czwartek, 27 maja 2021

#99 Historia nauczycielką życia | CH/8 Czegoś mi brak...

Czyli m.in. o tym, że człowiek to istota nienasycona



Oddaję w Wasze ręce 99. odcinek na blogu. Ta okazja zainspirowała mnie do pewnej refleksji.
 
fot. Myriams-Fotos, Pixabay
 
 
Na przestrzeni dziejów aż roi się od królestw, księstw, władztw, itp. Ileż to już przeszło po ziemskim padole koronowanych głów, które dwoiły się i troiły, żeby wzmacniać swoją pozycję i podnosić znaczenie własnego państwa. Z jednej strony takie poczynania są zrozumiałe, ale z drugiej strony jeśli weźmie się pod uwagę przypadki intryg i dosłownie chodzenia po trupach do celu, wszystko to nabiera jakiegoś tragikomicznego wydźwięku. Życie jest tak krótkie, że dziw bierze, iż my ludzie, także królowie, żyjemy w dużej mierze intrygami i skupiamy się na tym, co widoczne. Nawet siwiejące włosy nas nie przekonują, że tutaj jesteśmy tylko przelotem. Tymczasem poza granicą życia i śmierci jest ON...
 
Każdy człowiek, nawet król, posiada w swoim wnętrzu mniej lub bardziej uświadomione poczucie braku czegoś. W związku z tym dzieje świata przypominają coś w rodzaju życia na 99,(9) procent. Człowiek może wszelkimi sposobami dążyć do 100 procent, ale jest to dla niego nieosiągalne.

Ową "stówką" może być bardzo wiele spraw i kwestii. Powiedzmy, że w takim podstawowym ujęciu jest nią tajemnica życia i śmierci. Pomimo potęgi swojego rozumu i olbrzymiej wiedzy, poza Bogiem człowiek śmierci nie przeskoczył i nie przeskoczy. Ba! Tak naprawdę nawet do tego 99 człowiekowi daleko.

Jestem głęboko przekonany, że uczenie się życia od Historii, będącej jego nauczycielką, może pomóc w maksymalnym zbliżeniu się do tych 100 procent.

A co Ty o ty myślisz?
 
PS Nietrudno policzyć, że kolejny wpis będzie tym wyjątkowym, bo setnym. Będę miał dla Was specjalny prezent.

Dzięki za uwagę i do następnego poczytania.
 
#17 Historia nauczycielką życia | Czas ucieka..., a co nas czeka? >>>
 
 

czwartek, 29 kwietnia 2021

#98 Historia nauczycielką życia | Pani z Nowolipek

 

  Czyli m.in. o tym, co niezwykłego wydarzyło się na Nowolipkach

 
Ten wpis jest owocem tego, że jakiś czas temu obejrzałem film "Cud na Nowolipkach". Wcześniej już gdzieś tam kiedyś o tym słyszałem, ale dopiero ten kontakt z filmem szczególniej zwrócił moją uwagę na to, co zdarzyło się na Nowolipkach w Warszawie (dzielnica Muranów niedaleko Śródmieścia). Było to w październiku 1959 r.
 
Kościół św. Augustyna w Warszawie, Autorstwa Adrian Grycuk - Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=47826903

Otóż, jak się wydaje, od 7 października do końca tego miesiąca w 1959 r. miała miejsca seria niezwykłych zdarzeń na wieży kościoła pw. św. Augustyna na Nowolipkach. Bardzo wielu ludzi twierdziło, że widzieli jaśniejącą ludzką postać właśnie na wieży wspomnianego kościoła. Ówczesne władze komunistyczne robiły w zasadzie wszystko, żeby ośmieszyć ludzi, którzy tłumnie przybywali na miejsce cudu. Na dodatek oświetlano wieżę reflektorami albo próbowano zamalować jej górne fragmenty farbą, żeby zlikwidować rzekomo naturalnie powstające zjawisko odblaskowe. Jednakże wszelkie zabiegi władz kończyły się niczym i bynajmniej nie uzyskano pożądanego przez nich efektu. Jasna postać, identyfikowana z Maryją, była ciągle bardzo dobrze widoczna. Władze starały się nawet wymóc na władzach kościelnych urzędowy zakaz odwiedzania tego miejsca. Poniekąd to się udało, bo w tym względzie wykorzystano naturalny sceptycyzm Kościoła wobec rzekomych cudów, co ma służyć uniknięciu zbyt pochopnego zatwierdzenia nadnaturalnego zjawiska jako cudu. W praktyce jednak w okolice kościoła św. Augustyna przybywało ciągle bardzo wielu ludzi i powszechne było przekonanie, że coś takiego nie może być zjawiskiem naturalnym.

