sobota, 8 sierpnia 2020

#85 Historia nauczycielką życia | HW/2 To są historyczne wybory

Czyli m.in. o tym, że w kontekście historii musimy wybierać


Kochani!

W pierwszym odcinku tej wakacyjnej serii zachęcałem Was do rozejrzenia się wokół i wyruszenia na odkrywanie historii, która nierzadko kryje się bardzo blisko: w szafie, piwnicy, na półce bibliotecznej, na strychu, itd. itp. Dziś, w odcinku nr 2 "Historycznych wakacji", podrzucam Wam krótką refleksję, która może pomóc nam rozpracować rezultaty odcinka pierwszego. Zatem, ad rem.

fot. Sophieja23, Pixabay.com

Nie wiem jak Wy, ale mnie od czasu do czasu towarzyszy takie przeświadczenie, że nieunikniona jest konieczności wybierania. Nie chodzi tu oczywiście w tym wypadku o wybór prezydenta czy innego polityka, ale wybory dotyczące historii. Rozglądając się za historią możemy prędzej czy później odnieść wrażenie, że choćbyśmy nie wiem jak długo żyli, nie mamy realnych szans na przejrzenie wszystkiego, co dotyczy historii, na przeczytanie wszystkich książek jej poświęconych, na obejrzenie wszystkich filmów, itp. Przyznam, że jako dziecko byłem przekonany, że przeczytam wszystkie książki świata :) Teraz wiem, że to były piękne, ale jednak infantylne wizje.

Jest to swego rodzaju powód do małego zawodu lub frustracji, że tak wiele kwestii związanych z kochaną historią nie jesteśmy w stanie przerobić. Przecież rodzina, praca, dom, itd. Ba, nawet zawodowi historycy nie są w stanie mówiąc brzydko - przetrawić wszystkiego. Jest duża szansa, że z czymś genialnym w tej materii możemy nie zetknąć się przez całe życie i utracimy to w pewnym sensie bezpowrotnie.

Co zatem począć? Jak rozkminić ten problem?

Wydaje mi się, że przede wszystkim trzeba sobie jasno odpowiedzieć przynajmniej na dwa pytania: czego oczekuję w kontekście interesowania się historię? Czy to, czego oczekuję, jest rzeczywiście tym najlepszym?

Przykładowo dla kogoś historia to może przede wszystkim kopalnia ciekawostek. Taka osoba przeczesuje dzieje właśnie pod tym kątem. Czy to źle? Moim zdaniem zdecydowanie nie. Ale odpowiedź na drugie pytanie może trochę dać do myślenia. Czy rzeczywiście ciekawostki z historii są tym czymś najważniejszym, co możemy wydobywać ze skarbca historii?

Inni znów będą może węszyć za teoriami spiskowymi. To będzie dla nich sens istnienia historii.

Jeśli chodzi o mnie, to w zgodzie z motywem przewodnim tego bloga za najważniejsze w historii uważam wyciąganie z niej wniosków przydatnych na teraz, jutro i całą przyszłość.

Przynajmniej do publikacji kolejnego odcinka zostawiam Was z tą sprawą. Jeśli ktoś nie zabrał się jeszcze za pierwszy odcinek, można to nadrobić. Oprócz tego spróbuj sobie odpowiedzieć na dwa postawione dziś pytania. W trakcie kolejnego spotkania dotkniemy sprawy, która pomoże nam uporządkować fakty i pójść dalej.

Proszę, jeśli spodobał Ci się pomysł na tę serię, udostępnij innym, podaj dalej, skomentuj.
Wielkie dzięki, Przyjaciele Historii!



Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 03.08.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

środa, 22 lipca 2020

#84 Historia nauczycielką życia | HW/1 Historia bliżej niż myślimy

Czyli m.in. o tym, że historia czai się u Ciebie na strychu


Moi Drodzy!

Trwają wakacje. Wiem, że takie stwierdzenie to nic odkrywczego, niemniej jednak bardzo chciałbym, żeby te wakacje były dla nas odkrywcze, przede wszystkim w kontekście historii.

Zastanawiając się nad tym, jak będą wyglądać wakacje na tym blogu, w końcu zauważyłem w głowie pomysł, żeby powstała seria nazwana Historyczne wakacje. Dlaczego historyczne? Bo dotyczące historii, ale także historyczne z tego względu, że ważne; z kolei ważne z tej przyczyny, że spróbujemy podejść do historii najbardziej praktycznie w trakcie naszych dotychczasowych z nią spotkań. Moim wielkim marzeniem jest, żeby każdy wpis na tym blogu kładł nacisk przede wszystkim na życiowy, praktyczny wymiar wydarzeń i zjawisk dziejowych. Nie skądinąd wzięła się też nazwa tego bloga - Historia nauczycielką życia. Wierzę, że założenia udało się mniej lub bardziej udolnie zrealizować. Poczułem jednak natchnienie, żeby przynajmniej na czas tych wakacji jeszcze bardziej praktycznie podejść do sprawy. Wakacje są właśnie wyśmienitym czasem, bo wielu z nas ma trochę więcej wolnego czasu i może więcej tegoż czasu poświęcić historii. I to bardzo praktycznie.

