sobota, 25 stycznia 2020

#76 Historia nauczycielką życia | CH/5 Opowieść o trzech braciach

Czyli o tym jak dotrzeć do celu


Pewnego razu trzech braci stanęło u wejścia do tunelu. Nazwijmy ich Alfusem, Betem i Gammem. Ich zadanie było wielce karkołomne: mieli przed sobą siedem komnat. Z każdej prowadziło kilka ścieżek. Na ścianach i wśród licznych tam rekwizytów znajdowały się wskazówki jaką drogę wybrać, żeby szczęśliwie przejść wszystkie komnaty. Co ważne, drzwi prowadzące do dróg, z których jedna wiodła do kolejnej komnaty, a inne były pułapkami, po pewnym czasie zamykały się i nie było już odwrotu, dlatego trzeba było się spieszyć żeby nie zostać więźniem w którejś z komnat na zawsze. A u celu czekała nagroda...


fot. 132369, Pixabay.com

Trzej bracia przekroczyli próg pierwszej z komnat. Ich oczom ukazały się przepiękne malowidła, oraz najróżniejsze przedmioty, cudne dla oczu i rozbudzające zmysły człowieka. Pierwszy z braci, Bet, był nimi szczególnie poruszony; wprost nie mógł oderwać wzroku od najróżniejszych detali i wyobrażeń, które tam się znajdowały. Drugi z kolei, Alfus, przyglądał się wszystkiemu wnikliwie, ale przede wszystkim analizował malowidła, inskrypcje i przedmioty pod kątem ich przydatności i wskazówek, jaką drogą pójść dalej. Znajdowało się tam m.in. wiele motywów z przeszłości i teraźniejszości, a także prognoz na przyszłość.  Co więcej, Alfus dzielił się swoimi przemyśleniami z braćmi i zachęcał ich do pójścia drogą, która wydawała mu się najwłaściwsza; dzielił się swoimi argumentami, które wykoncypował z analizy wskazówek; pytał również braci o zdanie. Bet nie zwracał jednak uwagi na Alfusa. Trzeci brat o imieniu Gamm podobnie: przemknął niepostrzeżenie i skrycie wyśmiewał postawę obu swoich braci. Wybrał pierwsze lepsze drzwi z nadzieją dotarcia do kolejnej komnaty.

Tak też się stało. Z jeszcze większym politowaniem ów trzeci brat myślał o dwóch pozostałych, gdy zorientował się, że bez żadnych "ceregieli" znalazł właściwe drzwi i już był w komnacie numer 2. Rozejrzał się z pogardą po ścianach i przedmiotach. Znowu na chybił trafił wybrał drzwi i... był już w komnacie trzeciej! Teraz już śmiał się wniebogłosy ze swoich braci. Jakby od niechcenia przechadzał się po wnętrzu komnaty trzeciej i choć była jeszcze cudniej urządzona niż dwie poprzednie, niespecjalnie cokolwiek go interesowało. Podniósł nawet jeden okazały zabytkowy dzban i cisnął go w lustro, które z hukiem rozsypało się na kawałki. Gdy ów brat miał ochotę wyrządzić jeszcze jakieś większe szkody nagle zorientował się, że Alfus wszedł do tej samej komnaty, pozdrowił go i zabrał się za podziwianie eksponatów. Nie zapomniał również zachęcić Gamma do pójścia wybraną przez siebie drogą. Potrafił docenić kunszt malowideł i rekwizytów, ale przede wszystkim szukał tam wskazówek, jak iść dalej. Gamm odpowiedział bratu jedynie wrogim spojrzeniem i pobiegł dalej, do pierwszych lepszych drzwi. Rozejrzał się wkoło i zorientował, że jest w czwartej komnacie. Odczekał chwilę, a po chwili nie zważając już na nic wybrał kolejne drzwi i znalazł się w następnej komnacie. Ponownie odczekał chwilę i zaraz zabrał się za szukanie kolejnych drzwi.

Wszedł znowu na chybił trafił. O ile w poprzedniej komnacie już czuł się nieswojo, o tyle teraz to uczucie jeszcze się wzmocniło. Mimo to nie spoglądając na ściany i przedmioty wybrał kolejne drzwi. Dopiero teraz rozejrzał się dokoła i zdał sobie sprawę z tego, że zabłądził. To już nie była cudna komnata, ale jakieś byle jakie pomieszczenie. Na próżno Gamm próbował znaleźć jakieś wskazówki. Ich już tam nie było. Żadnych. We wcześniejszych komnatach można było przynajmniej znaleźć wskazania na wypadek zgubienia się, ale teraz już nie było odwrotu. Póki była szansa, Gamm nawet nie zwracał na nią uwagi. Wszystkie drzwi były już zamknięte, nawet te powrotne i nie pomogły rozpaczliwe próby wydostania się z tego ohydnego miejsca. Zrozpaczony Gamm został tam na zawsze. Nie dotarł do wyznaczonego celu.

Bet, po wnikliwej analizie i licznych zachwytach nad pierwszą komnatą z trudem dotarł do drugiej. Do trzeciej dostał się rzutem na taśmę, bo podczas zwiedzania komnaty o mały włos nie zapomniał o odszukaniu wskazówki i wcisnął się przez zamykające się już drzwi. W komnacie numer 5 zabawił jednak na tyle długo, że nie zdążył... Przypuszczał, które drzwi są poprawne, ale one już zamknęły się przed nim i pomimo niezwykle bogatego wachlarza doświadczeń i wspaniałej wiedzy został w komnacie piątej na zawsze. Nie dotarł do wyznaczonego celu.

A co z Alfusem? Ten z braci potrafił nacieszyć wzrok bogactwem każdej z komnat, przez które przechodził. Każda z nich była coraz piękniejsza. Szczególnie ta siódma wprost przykuwała człowieka do siebie swoim arcypięknem. Zachwycony Alfus potrafił jednak wydobyć z komnaty to co najważniejsze - wskazówkę jak pójść dalej - nie tracąc nic z jej bogactwa.

Po wyjściu z komnaty siódmej Alfus nie mógł uwierzyć własnym oczom. Dotarł do wyznaczonego celu, ale to, co tam zobaczył, niech póki co pozostanie tajemnicą. Warto tam dążyć z całych sił.



Moi drodzy,

bardzo się cieszę, że prześledziliście tę historyjkę do końca. Jak widać tym razem nie jest to zapis jakiejś rzeczywistej historii, ale opowieść, która jak wierzę rzuca cenne światło na sprawę podejścia do historii. Myślę, że to jeden z moich ważniejszych wpisów. Nie ukrywam, że postawa Alfusa imponuje mi i chciałbym zawsze podążać taką właśnie ścieżką po drogach historii. Bynajmniej nie oceniam innych jako zupełnie i w każdej sytuacji niewłaściwe, ale najbardziej bezpieczna jest trasa wybrana przez Alfusa. Marzę o tym, żeby ten blog był tego typu podążaniem za Historią, która jak wiemy jest nauczycielką życia.