Tablica upamiętniająca Cud na Nowolipkach wmurowana z okazji 50-lecia wydarzenia w nawie bocznej Kościoła św. Augustyna na warszawskim Muranowie, Autorstwa Mateusz Opasiński - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25369722

Fakt faktem, że nie wszyscy widzieli Maryję, ale z bardzo dużej liczby świadectw z tamtego okresu, zarówno mówionych jak i listownych, nawet ze strony milicjantów, wynika, że tam doszło do cudu, bo owe świadectwa były nadzwyczaj zgodne; m.in. ludzie opisywali ze szczegółami ubiór Maryi i koronę na Jej głowie.

Nie zachowały się zdjęcia cudu (zakaz ich robienia), ale udało się uchwycić ludzi intensywnie obserwujących zjawisko.
 
Warto jeszcze dodać, że istnieją przypuszczenia, dlaczego Matka Boża ukazała się właśnie tam. Otóż Muranów poważnie ucierpiał w czasie II wojny światowej. Był w zasadzie jednym wielkim gruzowiskiem, a właściwie samotnym obiektem, który przetrwał, był właśnie kościół św. Augustyna. W trakcie wojny zginęło tam bardzo wielu Żydów. Z wieży kościoła rozciągają się doskonałe widoki na dzielnicę i Warszawę. Może więc Maryja, o radosnym, ale też trochę zatroskanym obliczu, jak relacjonują świadkowie, wybrała to symboliczne miejsce, aby na nowo zachęcić do wiary, pokuty i nawrócenia, nie wypowiadając tym razem ani jednego słowa?
 
Świątynia wśród gruzów getta po wojnie, wikimedia w domenie publicznej

O tych wydarzeniach powstała książka "Cud na Nowolipkach" autorstwa Witolda Dąbrowskiego oraz film o tym samym tytule >>> w reżyserii Michała Górala na podstawie scenariusza wspomnianego Dąbrowskiego.

Nowolipki to jedno z naprawdę bardzo wielu miejsc na globie, a szczególnie w Europie i Polsce, gdzie jakże często dochodziło do zjawisk, wobec których nauka jest bezradna, a sporo do powiedzenia ma wiara. I to nie jest wiara naiwna, ale oparta o mocne dowody, niesprzeczne ze sobą świadectwa ludzi, postawę wrogów paradoksalnie potwierdzającą autentyczność zdarzenia, itp. To tylko od każdego z nas zależy nasz stosunek do tego wydarzenia.
 
Ja wierzę, a nie wiem jak Ty, jak Wy?

Dajcie znać w komentarzach jak postrzegacie te wydarzenia. Dzięki!

bibliografia:
wspomniany w tekście film oraz Cud na Nowolipkach. Na wieży kościoła ukazała się Matka Boża, misyjne.pl
 

Inne podobne teksty:
 
 


Poprzedni wpis:


 
  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 03.02.2021):

1. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>> 

2. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>> 

3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

wtorek, 30 marca 2021

#97 Historia nauczycielką życia | CH/7 Najważniejsza HISTORIA w dziejach

Czyli m.in. o tym, że istnieje Historia, która nie ma sobie równej


Wiele było, jest i będzie historii w dziejach ludzkości. Były te powszechnie znane, ale i niezliczone ilości tych prozaicznych, pisanych przez całe rzesze ludzi wszystkich czasów. Czasami komentatorzy ważnych wydarzeń sportowych czy po prostu jakichś innych szczególnych z jakiegoś względu, lubią powtarzać, że historia pisze się na naszych oczach. Myślę, że to prawda, ale nierzadko chyba zawężamy znaczenie tego zwrotu. Słysząc coś takiego lubimy sobie myśleć, że dzieje się coś arcyważnego. Tymczasem historia dzieje się cały czas, pisze ją każdy z nas, codziennie, nieprzerwanie od początku życia. To, czy jest to historia piękna, czy całkiem niefajna, to już inna sprawa.