fot. blende12, Pixabay.com

Oto moja propozycja na początek: spróbujmy rozejrzeć się za historią wokół nas. Może to brzmi dość trywialnie, ale czasami tego właśnie nam brakuje; nierzadko znamy historię, a przynajmniej jakieś nieliczne jej wycinki, z mocno teoretycznej strony. Tymczasem chodzi o to, żebyśmy poszukali jej tak bardzo namacalnie. Jak to zrobić? Może masz w domu strych lub jakieś inne miejsce, gdzie zalegają od dawien dawna już mocno zakurzone artefakty po dziadkach, rodzicach, innych krewnych, itp. Może już tam nie byłeś od wieków niepamiętnych. A może mamy stare albumy, które gdzieś tam w kąciku żebrzą o chwilę Twojej uwagi? A może gdzieś tam głęboko w piwnicy kryją się prawdziwe skarby po przodkach, które zamierzasz w najbliższym czasie wyrzucić na śmietnik? A może znamy na przykład jakąś starą osobę, którą moglibyśmy odwiedzić z dobrym ciastkiem w ręku i posłuchać ciekawych historycznych opowieści? A może Ty masz jakiś swój własny pamiętnik lub pamiątki po Twoim dzieciństwie, do których już dawno nie zaglądałeś? A może gdzieś tam kiedyś rzucił Ci się w oczy stary film, książka, jakikolwiek materiał w internecie, na których przeglądanie nigdy nie miałeś czasu? Może właśnie wakacje są dobrym czasem żeby nadrobić te historyczne zaległości? A może wreszcie niedaleko Twojego domu kryją się jakieś tajemnice: zapomniana bitwa, inne ważne wydarzenie, coś szczególnego sprzed wieków, pomnik, itp.?

A może masz jeszcze jakiś inny pomysł/pomysły jak praktycznie dobrać się do historii w Twoim otoczeniu???

W związku z powyższym dość gadania :) Czas ruszać do dzieła i przepoczwarzyć się w odkrywcę historii. W kolejnym odcinku wakacyjnej serii pociągniemy troszkę inny aspekt sprawy, a teraz życzę sobie i Wam owocnych podróży historycznych. Chodzi też o to, żebyśmy na nowo złapali historycznego bakcyla.

Wakacje wakacjami, ale nauka z historii musi być ;) Nauką z dzisiejszego naszego spotkania niech będzie to, że historia jest bliżej, niż myślimy i czai się u nas na strychu ;)

Proszę, jeśli spodobał Ci się pomysł na tę serię, udostępnij innym, podaj dalej, skomentuj.
Wielkie dzięki, Przyjaciele Historii!



Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 22.07.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

sobota, 4 lipca 2020

#83 Historia nauczycielką życia | Uwaga: pandemia przybiera na sile!

Czyli m.in. o tym, że istnieje pandemia, która ciągle przybiera na sile


I stało się - w miejscu X, w dniu Y zaistniał pierwszy przypadek. Bardzo szybko okazało się, że nie będzie odosobniony, gdyż w tej samej mieścinie/wioseczce/osadzie, a następnie w okolicznych wioskach przybywało tego typu praktyk. Kolejne ogniska złowrogiej pandemii wybuchały w różnych miejscach. Z każdym dniem, tygodniem, miesiącem, rokiem - było tego coraz więcej, więcej i więcej.

Dawaj kwarantannę! Niech wprowadzą kwarantannę! Niech rządy, jacyś ludzie decyzyjni, zareagują póki jeszcze czas - krzyczysz, słuchając tej historii. Nauczony COVID-em-19 jesteś bogatszy w doświadczenia. I słuszne masz zamiary, ale muszę Cię zmartwić - tej pandemii, o której tu mowa, nie zatrzymano na czas, wybuchła już bardzo dawno temu i jej początków już nikt z żywych nie pamięta; mało tego: wobec jej katastrofalnych skutków we współczesnym świecie bardzo niewiele w stosunku do ogromu zjawiska, udało się zrobić. Dla przykładu w 2019 r. ta pandemia zabiła średnio ponad 115 tys. istot ludzkich w ciągu doby! Razem dało to ok. 42 milionów (!) w całym roku.

Na stronie internetowej worldometers.info >>> gromadzone są i na bieżąco aktualizowane dane na temat tej pandemii, podawane za Światową Organizacją Zdrowia (WHO). Na ten moment to już ponad 21,5 miliona ofiar tej pandemii od 1 stycznia 2020 r. do dziś. Dla porównania słynny, również bardzo groźny koronawirus, zabił do tej pory ponad 500 tys. ludzi na całym świecie. A zatem pandemia, o której mowa, w 2020 r. pozbawiła do tej pory życia ok. 40-krotnie więcej ludzi niż COVID-19. Tyle, że uśmierciła osoby jeszcze nienarodzone - bardzo często w majestacie prawa, bez zbytniego rozczulania się nad każdym zgasłym istnieniem, ot tak jakby nigdy nic.

Tak, pandemia, o której mowa, to aborcja...

fot. GDJ, Pixabay.com
Moi Drodzy,

ten temat chodził mi po głowie już od dość dawna, niemal od wybuchu COVID-19. Nie jest moim celem jakiekolwiek pomniejszanie tragizmu obecnej pandemii koronawirusa, bo każde ludzkie życie jest na wagę złota, a już ponad pół miliona zgonów na COVID-19 to niewymowny dramat ludzkości i wszystkich osób, których każda śmierć najmocniej dotknęła. Niemniej czyż nie większym dramatem jest śmierć już ponad 21,5 miliona nienarodzonych dzieci...? Wiem, że takie zestawienie dwóch pandemii, może się wydawać dość sztampowe, ale przecież to są realne liczby: pół miliona zgonów w stosunku do 21,5 miliona. Możemy przejść obojętnie wobec aborcji...? Osoby takie jak Kaja Godek i wiele innych przypominają, że nie możemy.