A co Ty o tym wszystkim sądzisz?

Zachęcam również do lektury innych tekstów z miniserii Cięta historia, przykładowo tego: #69 Historia nauczycielką życia | CH/4 Dwóch ludzi, trzy historie? Zerknijcie też do poprzedniego blogowego tekstu o polskich korzeniach znanego odkrywcy oraz do innych, które znajdziecie na tym oraz drugim moim blogu.

A jeśli wpis/wpisy spodobały Ci się, proszę o ich polubienie i udostępnienie. Jak zawsze proszę też o komentarze i Wasze opinie. Bądźmy jak Alfus :) Dzięki wielkie.

sobota, 11 stycznia 2020

#75 Historia nauczycielką życia | Krzysztof Kolumb - Polak, który odkrył Amerykę?

Czyli m.in. o tym, że ojcem Krzysztof Kolumba mógł być polski król - Władysław III Warneńczyk


Witam Was bardzo serdecznie na moim blogu historycznym po raz pierwszy w tym ciągle jeszcze nowym roku 2020. Jeśli ktoś nie czytał moich zeszłorocznych życzeń w poprzednim wpisie, to gorąco zachęcam do zaglądnięcia tam. A teraz bez zbędnego przeciągania przejdźmy do rzeczy i pierwszego tematu w tym roku. Przyznam, że kiedy pierwszy raz na niego trafiłem, to mocno mnie zaskoczył. Czy kiedykolwiek braliście na poważne hipotezę, że sławny Kolumb, jedna z pierwszych postaci, którą dzieci poznają na lekcjach historii, mógłby mieć polskie korzenie i to jeszcze królewskie? A tak uważa nie jakiś tam autor sensacyjnego brukowca, ale szanujący się pisarz i historyk, który od wielu lat bada biografię Kolumba.

Manuel da Silva Rosa, bo to o tego jegomościa chodzi, urodził się na Azorach i jest portugalskim historykiem-amatorem, profesorem Duke University, biegle władającym siedmioma językami; amatorem, który pisze książki historyczne i od ponad 20 lat bada życiorys najsłynniejszego odkrywcy Ameryki. Wydawałoby się, że dzieje Kolumba prześwietlono już na wszystkie możliwe sposoby, a tymczasem przed laty Manuel da Silva Rosa wygrzebał teorię uznawaną za mocno kontrowersyjną. Nie znaczy to jednak, że nieprawdziwą...

fot. AndPon, Pixabay.com

Już dzieci w szkole wiedzą, że starszy syn Władysława II Jagiełły - również Władysław, zwany Warneńczykiem - poległ 10 listopada 1444 r. w bitwie z Turkami pod Warną. W podręcznikach wzmiankuje się też jednak, że tak do końca to nie wiadomo czy ten król Polski poległ tam, czy udało mu się zbiec. Ciała nie znaleziono... I taka sytuacja spowita nutką niepewności jest doskonałym polem do popisu dla różnorodnych mniej lub bardziej wiarygodnych teorii.

Wspominany Manuel Rosa utrzymuje, że Warneńczyk miał zbiec na portugalską wyspę Maderę i tam się schronić. Tam miano go nazywać Henrykiem Niemieckim (Henrique Alemao). Otrzymał liczne dobra od króla Portugalii. Miał też wziąć za żonę szlachciankę z Portugalii. Doczekali się syna znanego dziś jako właśnie Krzysztof Kolumb, a właściwie Segismundo Henriques. Ciekawe, że Kolumb był już łączony z wieloma nacjami - najczęściej nazywano go po prostu Genueńczykiem. A tu proszę - pan Rosa sądzi, że w odkrywcy Ameryki płynęła polska krew! Kolumb podobno utrzymywał relacje z ojcem i zaznaczał, że ojciec nie chce ujawniać swojego pochodzenia.

Jeśli ktoś uśmiecha się z powątpiewaniem malującym się na twarzy czytając, że Władysław Warneńczyk osiadł na Maderze powinien pamiętać, że w roku 1450 dwaj polscy franciszkanie mieli podobno udać się na wyspę, żeby przekonać się czy pogłoski o obecności tam byłego króla Polski są prawdziwe. Po powrocie zaklinali się podobno na Biblię, że osoba, którą tam spotkali, to Władysław Warneńczyk we własnej królewskiej osobie. Monarcha nie chciał jednak wracać do Polski. Ciekawą informację miał znaleźć również historyk Leopold Kielanowski, który przeglądał archiwa krzyżackie. Znalazł tam informację, że w XVI w. potomkowie tajemniczego Henryka Niemca udowodnili na hiszpańskim dworze swoje polskie korzenie. Daje do myślenia, prawda...?

No dobra, ale dlaczego przez wieki fakt o polskich korzeniach Kolumba nie ujrzał światła dziennego? - zapyta ktoś. Pan Rosa twierdzi, że europejskie dwory ukrywały tożsamość prawdziwego ojca odkrywcy. Za polskością Krzysztofa ma również przemawiać jego wygląd, jak twierdzi Manuel Rosa, bardzo polski wygląd. Portugalski badacz jest chyba do tego stopnia pewny swojej tezy, że gdyby nawet okazało się, iż ojciec Kolumba nie był związany z Władysławem Jagiełłą, uznałby za prawdopodobną hipotezę o tym, że Warneńczyk nie był synem Jagiełły...

A co jeszcze mogłoby świadczyć o polskim pochodzeniu sławnego odkrywcy? Podobno ślub z jakąś zamożną arystokratką, zawarty w 1477 r. i rzekomo zafałszowany testament Kolumba z 1498 r., którego to fałszerstwa miała się dopuścić jakaś rodzina o nazwisku Colombo pragnąc przejąć majątek odkrywcy. Kolumb miał się zatem nazywać Cristobal Colon, a nie Colombo, a jak pamiętamy ukrywał prawdziwe imię i nazwisko, czyli Segismundo Henriques; dodajmy, że imię Zygmunt pojawiało się w kręgach rodziny Jagiellonów. Żeby było jeszcze trudniej, jakiś włoski biskup w jednym z listów przekręcił nazwisko Colon na Columbus. Sam żeglarz nie był zainteresowany sprostowaniem tej ksywy, co też jest podejrzane. Trochę skomplikowane, nie? :)

Cenne światło na całą tę zagadkę rzuciłoby zapewne wykonanie badań DNA. Prawdopodobnie podjęto już jakieś kroki w tej sprawie.

