki polskich władców?, http://natemat.pl/152883,platonogi-krzywousty-wstydliwy-skad-sie-wziely-przydomki-polskich-wladcow;

środa, 15 listopada 2017

#11 Historia nauczycielką życia | Wielki dług historii?

    O tym, że istnieją nie tylko długi ekonomiczne

Moi Drodzy, tak się składa, że drugi wpis z rzędu (pierwszy, jak może pamiętacie, dotyczył niepodległości #10) na tym blogu opatrzyłem tytułem, który kończy się znakiem zapytania. Nie chodzi tu tylko o zapowiedź rozważań historycznych, dzięki którym mamy nadzieję znaleźć odpowiedzi na ważne kwestie historyczne, lecz także jest to zachęta dla Was do zastanowienia się nad proponowanym zagadnieniem, do komentowania, do wnoszenia czegoś nowego od siebie, dla ubogacenia nas wszystkich. Jako że jutro, 16 listopada, przypada 485 rocznica bitwy pod Cajamarca pomiędzy hiszpańskimi konkwistadorami i Indianami, chciałbym dzisiaj pochylić się nad kwestią podbojów nowych ziem przez Europejczyków. Jak może pamiętacie, umieściłem to wydarzenie na mojej subiektywnej liście 5 najważniejszych rocznic listopadowych, we wpisie #9. Napisałem wtedy m.in. o spłacaniu wielkiego długu historii i chciałbym ten temat nieco rozwinąć.

Jak wspomniałem 16 listopada 1532 r. pod Cajamarca (miasto w Peru) starły się siły hiszpańskie, którymi dowodził słynny konkwistador Francisco Pizarro, w liczbie ok. 150 do 280 żołnierzy z siłami inkaskimi pod przywództwem Atahuaply, składającymi się z ok. 4 tys. (choć są tacy, którzy tę liczbę zwiększają nawet do 10 tys.) nieuzbrojonych, ale zaprawionych w bojach wojowników. Europejczycy posiadali podobno 3 działa. Nie trzeba być wielkim znawcą w dziedzinie wojskowości, żeby zauważyć ogromną przewagę Indian. Dużym plusem dla nich była też znajomość terenu; w końcu byli u siebie. Za to Hiszpanie niesłychanie górowali oczywiście pod względem uzbrojenia oraz posiadali w swoich szeregach konie, które potęgowały jeszcze majestat i splendor, jaki towarzyszył Europejczykom – postrzeganym jako mityczni bogowie.



I zaczęło się. I szybko się skończyło; walki trwały mniej niż pół godziny; tak przynajmniej twierdzą niektórzy... Podczas gdy życie straciły tysiące zmasakrowanych Inków, raptem podobno tylko dwóch Hiszpanów odniosło jakieś rany, w tym Pizarro, który, wedle zapisków wojennych Pedro Pizarro, kuzyna Francisco i uczestnika działań zbrojnych, chciał osłonić od ciosu Atahualpę, zapewne żeby ten mógł być wzięty do niewoli, a nie zabity. Historycy wspominają, że klęski Indian nie byli w stanie odwrócić nawet powracający wojownicy z głównej inkaskiej armii, których mogło być nawet do 80 tys. Bez pojmanego przez Hiszpanów wodza, niewiele mogli. Dodajmy, że pod koniec sierpnia 1533 r. Atahualpa został uduszony, pomimo ofiarowanych Europejczykom bogactw. Znów można wywęszyć pewien nietakt ze strony naszych przodków. Planowano nawet spalić go na stosie, ale przed śmiercią przyjął chrzest.

Domyślamy się zapewne, co przyczyniło się do klęski Indian: przewaga militarna Europejczyków, na dodatek niedoceniana przez Inków; trąbki zastosowane przez konkwistadorów i dzwonki przypięte do uprzęży i tak strasznych w oczach Indian koni, potęgowały wśród nich przerażenie; inkaskie siły, nieznające tej taktyki, wpadały także w zasadzki zastawione przez Hiszpanów; czary goryczy i pogromu dopełniło też chyba zjawisko tzw. samospełniającej się przepowiedni – Inkowie wszak wierzyli, że tajemniczy brodaci mężczyźni, zapowiadani w ich wierzeniach, mieli unicestwić imperium inkaskie; trudno jest walczyć, kiedy w głowie panuje tak brutalne przekonanie, że sytuacja jest przegrana niemal na wstępie.

Można by jeszcze zdecydowanie bardziej szczegółowo opisywać przygotowania i przebieg bitwy, ale w tym celu odsyłam Was do stosownych treści, choćby wymienionych w bibliografii. Wydaje mi się, że ważniejsze jest chyba jednak wyciągnięcie wspólnymi siłami wniosków i nauki wypływających z tamtych przykrych wydarzeń.