Tu ważna uwaga: 42 miliony zgonów z powodu aborcji w 2019 r. czynią ją najpoważniejszą przyczyną śmierci na świecie. Dodajmy, że w tym samym 2019 r. na raka zmarło nieco ponad 8 milionów ludzi, a papierosy wykończyły 5 milionów. Przepaść... Robi się ona jeszcze większa, jeśli zauważymy, że na świecie dokonuje się najprawdopodobniej o wiele więcej aborcji niezamieszczanych w oficjalnych statystykach. Włosy stają na głowie z przerażenia...

Trochę przedwojennej historii

Jeśli poszperamy w źródłach historycznych dotyczących II RP (1918-1939) okaże się, że po powstaniu wolnej Polski ruszyło z mocą lobby promujące legalizację aborcji. Wśród wielu innych, ważniejszych (?) tematów tamtego okresu, aborcja i stosunek do nienarodzonych dzieci może się wydawać tematem drugorzędnym. Tymczasem ni stąd ni zowąd w 1932 r. doszło do zalegalizowania aborcji. Jak podają źródła, duży w tym udział mieli m.in. Tadeusz Boy-Żeleński i Irena Krzywicka-Goldberg.

Jakie dzieci wolno było zabijać od 1932 r.? Otóż te, których eliminację zalecano ze względów zdrowotnych matki i gdy dziecko poczęło się jako skutek czynu zabronionego. O zgrozo, przepisy nie podawały, do którego momentu ciąży wolno dokonywać aborcji ani nie określały zupełnie jasno, kiedy rzeczywiście zachodzą przesłanki do dokonania aborcji.

Jak podają źródła, aborcja w II RP (legalna i nielegalna) w okresie 1932-1939 mogła pochłonąć życie ok. miliona Polaków! Jeszcze gorzej przedstawiały się cyfry w okresie II wojny światowej.

Jeśli doliczymy do tego wszystkiego problem prostytucji, która kwitła w przedwojennej Warszawie, robi się wielce nieciekawie.

Na zmianę tej sytuacji próbowało wpłynąć Niebo. Jednym z przejawów troski z Wysoka były objawienia jakich doświadczyła Sługa Boża Rozalia Celakówna, której Jezus polecił, aby Polska schroniła się w Jego Boskim Sercu, które jest jedynym ratunkiem wobec ogromu zła i przewin mieszkańców II RP. Co więcej, pod koniec lutego 1939 r. Rozalia miała mieć wizję, w której Jezus przepowiedział wybuch strasznej wojny, która będzie poniekąd karą także dla Polaków szczególnie za grzechy przeciwko czystości, morderstwa i nienawiść. Poprosił o Jego intronizację na Króla, co byłoby szansą na uchronienie Polski przed zagładą. Do intronizacji wówczas nie doszło, a co się stało dalej, wiemy z historii...

Podobny wydźwięk miały nieoficjalne objawienia w Siekierkach w 1943 r. Maryja miała tam powiedzieć, że podczas strasznej wojny "krew będzie płynęła rynsztokami", bo ludzie się nie nawracają.

Nie będziemy tu już rozwijać tematu, ale warto wspomnieć, że chyba w najbardziej znanych objawieniach polskich tamtego czasu, danych św. Faustynie Kowalskiej, Niebo również zapowiadało karę za wielkie przewinienia i brak skruchy narodu.

Kobieta niezłomna

Przenieśmy się teraz do Włoch. Chiara Corbello Petrillo jest obecnie w drodze na ołtarze. To kobieta, która urodziła dwójkę dzieci, ale i jedno, i drugie zmarło niedługo po porodzie na skutek wrodzonych wad. Jak zapowiedzieli lekarze, była szansa, że trzecia ciąża zakończy się sukcesem. Niestety znów stał się dramat: tym razem matka będąc jeszcze w trzeciej ciąży zachorowała na raka jamy ustnej. Podjęła decyzję, że nie przyjmie chemioterapii, żeby dziecko mogło się urodzić żywe. I urodziła synka, Francesco, zdrowego chłopczyka. Wtedy podjęła się leczenia, ale było już zbyt późno. Odeszła 13 czerwca 2012 r.

Mąż Chiary przekonywał później, że jego żona nigdy nie zwątpiła w słuszność podjętej decyzji - umarła w obronie dziecka. Okrzyknięto ją drugą św. Joanną Berettą Mollą.

O innej niezłomnej (w innym kontekście) kobiecie, poczytasz tutaj >>>. To aktualnie drugi najpoczytniejszy tekst na tym blogu.
Nauka historii, czyli co dalej?
 
Czy koronawirus i ta cała pandemia to poważny problem? Jak najbardziej tak. Czy są większe? Oczywiście - jest nim chociażby pandemia aborcji. Co gorsza, nierzadko szerzy się ona zupełnie legalnie i bardzo, bardzo niewiele jest miejsc i instytucji, które każdego dnia z trwogą podawałyby liczbę zmarłych dzieci na skutek tej pandemii. Wyobraźcie sobie, że telewizja na początku najważniejszych wiadomości dnia podaje, że tyle i tyle dzieci zabito dziś w danym kraju i na całym świecie...