Król Władysław III Warneńczyk - czy to ojciec odkrywcy Ameryki?, fot. wikimedia w domenie publicznej

Polski wątek nie jest jedynym dość sensacyjnym przedmiotem badawczym w biografii Kolumba podjętym przez Manuela Rosę. Sięgając po jego książkę "Kolumb. Historia nieznana" można znaleźć inne tropy, wedle których żeglarz-odkrywca był tajnym działaczem króla Portugalii i wcale nie analfabetą i prostym człowiekiem jak powszechnie się sądzi. Przeciwnie: posiadał wielką wiedzę nawigacyjną, znał przynajmniej trzy języki, znany był w kręgach arystokratycznych jeszcze przed odkryciem Ameryki. Rosa twierdzi, że większość dokumentów poświęconych Kolumbowi jest zafałszowana.

Moglibyśmy pociągnąć tu jeszcze inne wątki dotyczące Kolumba, ale może poprzestańmy póki co na tym polskim, już wystarczająco kontrowersyjnym i sensacyjnym.

A Wy co myślicie o całej tej sprawie? Może dotarliście do jakichś innych dokumentów poświęconych tej kwestii? Chętnie poznam Wasze opinie i znaleziska.

Puentą naszego 75 spotkania z historią niech będzie nauka płynąca z powyższego tematu. Oto ona: jak właściwie zawsze podobnie i dziś z danego przekazu historycznego można zapewne wyciągnąć wiele nauk, szereg wniosków pomocnych w życiu teraz i w przyszłości. Chciałbym, żebyśmy dzisiaj skupili się na jednym dość oczywistym, ale o którym chyba często zapominamy: pozory mylą, a co za tym idzie, nie oceniaj pochopnie. Wielu z nas, podobnie i ja, może się czuć naprawdę zaskoczonymi; może nawet byśmy o tym nie pomyśleli, że Kolumb mógłby być synem polskiego króla, wnukiem monarchy z zielonej stówki :) Pozory nieraz mylą: możliwe, że i wielu współczesnych Kolumbowi nie przypuszczało, że to człek uczony. Ale tego tak na 100% nie wiemy jaki Kolumb był w rzeczywistości. Dlaczego taił swoją tożsamość? Dlaczego jego ojciec nie chciał być rozpoznany? To są pytania, na które niełatwo znaleźć w zupełności zadowalającą odpowiedź. I jeszcze jedno: możemy oceniać czyjeś zachowania zwłaszcza w perspektywie historycznej, ale nie możemy definitywnie ocenić, zaszufladkować postaci. Nigdy wszak nie wiemy, co siedzi we wnętrzu takiej persony...



Bibliografia wpisu:

1. Czy Krzysztof Kolumb był Polakiem? „Po 21 latach badań uważam, że syn Władysława Warneńczyka pasuje najbardziej” >>>
;
2. Czy Kolumb był Polakiem? - wywiad z Manuelem Rosą >>>;
3. Kolumb był Polakiem, synem króla >>>
4. Krzysztof Kolumb potomkiem polskiego króla? >>>;
5. Manuel Rosa: Kolumb był synem polskiego króla >>>;
6. Sekrety żeglarza >>>

sobota, 14 grudnia 2019

#74 Historia nauczycielką życia | Freddy Jackson, duchy i... św. Mikołaj

Czyli m.in. o tym czy trzeba wierzyć w duchy i św. Mikołaja


Jeśli tak dobrze rozejrzymy się po Internecie to bez trudu znajdziemy mnóstwo treści, która skupia się na niewyjaśnionych zjawiskach, trudnych do wytłumaczenia wydarzeniach, rozmaitych zagadkach, itp. Nie da się ukryć, że tego typu kwestie są również w jakiś sposób wpisane w historię i stanowią jej ważny, a dla wielu zapewne najciekawszy jej wycinek. Na końcu pozwolę sobie przedstawić własną opinię na ten temat, a najpierw chciałbym odwołać się do jednego takiego zdarzenia, które w sposób czysto rozumowy nie do końca da się wyjaśnić.

fot. Schmidsi, Pixabay.com

Zginął, ale do zdjęcia stanął...

Z czasów I wojny światowej, a konkretnie z 1919 r., zachowało się tajemnicze zdjęcie. Widzimy na nim lotników - członków tzw. Eskadry Sir Victora Goddarda. W latach 70 XX w. wspomniana fotografia zyskała pewien rozgłos za sprawą niespodziewanego gościa, który został uwieczniony wespół z kolegami.


Ktoś powie: wielkie mi coś! Może w ostatniej chwili podbiegł do ekipy, bo chciał sobie z nimi pstryknąć fotkę. Takie wyjaśnienie miałoby sens tylko w przypadku, gdyby ta osoba, o której mowa, żyła. Problem w tym, że dwa dni wcześniej Freddy Jackson, bo tak nazywał się tajemniczy kompan na zdjęciu, zginął tragicznie uderzony przez śmigło samolotu. Jak potem potwierdzili jego koledzy, rzeczywiście to on został uchwycony na zdjęciu. Właśnie tamtego dnia, kiedy wykonano tę fotografię, odbył się jego pogrzeb. I jak to wyjaśnić?


Duchowe skrajności

Do powyższego zagadnienia można podejść zasadniczo na dwa skrajne sposoby: albo można wyśmiać taką fotkę i pomimo, że nie da się tego, co jest na niej ukazane, logicznie wytłumaczyć, przejść wobec tego obojętnie, jako obok czegoś kompletnie irracjonalnego i głupiego; albo można znów z wielkim przejęciem zakrzyknąć: "duch! to duch!" i z przerażeniem wszędzie doszukiwać się kolejnych duchów. Która postawa jest właściwa? Żadna!

fot. Elionas, Pixabay.com

Osobiście uważam, że duchy jak najbardziej istnieją. Jednak wiem to nie po to, żeby teraz wszędzie panicznie się rozglądać za duchami, wyłaniającymi się to tu to tam. To jest bardzo niezdrowy lęk, a jeszcze groźniejsza jest fascynacja tego typu sprawami. Najgorsze i godne jednoznacznego potępienia są już absolutnie najbardziej skrajne praktyki, czyli wywoływanie duchów. Ktoś kiedyś powiedział, że nigdy nie wiesz, kto przyjdzie na takie zaproszenie i możesz mieć duży problem z wyproszeniem go ponownie na tamten świat. Jeśli ktoś chociaż co niedziela chodzi do Kościoła i jakoś tam przystaje przy kościelnym murku już może się orientować, że istnieje coś takiego jak demony. I to wcale nie jest jakaś tam średniowieczna bajka, ale realne zagrożenie, o czym można poczytać. Z tego typu sprawami naprawdę nie ma żartów!

 Skoro skrajności na aut, to co w zamian?