Jeśli już chcielibyśmy powyższego zwrotu użyć w odniesieniu do jakiejś  jednej, konkretnej historii, to wydarzyła się ona ok. 33 r. n.e. Mam na myśli śmierci Jezusa z Nazaretu, który został ukrzyżowany i zmartwychwstał, jak donieśli czterej Ewangeliści, a później ich następcy. Ważne też, żebyśmy pamiętali, iż tę historię naszego życia piszemy na mocy daru, jakim jest wolna wola, ale z drugiej strony nie jesteśmy w stanie niczego napisać (tj. zrobić, itd.) w tej historii bez woli lub przynajmniej tzw. dopustu Bożego.

I w tym miejscu można by przywoływać najróżniejsze argumenty zwolenników i przeciwników historyczności Jezusa, ale darujmy to sobie; wystarczy, że On po prostu tego dokonał i że jest Bogiem-Człowiekiem, który JEST. Możemy walić się po głowach argumentami i prowadzić mniej lub bardziej uczone dyskusje, ale praktycznie zawsze wszystko sprowadza się do decyzji: WIERZĘ. Wiara jest też łaską, czyli darem od Boga, a dostać go mogą ci, którzy przejawiają choć odrobinę dobrej woli, żeby uwierzyć. Bóg nie wciska niczego na siłę.

Jeśli ktoś pragnie rozpatrywać wiarę jedynie w kategoriach rozumowych, to przecież na logikę jest w stanie "wyczaić", że świat nie mógł się wziąć z niczego, a cały szereg cudowności jest poważną przesłanką na drodze do uznania Istoty Najwyższej - Boga. Powtórzmy jednak raz jeszcze: zawsze pozostaje sprawa kluczowa: WIERZĘ albo nie. Muszę jednak być świadomy, że biorę na siebie odpowiedzialność i konsekwencje takiego wyboru: a zatem jeśli człowiek nie uwierzy, musi się liczyć z tym, że po śmierci spotka go przykra niespodzianka i wieczne potępienie. Nie z woli Bożej, ale samego takiego człowieka, który to wybrał. Strach pomyśleć: wieczne nieszczęście, które NIGDY się nie kończy... Brrr...  A życie przemija, jest tylko pewnym etapem, który się kończy. I co potem...?

Jest jednak druga strona medalu: przyjęcie Jezusa z wiarą skutkuje zbawieniem i szczęściem wiecznym. Na tym powinniśmy się skupiać. Ważne jest też to, że Historia Jezusa z Nazaretu trwa i możemy w niej trwać wiecznie, jeśli uznamy ją za taką, jaką była - prawdziwą.

W związku z powyższym HISTORIA Jezusa, której dokonał zwłaszcza na krzyżu, jest tą najważniejszą w dziejach, bo decyduje o naszej wieczności. Wszystkie ludzkie historie wpisują się w tę najważniejszą - Historię zbawienia. To nie są żarty, to jest szalenie poważna, ale i budząca nadzieję sprawa.

Historia uczy nas, że warto o tym pamiętać nie tylko przy okazji Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy, ale zawsze i wszędzie.

Czy mam tego świadomość...?
 
PS A jeśli chcecie więcej poczytać o najważniejszej Historii w dziejach odsyłam do Pisma Świętego. Można też zajrzeć na mojego drugiego bloga - Biblijny Raban - gdzie tym kwestiom poświęcam więcej miejsca >>>.

środa, 3 lutego 2021

#96 Historia nauczycielką życia | Miał być papieżem, ale został abortowany

  Czyli m.in. o tym, że zło zawsze dostanie kuksańca w łepetynę 

 
Dzisiejszy wpis, a raczej jego tematyka, zrodziła się w mojej głowie po zetknięciu z materiałem internetowym poruszającym bardzo niezwykłą historię. Chodzi o wykład prof. Marii Ryś. Pod tekstem znajdziecie link do niego.
 
Generalnie ów wykład jest poświęcony gender, ale już na wstępie profesorka podzieliła się dwoma wspomnieniami z pobytu w San Giovanni Rotondo, miejscu kojarzonym przede wszystkim ze św. Ojcem Pio. Jedna z tych historyjek została zasłyszana przez p. Ryś od oprowadzającego ją kapucyna z Polski. Przyznam, że o tym fakcie znajdujemy w internecie jedynie jakieś szczątkowe informacje i to powołujące się raczej jedynie na wykład p. prof. Ryś. Tymczasem sprawa jest godna propagowania, bo okazuje się, że aborcja dokonana przez pewną kobietą pozbawiła życia nienarodzone dziecko, które w planach Bożych miało zostać... papieżem. Wiem, brzmi niewiarygodnie, ale zaraz dowiecie się więcej, jak to było.