Czy pogrom Polski w czasie II wojny światowej był bezpośrednim skutkiem rozlicznych grzechów Polaków, chociażby tych związanych z prostytucją i aborcją? Nie chciałbym iść aż tak daleko i wysuwać zbyt pochopnych wniosków, bo to temat rozległy i zbyt złożony, żeby sądzić tak zero-jedynkowo. Niemniej jeśli weźmiemy pod uwagę to, iż w objawieniach s. Faustynie Chrystus mówił o szczególnym wybraniu Polski, to wydaje się czymś naturalnym, że wybrane dziecko, niewierne wobec kochającego ojca, zostało ukarane. Pamiętamy o wielu, bardzo wielu Polakach poległych choćby w Powstaniu Warszawskim. I słusznie! Bardzo słusznie, że pamiętamy! Jednakże czy ktoś z nas zdaje sobie sprawę z tego, że w okresie międzywojennym na skutej aborcji zmarło najprawdopodobniej jeszcze więcej małych, bezbronnych Polaków...?

Czy każda kobieta musi być taką bohaterką jak Chiara Corbello Petrillo i uniknąć aborcji, która mogłaby uratować jej życie, a poświęcić lub poważnie zaryzykować istnienie nienarodzonego dziecka? To niesłychanie trudny temat i niesłychanie trudno wypowiadać się, gdy nie staje się przed podobnym dylematem. Tylko spojrzenie na taką sytuację oczyma wiary nadaje sens poświeceniu matki i wznosi na wyżyny heroizmu.
 
Co dalej? Dzięki za przeczytanie tego tekstu. Mam nadzieję, że naświetlił on najważniejsze wątki w tej trudnej materii. Ważne, żeby na miarę swoich możliwości, talentów i sił coś zrobić, aby ratować życie. Sposobów jest wiele: zaangażowanie się w działalność organizacji pro-life, wspieranie matek zmagających się z myślami o aborcji, duchowa adopcja dziecka poczętego >>>.

Nie musimy śnić o bohaterstwie postaci z kreskówek. Wystarczy, że uratujesz jedno, drugie, trzecie i więcej ludzkich żyć, jeszcze nienarodzonych.
 
Wchodzisz w to...?


Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 04.07.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 
Bibliografia wpisu:

1. 42 mln dzieci zabito na całym świecie w 2019 r. w wyniku aborcji, gosc.pl;
2. "Krew będzie płynęła rynsztokami", pch24.pl;
3. Oddała życie, by ratować swoje dziecko - rusza jej proces beatyfikacyjny , gosc.pl;
4. COVID_19/statystyki Google;
5. worldometers.info

Dla chętnych, dla pogłębienia wiedzy:

1. 280 milionów płodów. Jedyny kraj, w którym przeprowadzano aborcję na przemysłową skalę >>>
2. Chiara Petrillo będzie święta >>>
3. Cztery miliony skrobanek. Cała prawda o aborcji w przedwojennej Polsce >>>

sobota, 13 czerwca 2020

#82 Historia nauczycielką życia | Jak cię widzą, tak cię piszą 5 - najdziwniejsze przydomki władców Norwegii

    Czyli o tym, jak dziwne przydomki nosili niektórzy władcy Norwegii (subiektywny ranking)

Dość dawno już nie było na blogu rankingów z przydomkami monarchów. Przydałoby się odświeżyć tradycję. To właśnie czynimy. Wcześniej jednak przypomnijmy poprzednie tego typu zestawienia z przymrużeniem oka ;)
  • przydomki władców ogólnie >>>
  • przydomki władców Francji >>>
  • przydomki władców Anglii i Szkocji >>>
  • przydomki władców Danii >>>

Eryk II Wróg Księży, fot. wikimedia w domenie publicznej


A oto moi kandydaci z tronu norweskiego:
  1. Eryk II Wróg Księży (panował w latach 1280-1299) – ten monarcha z dynastii Yngling zasłużył sobie na taki przydomek znoszeniem przywilejów Kościoła, które mu nadano za czasów małoletności Eryka. Nie pochwalając tego, co ta ksywa oznacza, trzeba przyznać, że to dość wyjątkowy przydomek i dlatego znalazł się u mnie na szczycie norweskiej listy.
  2. Sigurd II Gęba (oryg. Munn) – z dynastii Yngling, panował w latach 1136-1155; jak podaje tłumacz Google Translate Munn w języku norweskim oznacza po prostu usta. Być może zatem niektóre polskie tłumaczenia nieco wypaczyły ksywę tego króla, niemniej jednak jest możliwe, że z racji przykładowo wydatnych ust albo jakiegoś defektu twarzy określenie "Gęba" najbardziej pasowało do monarchy.
  3. Harald II Szara Opończa (król 961-976) – z dynastii Yngling; z polskiego punktu widzenia ciekawostką jest też to, że to ten król właśnie panował w Norwegii w czasie Chrztu Polski. Dlaczego nadano mu taki przydomek? Może po prostu miał charakterystyczną szarą opończę. Proste :)
  4. Eryk I Krwawy Topór (930-934) – z dynastii Yngling; był drugim w historii królem Norwegii, synem Haralda Pięknowłosego (nota bene też ciekawa ksywa :) Eryk I został nazwany Krwawym Toporem z racji jego zamiłowania do zabójstw. Z jego ręki padli nawet bracia.
  5. Harald I Pięknowłosy (872-930) – z dynastii Yngling; pierwszy historyczny władca Norwegii, wspomniany już wyżej. Przydomek dość oczywisty, ale z braku innych bardziej interesujących propozycji w moim odczuciu, ten monarcha wylądował na 5 miejscu.