Zarówno wyśmiewanie kwestii istnienia duchów jak i panika lub fascynacja ich bytowaniem to niewłaściwe postawy. A jaka jest właściwa? Po prostu uznanie faktu, że one są i zwrócenie uwagi na kwestię, do której pisząc ten tekst świadomie zmierzałem: chodzi o obcowanie świętych. Wiem, że ktoś może zarzucić użycie w tym przypadku kościelnego wyrażenia, ale moim zdaniem to jest sprawa arcyważna, najważniejsza w temacie, który dziś poruszamy.

Istnienie świata duchowego dla wszystkich chrześcijan jest wielką zachętą i jednym z filarów nadziei, że to, co przeżywamy tutaj, nie jest końcem wszystkiego. Istnieje życie po śmierci. I chodzi o to, żeby tak przeżyć ten czas tutaj nam dany, żeby również tam się dostać. Wtedy też staniemy się duchami, ale to jest tylko część prawdy. Wtedy będziemy na powrót ciałami i duszami, tylko już przemienionymi, w chwale nieba, a nie duchami czy jakimiś tam cieniami.

Skoro istnieje niebo, istnieje też piekło i tzw. czyściec. I zdarza się, że dusze mogą zjawiać się w naszym świecie przykładowo po to, żeby poprosić o modlitwę w ich intencji, itp. A zatem obecność kogoś zmarłego na zdjęciu to niekoniecznie musi być robota jakiegoś programu graficznego, ale całkiem realne zdarzenie.

fot. Myriams-Fotos, Pixabay.com
A co ma do tego święty Mikołaj? Z wiarą w duchy jest czasami podobnie jak z wiarą właśnie w Mikołaja. Jeśli ktoś dorośnie to nagle staje się kimś kto pozjadał wszystkie rozumy i on już wie, że Mikołaj nie istnieje. To nie będzie z mojej strony wyraz infantylizmu, ale mogę śmiało i stanowczo powiedzieć: św. Mikołaj istnieje!!! Był biskupem Miry i oczywiście po pięknym życiu poszedł do nieba. Może nie do końca wygląda to tak, no wiecie, jak pojmują dzieci (wybaczcie, drogie dzieci :), ale faktem niepodważalnym jest samo istnienie kogoś takiego jak św. Mikołaj. Podobnie jest w przypadku duchów: nie są to wytwory rzekomo zabobonnego średniowiecza i chrześcijaństwa lub coś w stylu ducha Kaspra z bajki, ale jedno jest pewne: one istnieją. I niech to co sobie powyżej powiedzieliśmy będzie nauką jaką historia nam daje w związku z tajemniczym zdjęciem Eskadry Goddarda.

A jakie jest Twoje, droga Czytelniczko i szanowny Czytelniku, zdanie w tej materii?

Trwa grudzień; wcale nie tak dawno skończył się listopad, więc treść tego i poprzedniego wpisu dobrze wkomponowała się w czas, kiedy bardzo wielu z nas częściej przechadza się po cmentarzach. Tak mnie wzięło na tego typu rozkminy :) Wierzę, że komuś choć trochę się podobały i co najważniejsze, uznał je za przydatne.

Do następnego poczytania zatem.

Poprzedni odcinek Historii nauczycielki życia: Nie żyła kilka dni i ożyła >>>

PS To ostatni wpis na Historii nauczyciele życia w tym roku kalendarzowym, a zarazem trzecim sezonie naszych historycznych spotkań. Kolejny wpis ukaże się najprawdopodobniej w pierwszym tygodniu nowego roku 2020. Od poniedziałku zapraszam na mojego bloga biblijnego, gdzie będzie czekać na Was zapowiadana wcześniej niespodzianka. A jeśli z kimś z Was już nie spotkam się w tym roku kalendarzowym już teraz życzę cudownych Świąt Bożego Narodzenia i pięknego, historycznego nowego roku - żebyś coraz bardziej interesował/a się historią, a także zapisywał/a możliwie najwspanialsze karty historii Twojego życia. Wierzę, że mogę na Ciebie liczyć także w czwartym sezonie blogowania. Do siego roku!!! :)


Bibliografia wpisu:

1. 23 najsłynniejsze zdjęcia duchów wszech czasów >>>
;
2. 5 fotografii które do dziś są nie wyjaśnione! Poznaj ich tajemnice! >>>
3. 5 zdjęć, których nie da się wyjaśnić >>>;
4. Największe zagadki w historii świata. Do dzisiaj są owiane tajemnicą >>>

niedziela, 17 listopada 2019

#73 Historia nauczycielką życia | Nie żyła kilka dni i... ożyła

Czyli m.in. o tym, że tam coś jest - Ktoś...


W listopadzie ubiegłego roku opublikowałem tekst, w którym zaznaczyłem, że on jest tylko poniekąd wstępem do czegoś głębszego. Zapewne dziś już w nieco innym kontekście, ale wracam do tamtego pomysłu. Znów mamy listopad, a zatem jest to czas, kiedy niezależnie od wyznania i światopoglądu ocieramy się o tajemnicę tego, co znajduje się za granicą życia. Bardzo wielu z nas odwiedza w tym czasie groby bliskich - jedni częściej niż w ciągu roku, inni może powracają tam po dłuższej niebytności: bo praca, bo dzieci, bo brak czasu... Tymczasem przychodzi czas, żeby się zatrzymać i zastanowić choćby przez chwilę. Chciałbym Wam dzisiaj przedstawić historię, która naprawdę daje do myślenia.


fot. Free-Photos, Pixabay.com

Śmierć, wędrówka i powrót do świata żywych

Czasami słyszy się bardzo krzywdzące określenia, że jakieś tam cuda i dziwy to tylko wymysły zabobonnego i nieoświeconego średniowiecza. Po pierwsze średniowiecze to być może jedna z najnowocześniejszych epok w dziejach, a po drugie owe cuda i dziwy zdarzają się także w czasach zdecydowanie nam bliższych i są nieraz bardzo dobrze udokumentowane naukowo. Oto historia, która wydarzyła się w tamtym wieku w Barnauł na Syberii - konkretnie w 1965 r.

Kławdij Ustisina była ateistką. Miała dziecko. 19 lutego 1965 r. przechodziła operację chirurgiczną, w trakcie której zmarła o godz. 11:00. Dokładnie o godz. 4:00 23 lutego tamtego roku ożyła i na powrót stała się żywym człowiekiem. Jak to wytłumaczyć...?

Już w 1963 r. wykryto u niej raka. Operacja, której ją poddano 19 lutego 1965 r., była związana właśnie z tym nowotworem. Chociaż operował ją wielki profesor z Moskwy, jak wiemy kobieta w trakcie zabiegu zmarła.