Otóż pewnego razu przyszła do papieża kobieta, żeby się wyspowiadać. Niby nic wielkiego - jedna z wielu osób, które przychodziły każdego dnia do słynnego stygmatyka z Pietrelciny. Tymczasem o. Pio, korzystając ze swojego daru widzenia głębiej i szerzej pomógł tej kobiecie odkryć to, co zdaje się, ona już odczuwała powodowana nadnaturalnym poznaniem. Zacytuję Wam poniżej tę rozmowę (cytat za: salon24.pl):
 
Przychodzi kobieta do spowiedzi do ojca Pio i spowiada się z grzechu aborcji. O. Pio pyta się: 
- ‘Coś zobaczyłaś, tak?’ 
- ‘Tak’ – odpowiada kobieta. 
- ‘Papieża, tak?’ 
- ‘Tak’ – odpowiada znowu kobieta – ‘zobaczyłam papieża’.
- ‘A popatrzyłaś w twarz tego papieża?’
- ‘Tak, był bardzo podobny do mnie’.
- ‘Tak, w planach Bożych ten twój syn, którego zabiłaś, miał być papieżem’.
  
Co o tym myślicie? To naprawdę daje do myślenia... Ile takich zacnych osobistości świat nie ujrzał z powodu dramatu aborcji? Strach nawet myśleć...
 
 
San Giovanni Rotondo, By Epiovesan (Emilio Piovesan) - Praca własna, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3633617
 
Mnie ta cała sprawa skojarzyła się jeszcze z czymś innym. Mianowicie, jak może wiecie, w tzw. tajemnicach fatimskich znajduje się i ta, w której jest mowa o postaci w bieli, która zginęła raniona pociskami z broni palnej oraz strzałami z łuku. Bardzo wielu badaczy odnosi tę wizję do pamiętnego zamachu na życie Jana Pawła II 13 maja 1981 r. Być może bardzo słusznie. Nie uważam, żeby to było niemożliwe; myślę, że to zdecydowanie bardzo dobry trop.
 
Mimo powyższego chciałbym się jednak podzielić małą refleksją - nie jest to z mojej strony żadne objawienie albo teoria spiskowa, ale po prostu takie moje "coś". A może ta postać w bieli to ów abortowany papież? Jeśli uwzględnimy fakt, że być może ten tajemniczy abortowany papież mógłby ewentualnie być tym papieżem mniej więcej w latach pontyfikatu Jana Pawła II okaże się, że papież Polak to papież w zamian za tamtego. Wiem, że to dość mocno naciągana teoria, niemniej kusząca.
 
Jeśli rzeczywiście powyższe dochodzenie miałoby w sobie coś z prawdy okazałoby się, że aborcja w wizji fatimskiej byłaby symbolicznie ukazana jako jeden z podstawowych grzechów wołających o pomstę do nieba, pozbawiającym życia tysiące księży, sióstr i osób świeckich. Wtedy wołanie anioła "pokuty, pokuty, pokuty!" odnosiłoby się w bardzo dużej mierze do grzechów aborcji.
 
 
I jeszcze jedno: zło zawsze dostaje ostro po łepetynie, choć czasami wydaje się, że ma ono dużo do powiedzenia. Do podobnego przykładu odwoływałem się już dawno temu we wpisie o glinianych nogach kolosa zła >>>, ale lubię go powtarzać: chodzi o to, że jeśli np. uderzyć piłką z całej siły w mur to jest szansa, że oberwiesz nią zdrowo (albo raczej niezdrowo :). Im mocniej uderzysz, tym mocniej poczujesz siłę wracającej piłki. Podobnie, choć w nieskończonej skali, bywa ze złem: zło się panoszy, ale im mocniej się rozprzestrzenia, tym mocniejszego łupnia od dobra dostaje. Mało tego: zło, choć samo w sobie mocne, w kontekście dobra jest absolutnym zerem. Może śmierć tego tajemniczego abortowanego przyszłego papieża i zakusy na życie nienarodzonego Karola Wojtyły (być może nie wiemy, że Emilii Wojtyle proponowano aborcję), to przejawy ogromnego, niechcianego przez Boga zła, z którego wyprowadził On potężne dobro??? "Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska" (Rz 5,20).

Czy uświadamiamy sobie w pełni, jak potężnym złem jest aborcja?

Dajcie znać w komentarzach, co myślicie o tym temacie. Dzięki!
 