Królami Norwegii w pewnych okresach byli też Swen I Widłobrody i Harlad I Sinozęby, ale ci władcy już byli wzmiankowani w tekście o królach Danii, więc tutaj ich pominęliśmy. Do powyższego zestawienia dodałbym jeszcze Sigurda III Złego Diakona, ale nie mógł się formalnie znaleźć na liście, bo był antykrólem Norwegii. Rządził w latach 1135-1139.

Oto fragment wpisu o Duńczykach: "Przygotowując ten wpis dowiedziałem się, że od czasów późnego średniowiecza władcy Danii prawie zawsze na przemian – ojciec i syn – noszą imiona Fryderyk i Chrystian. Podobno w praktyce każdy następca tronu nosi wiele imion, a wśród nich zawsze Fryderyk i Chrystian. W chwili koronacji decyduje się na jedno z nich. Tradycję kultywować warto, ale ta akurat wydaje mi się nieco monotonna. Wyobrażacie sobie np. taką konfigurację za ileś tam lat: Fryderyk L, Chrystian L, Fryderyk LI, Chrystian LI, itd., itp. Wcześniej było ciekawiej, choć Eryków też było wielu :)".

Z racji historycznych zależności podobna tradycja dała się zaobserwować także na tronie Norwegii, gdzie rządzili niektórzy królowie Danii.

Tak sobie myślę, że przy okazji tego wpisu możemy wysnuć następującą naukę z historii: co po mnie, po Tobie zostanie? Nie jesteśmy królami (choć w przyszłości nic nie wiadomo :), ale także i po nas może zostać coś na kształt przydomka: czy będzie to "Wielki", "Wspaniały", "Mądry", "Lwie Serce"? A może jedynie "Gruby", "Tłusty", "Chwiejny", "Nijaki"? Czy zastanawiałem się kiedykolwiek nad moją spuścizną dla potomnych? To wcale nie jakaś górnolotna fanaberia, ale realia. Każdy z nas zostawia po sobie ślad i jaki on będzie, zależy od nas.

Trzymajcie się pięknie!


Raz jeszcze zachęcam też do odwiedzenia starszych wpisów z tej serii lub choćby pierwszego i takiego :).

Bywajcie zdrowi.


Bibliografia wpisu:

W przygotowaniu wpisu oparłem się głównie na Wikipedii

sobota, 16 maja 2020

#81 Historia nauczycielką życia | Bijemy rekordy!

Czyli m.in. o tym, jak długo można wytrzymać bez snu


Rekordy to ważne pojęcie w dziejach ludzkości. Od najdawniejszych czasów ludzie zauważali, że jedni są lepsi od innych w danych dziedzinach. W wielu z tych dziedzin, o ile nie w każdej, odnotowywano w sposób mniej lub bardziej świadomy jakieś najlepsze wyniki. Z czasem zrodziło się coś takiego, co dziś znamy jako Księga Rekordów Guinnessa. Czy zastanawialiście się jak doszło do jej powstania? Kim by ów tajemniczy Guinness? Jak dziwaczne rekordy można w niej znaleźć? A poza tym: jak długo można wytrzymać bez snu? O tym wszystkim poniżej.
 
Sir Arthur Guinness, fot. wikimedia w domenie publicznej

Księga Rekordów Guinnessa - co to, jak to?

Mówiąc najkrócej Księga Rekordów Guinnessa to wydawana raz w roku przez Guinness World Records w Londynie publikacja, w której znajdziemy aktualną bazę rekordów z najróżniejszych dziedzin, potwierdzonych i opatrzonych stosownymi dokumentami. Warto pamiętać, że po raz pierwszy na rynku owa księga ukazała się w 1955 r. z inicjatywy irlandzkiego browaru Guinness. W Polsce na takie wydarzenie musieliśmy poczekać do 1989 r. W ciągu dziesięcioleci nazwa tej sławnej publikacji przybierała różne brzmienia, ale istota się nie zmieniała: chodziło o promowanie różnorodnych, najciekawszych rekordów z całego świata.

Musimy jednak pamiętać, że wszystko zaczęło się już w XVIII w. za sprawą niejakiego Irlandczyka Sir Arthura Guinnessa. Ów jegomość początkowo warzył piwo dla pracowników folwarku pewnego arcybiskupa, po którego śmierci rozkręcił własny interes; z czasem jego charakterystyczne ciemne piwo podbiło podniebienia klientów i jego sława nie ustawała nawet w XX w.

Historia prowadzi nas wreszcie do 1951 r. kiedy to w trakcie polowania Sir Hugh Beaver, wówczas zarządzający browarem Guinnessa, wdał się w spór z innymi uczestnikami wydarzenia. Poszło o ptaki łowne, a konkretnie to, które są najszybsze. Do tego sporu doszły inne. Co więcej, pan Beaver również w pubach był świadkiem waśni na różnorodne tematy. Tak narodził się pomysł, żeby tego typu tematy notować. Szybko do Guinnessa zaczęli schodzić się śmiałkowie, którzy zarzekali się, że potrafią to i to zrobić, i zaraz to udowodnią.