Ustisina relacjonuje, że gdy otwarto brzuch, jej dusza uniosła się w górę i widziała własną operację oraz swoje wnętrzności pokryte guzami. Dobrze słyszała komentarze lekarzy, którzy dziwili się, że ona jeszcze żyła, skoro "nie było w niej nic zdrowego". Widziała, że jej martwe już ciało oddano do trupiarni, gdzie potem przybyli brat z jej synkiem. Obaj płakali. Kobieta próbowała uspokoić synka, ale zorientowała się, że on tego nie czuje - skupia uwagę tylko na zwłokach.

Następnie Ustisina przeniosła się do domu - tam matka jej pierwszego męża i siostra deliberowały nad majątkiem zmarłej. Zwłaszcza siostra miotała obelżywymi słowami - Kławdij widziała diabłów jak z radością przysłuchiwali się tej rozmowie i notowali każde wulgarne słowo. Dodajmy, że Ustisina rozeszła się z pierwszym mężem, bo on był wierzącym człowiekiem.

Potem duch Ustisiny został uniesiony w jakiś nadnaturalny sposób i leciał nad Barnauł, by wreszcie dostać się do przedsionków nieba. Tam spotkała m.in. Matkę Boską i swojego Anioła Stróża, którą błagał Królową Nieba o ratunek dla nowoprzybyłej duszy. Gdy Maryja zastanawiała się nad losem Ustisiny odezwał się Bóg, który nakazał odesłać duszę na ziemię, bo przyszła za wcześnie, a swój ratunek zawdzięczała pobożnemu ojcu, który wybłagał dla niej Boże Miłosierdzie.



Po tych wydarzeniach Bóg nakazał, żeby odesłać kobietę do piekła w celu zapoznania jej z tym, na co zasłużyła, gdyby nie właśnie Miłosierdzie Boże. Znalazła się zatem w miejscu odrażającym, pełnym robaków, które zewsząd ją atakowały. Miała też różnorakie widzenia związane z aborcją i ubliżaniem kapłanom; wtedy dopiero pojmowała jak wielkiego zła dopuszczała się w życiu. W trakcie rozmowy z Bogiem dowiadywała się, ile żalu skruchy i pokuty potrzeba.

Potem Ustisina dalej miała widzenia dusz okrutnie cierpiących. Widziała złe duchy krzątające się to tu to tam. Doznawała jeszcze większych cierpień niż na początku widzeń. Cierpiała ze wszystkimi, którzy za życia bardzo grzeszyli i nie okazywali skruchy. Nawet i te dusze błagały teraz Maryję o pomoc (Matka Boska od czasu do czasu stawała w oddali i płakała rzewnie), ale nawet i Ona nie mogła przekroczyć Bożej woli. Gdyby nawet te dusze grzeszyły, ale chociaż okazały skuchę za życia, trafiłyby do czyśćca, ale było już za późno...

Na koniec widzenia kobieta została z powrotem przetransportowana na ziemię. Jej dusza na powrót wróciła do ciała, które leżało w trupiarni. Właśnie wnoszono jakiegoś nieboszczyka bez nóg. Ustisina poczuła, że może poruszać własnymi rękami i nogami. Gdy pracownicy trupiarni to ujrzeli pouciekali.

Po jakimś czasie przyszli lekarze. Kobietę przetransportowano do szpitala. Dawano jej jeść, ale nie chciała nic przekąsić tłumacząc się potrzebą zachowania postu. Opowiadała co ją spotkało w zaświatach. Gromadziły się tłumy.

Niedługo potem zabrano ją znowu na stół operacyjny. Otworzono brzuch, ale ku niewypowiedzianemu zaskoczeniu lekarzy wnętrzności były jak u niemowlęcia - zupełnie zdrowe.

Po tym wszystkim Ustisina zupełnie z Bożą pomocą odmieniła swoje życie - przede wszystkim wyspowiadała się, przyjęła Komunię św., oddała legitymację partyjną i stała się zupełnie innym człowiekiem. Od tego momentu wszystkim opowiadała o tym, co ją spotkało i dlaczego trzeba się nawracać.


Żyj!!!

Bajka? Urojenie? Moherowa historyjka? A może jednak przestroga i zachęta...? To od każdego z nas, ode mnie i od Ciebie, zależy jak wykorzystamy powyższą historię. Pewnie mimo wszystko można przejść obok niej obojętnie, można nawet wyśmiać i wykpić, ale czy to na końcu się opłaci? A co będzie z nami, jeśli już przejdziemy na tamten drugi brzeg? A przejść musimy... Ta historia uczy nas również tego, żebyśmy żyli. Żyli, nie wegetowali ani nie uganiali się za tym, co kompletnie bezwartościowe w końcowym rozrachunku. Ta historia uczy, że naszym przeznaczeniem jest życie, nie śmierć. Choćbyśmy chcieli nigdy już nie umrzemy. Każdy z nas będzie żył wiecznie. Dlatego szalenie ważne jest, żebyśmy się po tym życiu znaleźli we właściwym miejscu w tamtym.


fot. jplenio (Pixabay.com)


A jaki jest Twój wybór...?

Zachęcam też do lektury tekstu o wizycie gościa z zaświatów >>> oraz poprzedniego >>>.

Całą relację Ustisiny znajdziecie w bibliografii (do odsłuchania i przeczytania).

Dzięki za dzisiaj i proszę o Wasze komentarze i udostępnianie tekstu. Dzięki! 

PS Nawet dobrze się składa, bo w tych dniach obchodzimy też kolejną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. A zatem temat powstania z martwych ładnie wiąże się także z historią naszej Ojczyzny.

Bibliografia wpisu:

1. Cud w Barnał na Syberii (1965) - uzdrowienie duszy i ciała ateistki;

2. Wskrzeszenie w Barnauł, Syberia 1965 (świadectwo nawróconej ateistki);
3. BARNAULSKI CUD WSKRZESZENIA I UZDROWIENIA PO 3 DOBACH OD ŚMIERCI DUSZY I CIAŁA ATEISTKI 

sobota, 26 października 2019

#72 Historia nauczycielką życia | Twierdza Tower i jedna z największych tajemnic historii

Czyli m.in. o tym, jak młody zdetronizowany król zniknął bez śladu (no, prawie...)


W poprzednim odcinku Historii nauczycielki życia >>> rozprawialiśmy sobie o królu Anglii Ryszardzie III Yorku, który zginął marnie i po wiekach znaleziono jego ciało... Zainteresowanych odsyłam do stosownego tekstu po szczegóły ;) Dzisiaj w pewnym sensie zakręcimy się w podobnej tematyce. Głównym bohaterem naszego spotkania z historią będzie jednak bratanek króla Ryszarda III - to, w jaki sposób tak naprawdę zakończył żywot, do dzisiaj jest jedną z największych tajemnic historii. Na ile i czy w ogóle był w to zaangażowany jego wuj, pozostaje kwestią otwartą po dziś dzień. Czy uda nam się uchylić rąbka tajemnicy?