Inny tekst o aborcji:

#83 Historia nauczycielką życia | Uwaga: pandemia przybiera na sile! >>>


Poprzedni wpis:


 
  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 03.02.2021):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 

Bibliografia wpisu:

1. Cały wykład p. Marii Ryś >>>

2. Abortowany papież, salon24.pl

środa, 20 stycznia 2021

#95 Historia nauczycielką życia | Stalin świętym...??? Na tropie "niemożliwego"


  Czyli m.in. o tym, że NIGDY nie mów NIGDY 

 
Witajcie, moi Drodzy, w pierwszym wpisie na Historii nauczycielce życia w 2021 r., a zarazem w 5. już sezonie bloga, który dziś uroczyście inaugurujemy! Bardzo mi miło, że jesteście. Przejdźmy zatem do pierwszego spotkania z historią.

Kiedy się pierwszy raz o tym dowiedziałem, nie mogło mi się to pomieścić w głowie, a jednak tak było. Ale zacznijmy od początku. Maria Teresa Carloni urodziła się w 1919 r. we Włoszech. Wcześnie straciła rodziców i wychowywała ją babcia.
 
Dziewczynka, a potem młoda kobieta przeżywała liczne rozterki duchowe, które wobec braku szczęścia w doborze spowiedników poskutkowały oddaleniem się Marii Teresy od wiary na stosunkowo długie lata, choć od małego towarzyszyło jej ogromne pragnienie miłości. Nie tyle jednak miłości branej, ale dawanej - chciała obdarzać innych czystą miłością, wspierać i pomagać im. Wielkim ciosem była dla niej utrata ukochanego.

Przez lata Maria Teresa pracowała jako pielęgniarka i w tej profesji się realizowała.

Gdy miała już ponad 25 lat wreszcie udało jej się z pomocą Bożej łaski ustabilizować sprawy duchowe; coraz głębiej w nie się angażowała i słyszała wewnętrznie głos Boży. Miała stałego spowiednika, z którym konsultowała swoje stany i przeżycia duchowe.
 
W 1952 r. Carloni została obdarzona stygmatami i zgodziła się, żeby w każdy piątek od 12:00 do 15:00 przeżywać w sobie konanie Jezusa.

Co ciekawe, Maria Teresa została duchowo zaślubiona Jezusowi i coraz bardziej jednoczyła się z nim w męce i konaniu. Została także wybrana, żeby cierpieć w intencji udaremnienia prób sprowadzenia ludzi na bezdroża przez komunistyczny ZSRR.

Teraz właśnie o tym, co zaznaczyłem na początku tego wpisu: chodzi o misję, jaką Chrystus przygotował dla Marii Teresy wobec Stalina. Otóż Jezus poprosił jej spowiednika oraz nią samą o to, aby ofiarowała trzy godziny cierpienia (spotkałem się też z informacją, że trzy dni) w pewien piątek za zbawienie dyktatora, który już wtedy był sparaliżowany i bliski śmierci. Carloni się zgodziła i jak wynika z relacji jej spowiednika, w ciągu tych trzech godzin cierpiała tak okrutnie, że trudno to opisać. Jakiś czas potem dyktator zmarł, ale spowiednik nie dowiedział się od Jezusa czy Stalin ostatecznie przyjął łaskę zbawienia. 
 
Czy Stalin jest czyśćcu albo niebie???, By 123dionb - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=67427192


W innym źródle znalazłem informację, że Carloni wcześniej była nawet wysyłana do Stalina (a może i innych ludzi, którym groziło potępienie), żeby przekonywać go do nawrócenia. Przenosiła się tam mimo licznych straży. Dyktator miał do niej strzelać, ale kule mistyczki się nie imały.
 
Maria Teresa Carloni zmarła w 1983 r.

Pora na naukę. Czego uczy nas powyższa historia? Czasami słyszy się, że sprawy związane z wiarą powinny być przeżywane w czterech ścianach, a publiczne życie powinno toczyć się swoim nurtem, byle tylko ewentualnie nie nadepnąć komuś na antyreligijny odcisk. Mówi się też, że twierdzenie o istnieniu Boga, a konkretnie jego udowodnienie, powinno leżeć w gestii wierzących; "mocne twierdzenia wymagają mocnych dowodów" - mówią lub piszą niektórzy. Tymczasem ja sobie myślę, że jest zupełnie odwrotnie...! Historia Marii Teresy Carloni i wiele jej podobnych jest znakomitym argumentem na potwierdzenie tezy, że istnieje coś więcej niż tylko to, czego doświadczamy zmysłami. W związku z tym dowodzenie tego, że rzekomo jest inaczej, należy raczej do tych, którzy twierdzą, że Boga nie ma. A takie dowodzenie jest z góry skazane na porażkę, bo jak wyjaśnić po ludzku historie takie jak ta, której bohaterką była choćby Maria Teresa Carloni?