W ten oto sposób, jak już wiemy, doszło do wydania pierwszej Księgi z rekordami w 1955 r. Składała się ona z blisko 200 stron i w szybkim tempie zawędrowała na szczyty bestsellerów. Obecnie instytucja zajmująca się zbieraniem i publikowaniem rekordów ma swoje oddziały w kilku państwach świata. Większość rekordów znajduje się w internecie; najciekawsze lądują w corocznej znanej nam publikacji.

Ciekawostką jest, że do dziś od 1955 r. w ponad 100 krajach świata sprzedano już ponad 100 milionów egzemplarzy Księgi Rekordów Guinnessa. Ładny wynik :)

Warto też pamiętać, że za zdobycie rekordu Guinnessa nie dostaje się gratyfikacji pieniężnych; wystarczy sam ogromny prestiż i uznanie na całym świecie.

Wielokrotny rekordzista Guinnessa Joe Alexander wraz z certyfikatami ustanowienia rekordów oraz edycją księgi z 2014 roku, fot. wikipedia, By MrBadawi - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=29754130

Najdziwniejsze kategorie w Księdze Rekordów Guinnessa

A jakie są najdziwniejsze rekordy, które można znaleźć wśród guinnessowskich wyczynów? Jest tego naprawdę sporo. Oto przykładowe, niekoniecznie te bezsprzecznie najdziwniejsze:
  • najwięcej słomek trzymanych w jednym momencie w ustach (400) :0
  • kręcenie koszykarską piłką na szczoteczce do zębów trzymanej w ustach (22 sekundy) :)
  • chwytanie jabłka w zęby i przecinanie go z pomocą piły motorowej (8 jabłek na minutę) :o
  • produkcja największej liczby kiełbas w ciągu minuty (78) ;)
  • najszybciej spisany słownie ciąg miliona liczb (16 lat) ;0
  • najdłuższy pobyt w windzie (blisko tydzień) ;o
  • najcięższy wagon pociągnięty brodą (ponad 2,5 tony) :p
  • strzał z łuku obsługiwanego stopami (ponad 6 metrów) :0
  • rekord w biciu rekordów (ponad 600 razy) :)
Powyższe informacje dotyczące konkurencji i wyników pochodzą z 2019 r., więc nie gwarantuję Wam, że wszystkie te rekordy są aktualne. Niemniej pewne jest to, że w tego typu dyscyplinach walczono o rekordy.



Randy Gardner i jego historia

Chciałbym się z Wami podzielić historią młodego człowieka, który swego czasu ustanowił rekord w funkcjonowaniu bez snu. Ile dalibyście rady bez snu: 2, 3, 4 dni? On wytrzymał "trochę" dłużej...

Owym rekordzistą został 17-letni Randy Gardner. Wszystko działo się na przełomie 1963 i 1964 r. Gdy zaczynał ustanawiać swój rekord wszystko było oczywiście w porządku. Po 4 dniach zaczął siebie uznawać za kogoś innego. Pojawiły się obawy, że może dojść do trwałego uszkodzenia jego mózgu. On jednak nie dawał za wygraną, a przyjaciele pomagali mu nie pozwalając mu zasnąć. Do czasu eksperymentu Gardnera istniało bardzo niewiele badań nad wpływem braku snu na zdrowie i życie człowieka. Obowiązywał już jednak rekord opiewający na 260 godzin! Randy Gardner postanowił go pobić o 4 godziny, co dałoby w konsekwencji 11 dni!

Po kilku dniach stan Gardnera pogarszał się; przede wszystkim miał poważne problemy z koncentracją i doznawał halucynacji. Wreszcie 8 stycznia 1964 r. o godz. 2:00 w nocy padł rekord świata! Gardner nie spał od 264 godz. 4 godziny później w szpitalu mógł wreszcie zasnąć; przespał 14 godzin i 14 minut.

Ważną kwestią jest czy ten ryzykowny eksperyment wpłynął jakoś destrukcyjnie na zdrowie chłopaka. Okazało się, że mimo obaw rodziców i bliskich nie pozostawił śladu w zdrowiu Gardnera. Całe przedsięwzięcie zakończyło się więc pełnym sukcesem.

Odnotujmy, że w 1977 r. niejaka Maureen Weston nie spała przez 449 godzin (!) biorąc udział w maratonie.

W 2007 r. sprawdzono, że pomimo upływu lat ze zdrowiem Randy'ego Gardnera nie wydarzyło się nic złego. Tak czy inaczej do dziś nie znamy maksymalnej liczby godzin, które może wytrzymać człowieka bez snu.

Tradycji musi stać się zadość, czyli historia magistra...


Jakie wnioski wyciągniemy z dzisiejszego spotkania z historią? Rekordy to bardzo ważna sprawa w życiu pojedynczych ludzi i całej ludzkości. Od bardzo, bardzo dawna człowiek bada, jakie są granice jego wytrzymałości, jego zdolności w realizacji konkretnych wyzwań i działań, itp. Bardzo, bardzo wielu tych granic nie znamy i istnieje duża szansa, że przynajmniej w tym życiu nigdy się nie dowiemy. To dążenie do bicia rekordów może w pewnych sytuacjach być wyrazem nawet niejawnej pychy człowieka, który stara się budować swoją wielkość poprzez te rekordy. Z drugiej jednak strony może być w tym ukryta jakaś piękna cecha - dążenie do realizacji marzeń, najgłębszych pragnień, celów, itp.