Umarł król, niech żyje król

9 kwietnia 1483 r. po śmierci króla Anglii Edwarda IV władza przeszła w ręce ok. 13-letniego wówczas Edwarda, najstarszego jego syna, który tym samym został Edwardem V. Jako że wiek młodego monarchy nie był jeszcze odpowiedni do sprawowania samodzielnej władzy, opiekę nad nim objął brat ojca, czyli wuj - Ryszard, co było zgodne z testamentem Edwarda IV. Mimo to do głosu doszła rodzina matki małego Edwarda V - Elżbiety Woodville. To oni przejęli władzę nad nowym królem z czym oczywiście nie godził się Ryszard Gloucester. Koniec końców to on przejął funkcję lorda protektora; po drodze najpewniej niektóre głowy pospadały z szyi, które nie były po myśli Ryszarda. W ten to sposób brat ojca zajął się w pełni opieką nad bratankami (oprócz Edwarda V był jeszcze Ryszard, jego młodszy, ok. 10-letni brat).

Edward i Ryszard w Tower, obraz Delaroche'a, fot. wikimedia (domena publiczna)

Jeśli ktoś twierdzi, że Ryszard Gloucester był kochanym wujaszkiem, to niestety musi się rozczarować. Wujo dowiódł przed angielskim parlamentem, że tak naprawdę Edward V i jego braciszek Ryszard są nieślubnymi dziećmi (ich ojca wiązała przysięga z inną kobietą). W ten właśnie sposób zdetronizowano Edwarda V pod koniec czerwca 1483 r. i królem jak nietrudno się domyślić został Ryszard, dobrze nam znany z poprzedniego odcinka - Ryszard III York.

Dzieci zostały osadzone w twierdzy Tower of London. Chłopcy byli widywani np. w trakcie zabawy na placu twierdzy, ale potem słuch po nich zaginął i właściwie do dziś trudno powiedzieć coś absolutnie pewnego w ich kwestii. Chyba najczęściej obwinia się o śmierć dzieci właśnie Ryszarda III. Wiadomo, że dorastający bratankowie mogli kiedyś stać się dla niego przeszkodą. Inni znów twierdzą, że za śmierć Edwarda i Ryszarda winę ponosiła matka przyszłego króla Henryka VII - Małgorzata Beaufort. Dodajmy, że jej syn poślubił starszą siostrę Edwarda V - Elżbietę York uznawaną za jedną z najlepszych królowych Anglii w historii, przynajmniej tak się zapisała w pamięci poddanych. Jeśli do śmierci dzieci miałoby dojść z polecenia Ryszarda III - najprawdopodobniej przyczynił się do niej zaufany rycerz monarchy - James Tyrrell, który po latach poddany torturom miał się przyznać do tego niecnego postępku. Później jednak poddawano w wątpliwość jego zwierzenia.

Dużo pytań, mało odpowiedzi

Nie wiemy też w jaki sposób pozbawiono książąt życia. Prawdopodobnie było to w lipcu 1483 r. choć są i tacy, którzy przesuwają ją na wrzesień. Mówiło się o uduszeniu podczas snu. Niektórzy sądzili, że ich ciała wrzucono do Tamizy, ale pojawiła się też hipoteza, że książęta zostali pochowani pod schodami Tower of London. Żeby było ciekawiej, w 1674 r. w trakcie remontów znaleziono dwa szkielety pod schodami: jeden większy od drugiego. Król Karol II urządził im godny pochówek. W latach 30. XX w. przeprowadzono badania szczątków, ale niewiele to dało. Na nowe nie zgadza się obecna monarchini Elżbieta II.

Tower od London, fot. Kazimierz Mendlik, wikmedia (CC BY-SA 3.0)

Kilka lat temu pewna Angielka w czasie wizyty w Tower jak każdy przeciętny turysta robiła sobie zdjęcia. Przeglądając je w domu natknęła się na jedno, na którym oprócz swojej podobizny zobaczyła też... tajemniczą twarz dziecka. Kobieta twierdziła, że na zdjęciu ujawnił się duch Edwarda V. Miał być nawet podobny do swoich odwzorowań z portretów i obrazków. Angielka uważa, że jej zdjęcie jest dowodem na rozwiązanie zagadki twierdzy Tower.

Twierdza Tower of London była świadkiem olbrzymiej liczby makabrycznych i często nie do końca wyjaśnionych zdarzeń. Dzisiaj jest za to uznanym muzeum, choć lepiej nie udawać się tam nocą. Można spotkać duchy i to nie tylko Edwarda V...

A co na to Historia nauczycielka życia?

No właśnie, czego uczy nas to dzisiejsze spotkanie z historią? Pewnie m.in. tego, co jest bardzo oczywiste: dzieje ludzkości pełne są zagadek, ale przez to historia jest ciekawa; zawsze jest coś, co czeka na odkrycie, ale najprawdopodobniej nigdy się to nie uda w 100%. Jeśli za śmiercią dzieci stał rzeczywiście Ryszard III York (nie możemy go potępiać, bo nie ma pewnych dowodów, a gdyby nawet były, to należy potępić czyn, nie człowieka), to jego żywot jest dowodem na to, że raz się jest na wozie, raz pod wozem. Kto czytał poprzedni odcinek, ten wie o czym mowa. Z kolei Edward IV był podobno odpowiedzialny za śmierć Henryka VI, króla odchodzącego od zmysłów, którego osadził również w Tower of London. Po latach jego synowie zginęli także w tej twierdzy. Znów dowód na wzloty i upadki; kto pod kim dołki kopie, sam w nie wpada...

I jeszcze jedno: niezależnie od tego czy na wspomnianym zdjęciu był duch Edwarda V, czy nie, w takich miejscach jak Tower trzeba wyrazić szacunek dla przeszłości i tych, którzy tam tragicznie zginęli. W takich miejscach niemal namacalnie można doświadczyć rzeczywistości nadprzyrodzonej. Ktoś powie, że to tylko legendarne bajania. Może nie do końca... Zapewne większość z tych śmierci wynikała z tego, że ktoś nie myślał o konsekwencjach, ale żył tu i teraz, byle tylko dobrać się do władzy. Paradoksalnie jak sobie powiedzieliśmy, w Tower czuć, że życie nie kończy się definitywnie tu na ziemi. Potrzeba jedynie odrobiny wiary, żeby tego doświadczyć. I szczypty dobrej woli...

A według Ciebie, czego jeszcze uczy nas tajemnica twierdzy Tower?

PS Mała ciekawostka: ten tekst został opublikowany w 26 miesięcznicę istnienia bloga Historia nauczycielką życia :) Jeśli Ci się spodobał, polub, skomentuj, poślij dalej. Dzięki. 