A już ludzi wierzących powyższa historia uczy, że NIGDY nie jest za późno i nie wolno NIGDY i NIKOGO skreślać, bo Bóg walczy o każdego do końca. I choćbyś przez cały ten rok 2021 uciekał przed Bogiem, gdzie pieprz rośnie, On NIGDY nie przestanie walczyć o Ciebie, choć nie warto uciekać ani chwili. Z drugiej strony trzeba się wystrzegać tego, żeby świadomie i dobrowolnie nie odwlekać nawrócenia do końca życia, bo może się to nie udać... Ryzyko i krzywda wyrządzona taką postawą Bogu są bardzo wielkie.

Idźmy zatem z nadzieją, z takim doświadczeniem Mocy i Miłości Miłosiernej Boga, jakie pięknie widać np. w dziejach wyżej opisanych. Naprawdę, szkoda czasu na bzdury, a sprawa życia i śmierci jest kwestią absolutnie najważniejszą, czyż nie?

A Ty, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jak uważasz? Jakie jest Twoje spojrzenie na ten temat? Napisz w komentarzu, a jeśli Ci się spodobało, udostępnij. Dzięki.
 
Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.


Poprzedni wpis:


 
  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 20.01.2021):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 

Bibliografia wpisu:

1. Maria Teresa Carloni, adonai.pl za "Miłujcie się!"

2. PL ks Chmielewski KOBIETA, KTÓREJ SYN MIAŁ BYĆ PAPIEŻEM i MISTYCZKA U STALINA,YouTube Obrona Prawdy

Nie czytałem, ale myślę, że warto zajrzeć również do poniższej książki:

Alberto Di Chio, Luciana Mirri, "Maria Teresa Carloni apostołka prześladowanego Kościoła"

wtorek, 29 grudnia 2020

#94 Historia nauczycielką życia | To nie przypadek (wpis specjalny)

  Czyli m.in. o tym, że pewne rzeczy trzeba włożyć między bajki 

 
Witam Was serdecznie w tym ostatnim wpisie na blogu historycznym w roku 2020. Chociaż nie tak bardzo dawno pojawił się wpis specjalny >>> poczułem zaproszenie do publikacji jeszcze jednego wyjątkowego wpisu, który nomen omen wpisuje się w tegoroczne obchody 100-lecia urodzin św. Jana Pawła II. Będzie to stosunkowo krótki tekst, w którym chciałbym zarysować pewien temat. Wierzę, że będzie on dla nas swoistą wskazówką i zachętą do przemyślenia, a może nawet zmiany swojego podejścia do historii.
 
Wiele kontrowersji w naszym kraju wzbudziła pamiętna decyzja Trybunału Konstytucyjnego, który zdecydował, że żadnego dziecka poczętego, które być może urodzi się z wadami letalnymi, nie wolno pozbawiać życia. Ta decyzja zapadła dokładnie w dzień liturgicznego wspomnienia papieża 22 października br. Wiemy, co się działo potem - rozhulała się oszczercza nagonka pod adresem papieża. Nie trzeba być wielkim filozofem, żeby połączyć sobie te fakty i okaże się coś, co zgoła powinno być dość oczywiste. Czy komuś może zależeć do dokuczeniu papieżowi nawet po jego śmierci...? Pokuszę się też o szczyptę mojej opinii: Czy Jan Paweł II mógł kryć pedofilów? Fakty są jednoznaczne: oczywiście, że nie i tu nie potrzeba mojej opinii. Tak czy inaczej jestem zupełnie przekonany, że ktoś taki jak Karol Wojtyła nie mógł robić nic niegodziwego w tej materii z prostej przyczyny: człowiek o tak wysokim poziomie duchowym jak on i tak znakomicie ukształtowanym sumieniu nie mógłby dopuszczać się czegoś podobnego.

Wszyscy dobrze pamiętamy pamiętny 13 grudnia 1981 r. i zamach na Jana Pawła II. Po ludzku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że polski papież powinien zginąć. Ale nie zginął... Polecam Wam książkę Czesława Ryszki "Jan Paweł II Wielki".