A jak Wy, drodzy Czytelniczy, patrzycie na tę sprawę: bicie rekordów to przejaw pychy (może i czasami głupoty) ludzi czy jednak głęboko skrywanych marzeń?

Poprzedni tekst na blogu:

#80 Historia nauczycielką życia | CH/6 Koronawirus, czyli (prawie) déjà vu >>>


Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 07.05.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #5 Historia nauczycielką życia | Październikowe nauki >>>

 

Bibliografia wpisu:

1. 9 najdziwniejszych rekordów Guinnessa, pl.aleteia.org;

sobota, 18 kwietnia 2020

#80 Historia nauczycielką życia | CH/6 Koronawirus, czyli (prawie) déjà vu

Czyli m.in. o tym, że historia kołem się toczy


Koronawirus jako temat (na szczęście nie on sam...) już gościł w poprzednim tekście na blogu, we wpisie poświęconym niezwykłemu zakonnikowi, który w tym roku miał się ukazać pewnej Libance i przekazać jej receptę na sporządzenie skutecznego leku na COVID-19. Po szczegóły odsyłam do tamtego tekstu >>>. Tym razem zapraszam na kolejny odcinek miniserii w ramach bloga zatytułowanej "Cięta historia" >>>.

Koronawirus. To fakt, że ostatnimi czasy słyszy się o nim i mówi bardzo, bardzo często. Taki mały i niewidoczny gołym okiem, a zatrząsł całym światem i poruszył go w posadach. Na dodatek żaden prokurator ni sędzia mu niestraszny. Niełatwo wsadzić gościa za kratki, gdy skutecznie chowa się w ludzkich organizmach. Dla miłośników historii COVID-19 jest dobrą okazją do tego, żeby powspominać dawniejsze czasy i inne zarazy i epidemie, które pustoszyły wiele regionów i państw świata. Nierzadko wykraczały daleko poza granice jednego państwa.

fot. TheDigitalArtist, Pixabay.com
Moim celem na dziś nie jest szczegółowa analiza jakichś konkretnych epidemii z przeszłości, tym bardziej, że w całych dziejach ich nie brakowało. Jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę w tej materii polecam jeden z Polimatów Radka Kotarskiego (link w bibliografii). Chciałbym się za to podzielić z Wami refleksją, którą powyższy bardzo interesujący filmik youtubera jeszcze bardziej we mnie ugruntował.

Tak sobie myślę, że ten cały COVID-19 możemy potraktować jako... dowód na istnienie i ciągłość historii. Czasami ktoś przeglądając sobie zapiski historyczne czy zdjęcia dotyczące przykładowo potężnej epidemii dżumy (tzw. czarnej śmierci) z okresu średniowiecza, może nawet podejść do sprawy z ironicznym uśmieszkiem malującym się na twarzy: "To jakieś na wpół baśniowe, legendarne opowieści. To było tak dawno, że nie ma sobie co tym głowę zawracać". I tacy antyhistoryczni malkontenci żyją sobie z dnia na dzień, jakby historii (i Boga) nie było. Z jednej strony to prawda, że czasami opowieści i wydarzenia, a raczej ich autorzy, mają to do siebie, że lubią je podkolorować i ubarwić. Podobnie jest wszakże w wielu przypadkach również współcześnie, więc nihil novi sub sole. Z drugiej jednak strony pandemia koronawirusa i wszelkie zmiany jakie przez nią dokonały się na niemal całym świecie uzmysławiają nam, że tego typu zdarzenia to nie tylko przedmiot niemodnych opowieści, ale historia dziejąca się na naszych oczach.

fot. Ilustracja przedstawiająca ofiary czarnej śmierci, wikimedia w domenie publicznej
Sam przyznam, że obrazki ze średniowiecza ukazujące stosy trumien i ludzi, wynoszących zwłoki niemal z każdego domostwa, jawiły mi się jako coś właściwego tylko dla tamtych odrębnych czasów. A teraz co? Jak popatrzymy na wiadomości współcześnie, w XXI w., okazuje się, że np. w takich Włoszech również leżą stosy trumien, a kostnice nie wyrabiają na zakręcie - brakuje miejsc i sił do przyjmowania ciągle napływających ciał zmarłych.

Nie wiem jakie są Wasze odczucia, ale mnie się takie właśnie nasunęły. Podzielcie się proszę swoimi przemyśleniami w związku z COVID-19 i historią.

Dzięki za uwagę i do następnego poczytania.

Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 18.04.2020):

1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #5 Historia nauczycielką życia | Październikowe nauki >>>

 
Bibliografia wpisu:

1. Radek Kotarski, Polimaty 2, Koronawirus. Kiedy to się skończy? >>> 

piątek, 27 marca 2020

#79 Historia nauczycielką życia | Umarł w 1898 r., ale przekazał lek na koronawirusa!

Czyli m.in. o tym, że są na świecie sprawy, które się nawet największym lekarzom nie śniły


Koronawirus gości już od ładnych parunastu tygodni w ogólnoświatowej opinii publicznej. W sumie trudno, żeby tak nie było, skoro jest to naprawdę jeden z najpoważniejszych problemów ostatnich lat, dziesięcioleci, może wieków. Trudno tak jednoznacznie to stwierdzić, ale już możemy powiedzieć, że mało kto, a może nikt z żyjących, nie pamięta czegoś podobnego.