Bibliografia wpisu:

1. Ciekawostki o Tower of London >>>
;
2. Edward V >>>;
3. Czy jedno zdjęcie rozwiąże tajemnicę śmierci synów Edwarda IV? >>>;
4. Więzienie Tower of London - miejsce najokrutniejszych zbrodni >>>

sobota, 12 października 2019

#71 Historia nauczycielką życia | Z tronu na parking

Czyli m.in. o królu, którego śmierć i ponowny pogrzeb dzieliły setki lat


Ryszard III York przez bardzo wielu uznawany jest za niezwykle krwawego i godnego pogardy króla. Są jednak i tacy, którzy mniej lub bardziej skutecznie próbują przywrócić mu honor. A jak to było z tym władcą naprawdę? I jak to się stało, że jego pogrzeb odbył się kilkaset lat po śmierci? I co król Ryszard ma wspólnego ze współczesnym parkingiem? O tym dzisiaj.


Krwawe życie

Nie da się zaprzeczyć, że życie Ryszarda III Yorka było burzliwe i splamione krwią. Stał się on niechlubnym bohaterem m.in. jednego ze słynnych dramatów Szekspira.

Jego rodzina usadowiła się na angielskim tronie kosztem Lancasterów, którzy musieli ustąpić po buncie Yorków. Do dzisiaj tamte zmagania, trwające aż 30 lat, znane są jako Wojna Dwóch Róż. Te piękne kwiaty obecne były w herbach rodów Lancasterów i Yorków: odpowiednio czerwona u tych pierwszych i biała u drugich. To były prawdziwie tragiczne lata. Ok. 80% angielskich rodów angielskich zostało wyciętych w pień. Odbywała się prawdziwa gra o tron: raz jedni, raz drudzy byli górą. Przez pewien czas panował Edward IV York, ale i tak trudno było mówić o spokojnych czasach za jego panowania.

Gdy Edward IV opuścił ziemski padół wzrosły notowania jego młodszego brata Ryszarda. Następcą Edwarda IV miał zostać małoletni Edward V (i został na 2,5 miesiąca), ale po krwawej ścieżce na tron wdrapał się sam Ryszard i został monarchą - Ryszardem III. Co się stało z Edwardem V, tego do dziś do końca nie wiadomo...

fot. Król Ryszard III, wikimedia (domena publiczna)
Pomimo okrutnie trudnych czasów Ryszard III starał się trzymać dzielnie za sterami Anglii. Szczęście odwróciło się od niego 22 sierpnia 1485 r. Doszło wtedy do słynnej bitwy pod Bosworth, uznawanej przez niektórych za ostatnią wielką bitwę średniowiecza; kończyła ona wspomnianą Wojnę Dwóch Róż; tam, mając nieco ponad 30 lat, poległ król Ryszard, a jego śmierć była najprawdopodobniej niezwykle tragiczna i pełna boleści. Zwycięzcami i pogromcami władcy okazali się stronnicy Lancasterów pod wodzą Henryka Tudora, który został królem jako Henryk VII. Monarchę pochowano w klasztorze franciszkańskim w Leicester, który został zburzony w 1538 r.

Słuch po Ryszardzie III prawie zaginął aż do 2012 r., kiedy to na jednym z angielskich parkingów dokonano niezwykłego odkrycia.

 Niecodzienne znalezisko na parkingu 

Właśnie w 2012 r. naukowcom udało się zlokalizować miejsce pochówku Ryszarda III. Znaleziono kości ludzkie, które na podstawie badań (porównano DNA z materiałem genetycznym Kanadyjki, która jest krewną rodziny monarchy - 17 pokoleń później) i porównań ze źródłami historycznymi dość jednoznacznie powiązano z osobą wspomnianego monarchy. Ustalono m.in., że zmarły miał poważną deformację kręgosłupa co zgadza się przykładowo z opisami zaczerpniętymi ze sztuki Wiliama Szekspira. Dowiedziono, że zajadał się owocami morza. Znaleziono też liczne ślady obrażeń czaszki i ciała, co dowodzi, że monarcha wiele się nacierpiał.

Szczątki spoczywały pod obskurnym parkingiem. Dzięki penetracji starych zapisów historycznych historykom udało się ustalić miejsce, gdzie niegdyś stał klasztor franciszkański, a to już było krokiem milowym w procesie poszukiwania grobu Ryszarda III. 

W marcu 2015 r. pochowano doczesne szczątki Ryszarda III w katedrze św. Marcina w Leicester.

fot. Trumna ze szczątkami Ryszarda III, Kris1973 - Praca własna, wikimedia (licencja CC BY-SA 4.0)
Co ciekawe, w XIX i XX w. powstały organizacje mające na celu przywrócenie czci i godności Ryszardowi III - władcy, który jak wiemy ma w historiografii opinię tyrana. Są to m.in. Stowarzyszenie Przyjaciół Króla Ryszarda III oraz Towarzystwo Ryszarda III.

Tradycyjna nauka

Ten blog nie nazywałby się Historia nauczycielką życia, gdybyśmy nie wrzucali jakiegoś morału płynącego z opowiadanych historii. Nie inaczej będzie oczywiście dzisiaj. Czego zatem uczy nas historia z królem Ryszardem III, jego tragiczna śmierć i miejsce spoczynku na angielskim parkingu? Myślę, że może warto zwrócić dzisiaj uwagę na kwestię dość oczywistą, ale bardzo ważną: w życiu nie chodzi o to żeby jak najwięcej mieć, ale liczy się coś głębszego. Jasne, że trzeba się starać, żeby żyć godnie, ale może jeszcze większy nacisk trzeba kłaść żeby i innym żyło się jak najlepiej. Niezależnie od pochodzenia i sprawowanych funkcji wszyscy kończymy w trumnach. Historia tego dowodzi już od niepamiętnych czasów.

fot. Wikilmages, Pixabay.com

I jeszcze coś: nie możemy nikogo definitywnie potępiać i skreślać, musimy tylko potępiać złe zachowania. Wspomniane instytucje przywracające cześć Ryszardowi III są może dobrym pomysłem, byle tylko nie przeginały w drugą stronę, gloryfikując władcę. Natomiast jeśli będą obalać krzywdzące mity na jego temat, to znakomicie.

A Wam jaka nauka nasuwa się po dzisiejszej lekturze?


Bibliografia wpisu:

1. Ryszard III York - krwawa gra o tron >>>
;
2. Szukali i znaleźli. Szczątki króla na parkingu >>>
3. Umierał w mękach, przeciwnicy nie mieli litości. Jak zginął król Ryszard III? >>>

czwartek, 26 września 2019

#70 Historia nauczycielką życia | Podsumowanie rocznicowe nr 2 (2018-2019)

To już 2 lata :)

Tempus fugit, aeternitas manet...