W związku z powyższym pragnę zachęcić Was, drodzy Czytelnicy, i samego siebie, bo w żadnym wpisie nie mam zamiaru odzywać się tonem pouczającym czy w jakikolwiek sposób znamionującym wyższość, do włożenia między bajki pojęcia przypadku (Przypadek to jedynie nazwisko pewnego bohatera telewizyjnego sprzed lat ;). Wiem, że można mieć różne zdanie w tej materii, ale ja jestem zupełnie przekonany, że historia, która uczy nas życia, nie jest bezładnym zbiorem przypadków, ale sekwencją zdarzeń, na które w pewnym zakresie każdy z nas ma wpływ, a które są przede wszystkim prowadzone z Wysoka. W związku z Nowym Rokiem z całego serca życzę Wam i sobie, byśmy tak właśnie uczyli się patrzeć na historię. I jeszcze jedno: starajmy się szanować siebie nawzajem; do tej pory w całym internecie i przestrzeni publicznej wylało się już aż zanadto wiele obelżywości. Może dobrym postanowieniem noworocznym byłoby mówienie i pisanie jedynie z serdecznością i intencją czynienia dobra. To oczywiście nie wyklucza grzecznej stanowczości, bez podtekstów i ironii. Przełom lat to dobry czas, żeby sobie przemyśleć te sprawy.

Odwiedzajcie też jak najczęściej Historię nauczycielkę życia i nadal podążajmy razem po jej drogach :) Miejmy się najlepiej!

fot. geralt, pixabay.com 

 
A Ty, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jak uważasz? Jakie jest Twoje spojrzenie na ten temat? Napisz w komentarzu, a jeśli Ci się spodobało, udostępnij. Dzięki.
 
Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.



Poprzedni wpis:


Czytaj również (przykładowe dotychczasowe wpisy; np. z etykietą "prehistoria"):


  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 29.12.2020):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

piątek, 20 listopada 2020

#93 Historia nauczycielką życia | A jaki my zostawimy ślad???


 Czyli m.in. o tym, jak być może matka z dzieckiem 10 tys. lat temu sobie szła

 
Około miesiąc temu natknąłem się w mediach na informację, która mnie nieco rozczuliła i mocno zainteresowała. Oto w Nowym Meksyku (USA), a konkretnie w wyschniętym dnie jeziora Otero, w Parku Narodowym White Sands, odkryto najdłuższy prehistoryczny ciąg ludzkich śladów odbitych w podłożu. Znaleziono ok. 400 takich skamieniałych tropów (ok. 1,5 km drogi). Były to ślady osoby dorosłej (najprawdopodobniej kobiety lub młodego mężczyzny) i od czasu do czasu pojawiające się dodatkowo ślady dziecka. Wyniki opisano szczegółowo w "Quaternary Science Reviews".
 
fot. MichaelGaida, pixabay.com
 
Badaczom udało się ustalić, że ta tajemnicza osoba sprzed ponad 10 tys. lat (niektórzy uważają, że nawet ok. 13 tys.) wędrowała na północ w deszczu, bo jej stopy ślizgały się w błocie. O ile w jedną stronę wędrowała z dzieckiem (ok. 2-, może 3-letnim), o tyle w drodze powrotnej przemierzała szlak już samotnie.

Co więcej, naukowcy odkryli dodatkowo ślady mamuta i leniwca olbrzymiego w pobliżu trasy, którą poruszał się prehistoryczny człowiek, a nawet na tej samej trasie (ślady ludzkie i zwierzęce przecinały się gdzieniegdzie). Żeby było jeszcze ciekawiej okazało się, że leniwiec stawał od czasu do czasu na dwóch łapach być może po to, aby węszyć za ludźmi.
 
 
Odkryte ślady stają się nietrwałe, więc naukowcy wykonali odbitki i modele 3D. Ich rozmieszczenie zdaniem badaczy sugeruje, że osoba idąca tędy najpewniej z dzieckiem spieszyła się (tempo chodu to jakieś 1,7 m na s). Jest wielce prawdopodobne, że od czasu do czasu podróżnik przeskakiwał przez jakąś przeszkodę, bo rozstaw tropów jest niezwykle duży. Podobno nacisk lewej stopy piechura idącego na północ był silniejszy niż prawej co by potwierdzało, że osoba niosła dziecko, być może po lewej stronie ciała. Ślady z podróży powrotnej nie wykazują już takiej prawidłowości.