To jasne, że lekarze próbują znaleźć lek na tę paskudną chorobę i chapeau bas, że starają się pomóc ludziom nierzadko ryzykując swoim zdrowiem, a nawet życiem. Nie każdy z nas byłby w stanie tak się poświęcić. Jeśli chodzi o możliwe leki na koronawirusa, to jednym z nich mogą być substancje obecne w lekach przeciwmalarycznych. Badania, dość obiecujące, prowadził i zapewne prowadzi w tej sprawie francuski zespół lekarzy pod kierownictwem Didiera Raoulta.

W trakcie naszego dzisiejszego spotkania chciałbym jednak przywołać zdarzenie, które jest doprawdy niewiarygodne, ale potwierdzone przez lekarzy i media w Libanie. Już mówię o co chodzi.

1 marca tego roku, w niedzielę, do jednego z zakonników w libańskiej miejscowości Annaya przybyła pewna dziewczyna, która zdradziła, że miała we śnie widzenie św. Charbela Machlufa (znany jest też jako Szarbel Makhluf) , który jest współcześnie coraz bardziej rozpoznawalnym świętym, a w Libanie i na Bliskim Wchodzie jednym z najważniejszych. Co ciekawe, ów św. Charbel polecił dziewczynie udać się do miejsca, gdzie znajdował się jego pierwszy grób. Poprosił, aby zabrała trochę ziemi i zagotowała, a następnie odcedziła. Taki lek miała zanieść do szpitala, którego adres św. Charbel dokładnie wskazał. Zaznaczył też z jakim lekarzem dziewczyna ma porozmawiać i na jaki oddział się udać.

fot. Zdjęcie powstałe w niewytłumaczalny sposób 8 maja 1950 podczas wizyty maronickich misjonarzy u grobu św. Szarbela, wikimedia w domenie publicznej

Zakonnik, któremu dziewczyna powiedziała o swoim widzeniu, udał się wraz z nią pod wskazany adres i okazało się, że zapowiadany przez świętego lekarz opiekuje się chorymi na... koronawirusa. Na tym oddziale oni właśnie się znajdowali.

Dziewczyna i zakonnik za zgodą lekarza podali tajemniczy lek chorym i, o dziwo, ci, którzy przyjęli go z wiarą, bardzo szybko wrócili do pełni sił i zdrowia. Podobno uzdrowieni zostali nawet ci, którzy chorowali na inne choroby.

Jak już wspomniałem, to zdarzenie zostało potwierdzone przez zakonnika i lokalne media libańskie. Okazuje się zatem, że człowiek, który żył w latach 1828-1898 i był pustelnikiem pomógł sporządzić lek na jedną z absolutnie najpoważniejszych chorób współczesności.

Św. Charbel Machluf przez wiele lat przebywał na pustelni: modlił się, umartwiał, pościł, adorował Najświętszy Sakrament. Przez wielu jest uznawany za świętego ekumenicznego, łączącego chrześcijaństwo Wschodu i Zachodu. Czcią otacza go nawet wielu muzułmanów. Mało tego: wielu z nich, podobnie jak chrześcijanie, doznało cudów za jego przyczyną.


Nie jest tajemnicą na tym blogu, że w każdym tekście musi być w sposób szczególny podkreślona jakaś nauka wypływająca z danego wydarzenia czy wydarzeń historycznych. Ta dzisiejsza jest dość oczywista, a z drugiej strony, wprost niewiarygodna. Wiemy jednak, że została potwierdzona. Być może jednym z najlepszych podsumowań tej opowieści jest po prostu stwierdzenie, że jeśli chcemy pokonać koronawirusa, to nie wystarczy nam opierać się tylko na naukowych metodach. Niewłaściwym podejściem byłoby też opieranie się wyłącznie na narzędziach ponadnaturalnych i liczenie tylko na nie. Zapewne kluczem do sukcesu jest połączenie sił fizycznych i duchowych. W ten sposób może przyjść ratunek i uzdrowienie. Można mieć oczywiście różne zdania na ten temat, ale przytoczona powyżej historia jak wiele jej podobnych z innych dziedzin i okresów historycznych dowodzi, że to, co nas otacza, nie jest wszystkim. Jest coś jeszcze. Wielu z nas wie, czym jest to coś, a tak naprawdę Kim. Każdy z nas musi jednak okazać choć trochę dobrej woli, a nawet posłużyć się rozumem, żeby te sprawy odkryć, uznać i przyjąć.

Zapraszam Was oczywiście do dyskusji i wypowiadania się w tym temacie. Podajcie też dalej. Co o tym myślicie?

Zachęcam do lektury innych tekstów, a na przykład poprzedniego o gigantach >>>

Zapraszam też do lektury tekstu, jednego z pierwszych na tym blogu, który był w podobnej tematyce, jak ta dzisiejsza >>>
 

Bibliografia wpisu:

1. Lek przecimalaryczny w leczeniu COVID-19? Francuscy naukowcy szukają odpowiedzi >>>;

2. Św. Szarbel Makhluf >>>;
3. Św. Charbel UZDRAWIA z koronawirusa? Szokująca relacja >>>