Wszystko zaczęło się 26 sierpnia 2017 r. (o tym, dlaczego ta data przeczytaj stosowny tekst). Wtedy to powstał mój drugi blog Historia nauczycielką życia. Jak pewnie wielu z Was się orientuje, 3 maja 2017 r. pojawił się mój debiutancki blog funkcjonujący do dziś - biblijnyraban.blogspot.com. Dzisiaj pragnę się z Wami podzielić garścią informacji i refleksji, jakie rodzą się w mojej głowie na bazie tych dwóch minionych lat.

 
Bardzo dobrze zapewne orientujecie się, że temu blogowi przyświeca słynna dewiza Cycerona. Poświęciłem jej też osobny tekst. Po lekturze tekstu na stronie głównej możecie się dowiedzieć m.in. tego, że jeszcze w moich czasach gimnazjalnych ta dewiza przylgnęła do mnie, gdyż często powtarzał nam ją nauczyciel. I tak to już jest, że piszę tu o historii zawsze w kontekście jej przydatności dla nas dziś i jutro, czyli obecnie i w przyszłości. Oczywiście, nie można pisać zawsze tylko w stylu bardzo poważnym i górnolotnym. Nie! Z tego względu macie na blogu do wyboru teksty przyporządkowane do różnych kategorii (oto przykładowe: rocznice, 100plus Cudowna historia Polski_seria specjalna, Ciekawostki-mininauki i nauczki, Jak cię widzą tak cię piszą (o intrygujących przydomkach władców) i wpisy specjalne oraz najnowsza o nazwie Cięta historia) i myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Mam jednak nadzieję, że niezależnie od kategorii wszystkie artykuły mogą się okazać przydatne i interesujące jeśli tylko okaże się trochę dobrej woli.

Pora na garść statystyk (stan na 15 września 2019)


No to czas na małą porcyjkę statystyk: zbiorczo z dwóch lat funkcjonowania bloga.

Blog przekroczył 16 tys. wyświetleń (po 1 roku było 7 tys.), powstało w sumie 70 tekstów (po roku 50), stronę odwiedziło 1371 użytkowników (po roku 470); wśród nich 114 takich, którzy zawitali na bloga przynajmniej 2 razy (po roku było ich 36).

I jeszcze media społecznościowe: 190 polubień profilu Biblia i Historia na Facebooku (po roku 120), 74 obserwujących na Twitterze (po roku 35) i jeszcze kilku sympatyków w serwisach Zblogowani i Wykop. Jak wiemy, Google Plus jakiś czas temu przestało istnieć. Gdyby tak zebrać całą Społeczność ze wszystkich profili uzbiera się ok. ćwierć tysiąca osób. Bardzo się cieszę, że tworzymy razem biblijno-historyczną rodzinę!

fot. rawpixel, Pixabay.com
Wiem: też liczby nie powalają na kolana wielkich blogerów :) Ja się jednak cieszę, że wzrosty statystyk są znaczące i systematycznie rośnie liczba miłośników Historii, która uczy nas jak żyć.

Mam też wielką prośbę do Was: każde Wasze polubienie, każde udostępnienie daje blogowi większe szanse na dotarcie do innych. Nie chodzi o mnie, ale mam nadzieję, że prezentowane tutaj treści chociaż w jakimś stopniu są dla kogoś ważne i przydatne, więc z góry jestem Wam wdzięczny za pomoc przy promowaniu tych tekstów. Dzięki!!!

Marzenia i cele - poniekąd niezmienne...

Gdy sobie zerknąłem do wpisu rocznicowego z tamtego roku to zorientowałem się, że moje marzenia i cele związane z tym blogiem w dużej mierze pozostały niezmienne. Dlatego cytuję je Wam poniżej:

"Podstawowym marzeniem jest to, ażeby jak najwięcej ludzi uczyło się żyć od historii i przynajmniej ją szanowało.

Lubię powtarzać, że nie każdy musi pasjonować się historią, ale każdy powinien ją szanować. Oczywiście najlepiej byłoby, żeby jak najwięcej osób także się nią pasjonowało i to jest moje kolejne marzenie.

Cele? Rozszerzanie działalności, docieranie do użytkowników wszystkimi sposobami". 

A tak pół żartem, pół serio, moim wielkim marzeniem jest dogonić i przegonić twórców pewnego ameykańskiego serialu, emitownego również w Polsce, który zasłynął jako najdłuższy tasiemiec, obecnie ma już w USA ponad 8 tys. odcinków, a w Polsce ponad 7 tys. Co byście powiedzieli na to, żeby Historia nauczycielka życia też miała tyle? Oczywiście nie mogę tego obiecać, ale oby się spełniło ;) Wtedy wyglądałoby to tak: #10000 Historia nauczycielką życia | ...


Laur Przyjaciela Historii - po raz drugi!

fot. 3dman_eu (Pixabay.com)

Rok temu miałem przyjemność i zaszczyt wręczyć Laury po raz pierwszy. Listę laureatów można sprawdzić w zeszłorocznym tekście podsumowującym pierwszy rok blogowania.

W maju 2018 rozdałem Złote Rabany 2017/2018, podobnie w maju tego roku.

W tym roku chciałbym szczególnie docenić Bartosza Rozwadowskiego. To on dostaje Laur Przyjaciela Historii. Jest autorem bloga Rozbria.pl. To już jego druga "statuetka" :) Gratulacje! Dzięki za zaangażowanie w promowanie wiedzy historycznej i aktywność w internecie, szczególnie w mediach społecznościowych.


Poza "statuetką" pragnę wręczyć również wyróżnienia. One wędrują do Ryszarda Koszczyńskiego, Jakuba J. Nowaka i Anny Zapolnik. Gratulacje!


Laur Przyjaciela Historii jest nagrodą tylko wirtualną, ale za laureata odmówię modlitwę Ojcze nasz - za niego i jego dzieła. Oczywiście nie zapominam w modlitwie także o całej Społeczności. 

 

Tradycyjne odnowienie zawierzenia

 

  Cytuję z zeszłego roku i na nowo zawierzamy:

"Chodzi o zawierzenie mojego blogowania Panu Bogu i Matce Bożej. Wielu pewnie się z tym nie zgadza, ale według mnie historia bez Opatrzności Bożej zwyczajnie nie ma sensu. Mógłbym pisać o historii tylko areligijnie i "neutralnie", ale wtedy byłbym wobec Was hipokrytą i obłudnikiem, a ja tego nie chcę, bo po prostu Was lubię i szanuję.

Dlatego też polecam to nasze wspólne blogowanie opiece z Wysoka, a także Was wszystkich".


Do poczytania zatem w następnych tekstach i do siego roku, bo wierzę, że już za rok ukaże się trzeci wpis rocznicowy. Musimy przecież gonić 10 tys. odcinków, no nie? ;)


Pozdrawiam Was najserdeczniej.