To podobno jeszcze nie koniec badań w tym regionie USA.
 
Naukowcy zwracają także uwagę na fakt, że taka długa wyprawa była szczególnie niebezpieczna. Ludzie bardzo łatwo mogli paść łupem groźnych zwierząt. Poza tym fakt, że matka (lub chłopak) z dzieckiem szli szybko, nie zbaczając z wyznaczonej trasy, sugeruje istnienie pewnej organizacji społecznej, bo te osoby udawały się najprawdopodobniej w jasno sprecyzowane i ustalone z kimś miejsce. 
 

Powyższa historia jest jednym z nieprzeliczonych przykładów, w większości nieznanych, kiedy w historii odcisnął się (w tym przypadku dosłownie :) zapis jakiegoś konkretnego wydarzenia z odległej przeszłości. Dziś możemy już tylko gdybać dlaczego ta osoba szła w jedną stronę z dzieckiem, a potem już sama? Czy zostawiła komuś dziecko i wróciła? Jeśli tak, to komu? A może je znalazła? Niemożliwym jest, żebyśmy dziś coś takiego ustalili z zupełną pewnością, niemniej ten smaczek tajemnicy tym bardziej przydaje historii uroku.

Powyższa historia może być dla nas okazją do wyciągnięcia różnorakich nauk. Niedawno zaznaczyliśmy, że właśnie m.in. dzięki takim opowieściom historia jest ciekawa. Popatrzmy: mowa tu o wielu tysiącach lat, a my mamy jako żywo przed oczyma matkę z dzieckiem; dwoje ludzi i ich zakrytą przed nami historię w mrokach tak odległych dziejów... Poza tym zwłaszcza w obecnym czasie ta historia może być pochwałą na cześć dzielnej matki, która szła z dzieckiem mimo zagrożeń i przeciwności. Prawdopodobnie była bohaterką.

Mnie powyższa opowieść jakoś dziś tak szczególnie nastraja do troski o to, żebym ja, żebyśmy my jako ludzie XXI w. pozostawili coś po sobie, coś wartościowego. Z uwagi na olbrzymi rozwój technologii i współczesne bogactwo kulturowe jesteśmy w stanie zostawić po sobie zdecydowanie więcej niż ludzie paleolitu, neolitu i nawet późniejszych epok. Szczególnie w kontekście listopada i częstszych niż zwykle wizyt na cmentarzach powinniśmy częściej zadawać sobie pytanie: Co ja zostawię po sobie? Czy ludzie będą o mnie pamiętać? A jeśli tak, to z jakiej przyczyny? W związku z tym nie chodzi o to, że kiedy sobie to uświadomimy to musimy nerwicowo krzątać się i biegać, byle tylko jak najwięcej po sobie zostawić. Może przede wszystkim chodzi o to, żebyśmy po prostu byli wartościowymi ludźmi i realizowali swoje powołanie, które my wierzący uznajemy jako dar i zadanie od Boga? Tylko tyle i aż tyle... A zatem, jaki zostawimy po sobie ślad??? Oby nie tylko ślad węglowy...


A Ty, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku, jak uważasz? Jakie jest Twoje spojrzenie na ten temat? Napisz w komentarzu, a jeśli Ci się spodobało, udostępnij. Dzięki.
 
Wszystkiego dobrego. Miejcie się najlepiej.



Poprzedni wpis:


Czytaj również (dotychczasowe wpisy z etykietą "prehistoria"):


  
Teksty na blogu z aktualnie największą liczbą odsłon (stan na 20.11.2020):


1. #3 Historia nauczycielką życia | Gdy szkiełko i oko wymiękają >>>
2. #34 Historia nauczycielką życia | „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono >>>
3. #46 Historia nauczycielką życia | "Nic ponad sandał, szewcze!" >>>

 

Bibliografia wpisu:

1. Niesamowite odkrycie. Ślady mają 13 tysięcy lat i opowiadają historię matki, o2.pl

2. Ślady z epoki lodowej opowiadają wyjątkową historię matki i dziecka, geekweek.com

3. Tajemnica śladów sprzed 10 000 lat rozwikłana. Dziś wiemy, kto tędy podróżował, focus.pl

4. Wyprawa kobiety z dzieckiem sprzed 10 000 lat została uwieczniona w odciskach stóp w Nowym Meksyku, spidersweb.pl