Otóż zagłębiając się nieco w wydarzenia związane z podbojem cywilizacji prekolumbijskich w Ameryce, ale i zapewne zdobywania przez Europę władzy w Afryce czy Australii, trudno się oprzeć wrażeniu, że mogło to wszystko potoczyć się zupełnie inaczej. Czy na pewno musiało zginąć tak wielu przedstawicieli rdzennej ludności? Rzecz jasna w bardzo wielu przypadkach pogromcami Indian byli nie tyle Europejczycy, co raczej przywleczone przez nich choroby, zabójcze dla cywilizacji nieeuropejskich. Jednakże krwawe pogromy czy śmierci autochtonów zmuszanych do pracy na plantacjach, obciążają już nasze europejskie sumienia.



Bitwa Inków z Hiszpanami;
źródło: By Lupo - Na Commons przeniesiono z en.wikipedia., Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=474992

Wydaje się, że to, co w znacznym stopniu przyczyniło się do śmierci rzesz tubylców, należy nazwać pewnym imperializmem, pychą czy żądzą bogactw i władzy ze strony Europejczyków. Bardzo smutne jest również niezrozumienie wierzeń Inków czy innych ludów. Poniekąd można tłumaczyć konkwistadorów, którzy widząc krwawe rytuały tubylców mogli czuć strach i wstręt do kompletnie obcych im praktyk. Zgadzam się jednak z Wojciechem Cejrowskim, który w trakcie jednej ze swoich wypraw do Ameryki Południowej („Boso przez świat”) słusznie zauważył, że gdyby nasi przodkowie postarali się głębiej wejść w znaczenie tych z pozoru makabrycznych i dziwnych wierzeń, mogli tam odnaleźć wiele chrześcijańskich motywów. A zatem może to nie miecz, ale przykład życia i stopniowe nauczanie Ewangelii byłoby lepszym rozwiązaniem.

Wobec powyższego pragnę jednak wyraźnie podkreślić, że wszelkie ocenianie czegoś lub kogoś z perspektywy czasu ZAWSZE musi brać pod uwagę czas, jaki upłynął od tamtych wydarzeń. To nie jest bowiem tak, że Inkowie byli niewiniątkami, bo też różne sprawy mieli na sumieniu ani też nie jest tak, że wszyscy Europejczycy, konkwistadorzy, to w ogóle skończeni barbarzyńcy, bo przecież w gruncie rzeczy chcieli krzewić wiarę, a że wyszło jak wyszło, trudno to tak zupełnie jednoznacznie potępić, choć dziś takie negatywne stanowisko wobec tamtych przykrych wydarzeń jest jak najbardziej uzasadnione. Mimo to biorąc pod uwagę realia tamtej epoki i sposób przeżywania wiary i władzy, który w ciągu wieków podlega oczywiście pewnym modyfikacjom, trudno usprawiedliwić barbarzyńskie metody, jakie stosowali Europejczycy i występki, do których się posuwali.

Chciałbym zakończyć nasze dzisiejsze spotkanie z historią taką puentą, nauką, która chyba dzisiaj zdecydowanie zbyt rzadko pojawia się na światowych salonach. Dobrze, że dyskutujemy o ekonomii, w tym o długach, zadłużeniu państw; ekonomia jest przecież bardzo ważną sfera życia; tak sobie jednak myślę i ta myśl powraca do mojej głowy od lat czy przypadkiem nie za mało uwagi poświęcamy długowi, który jest do końca niemierzalny i trudny do oszacowania; nazwałem go długiem historii. Co ze spuścizną epoki podbojów, kolonii, wyzysku i niewolnictwa? Czy wszystko jest już przebaczone i uregulowane? Pewnym przykładem takiego toku rozumowania są też głośne reparacje wojenne, a raczej ich brak, w stosunku do nas; a wiemy, że wielcy minionych lat często nas nie rozpieszczali... Bynajmniej nie chodzi tu o jakąkolwiek zawiść czy brak przebaczenia, bo przebaczenie musi być zawsze. Jednak co robimy i co robią inni, żeby uregulować to, co można nazwać ciemnymi plamami historii?

To tyle na dziś. Dzięki za wytrwałość ;) Odnieście się proszę, jeśli macie chwilę, do tych kwestii w komentarzach. Chyba są ważne, jak uważacie?

Trzymajcie się zdrowo mimo jesiennej pory :)


Bibliografia wpisu i propozycje do osobistej lektury:
  1. Magidowicz I. P.: Historia poznania Ameryki Środkowej i Południowej. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1979. ISBN 83-01-00101-1.
  2. Tarczyński A.: Historyczne Bitwy: Cajamarca 1532. Warszawa: Wydawnictwo Belllona, 2006. ISBN 83-11-10362-3.