Czyli m.in. o tym, że tworzysz historię tu i teraz, ale nie sam/a
Witajcie!
Ostatnio zastanawialiśmy się nad tym, jaką historię życia napisaliśmy do tej pory. Dziś o tym, co jest teraz.
fot. pen_ash, Pixabay
Przynajmniej od czasu do czasu warto sobie zadać pytanie: w jakim miejscu jest teraz moje życie? W odpowiedzi na to pytanie pomocna może być odpowiedź na pytania z poprzedniego odcinka: jak to było do tej pory?
Jeśli po osobistym rozeznaniu i rozmowach z autorytetami być może okaże się, że coś nie jest tak, jak być powinno, warto nie czekając, już teraz, zmienić coś na lepsze, być może gruntownie odmienić swoje życie.
Dla mnie i dla miliardów ludzi na świecie najwyższym autorytetem jest Bóg. To On jest głównym Autorem historii. To z Nim współpiszemy historię. To wielka odpowiedzialność, dlatego warto w oparciu o Jego przykazania, o Jego Miłość, zasięgając opinii Jego namiestników na ziemi (duchownych) i ludzi szczególnie mu oddanych (też osób konsekrowanych czy osób świeckich), odpowiednio prowadzić swoje życie.
Życie jest zbyt poważne, żeby traktować je niepoważnie. I nie chodzi tu o to, że teraz trzeba zacząć się nerwicować, jeśli jest w nim coś nie tak jak powinno, ale żeby po roztropnym namyśle skierować życiowe koleje na właściwe tory.
Niech to będzie główny morał i historia płynąca z tego odcinka: gdzie jestem..., czy jestem na właściwym miejscu...; jeśli nie to co i jak zmienić...; jeśli tak, jak utrzymać albo najlepiej poprawić to co jest...
Prawie zawsze jest dobry czas na zmiany, ale koniec wakacji to czas szczególnie interesujący w tym względzie.
Życzę wszystkim udanego wejścia w nowy rok szkolny. W tym roku na blogach Historia nauczycielka życia oraz Biblijny Raban >>> wakacje trwają dłużej, bo do końca września :) ; to taki ukłon w stronę studentów ;) We wrześniu jeszcze jeden odcinek z tej małej wakacyjnej trylogii. Do poczytania zatem.
Lepiej się złożyć nie mogło: tym wpisem rozpoczynamy drugą secinę tekstów na tym historycznym blogu, a jednocześnie startujemy z drugim sezonem "Historycznych wakacji". W tym roku chciałbym Wam zaproponować trylogię, która chyba dotyka historii jako nauczycielki życia w sposób najbardziej osobisty.
fot. Bruno /Germany, Pixabay
Chciałbym, żeby w przypadku tych odcinków wakacyjnych było mało gadania, a więcej działania praktycznego.
Czy tego chcemy, czy nie, każdy z nas swoim życiem pisze historię. W przypadku jednych z nas jest to historia, którą śledzą tysiące, a nawet miliony odbiorców; zdecydowanie częściej jednak z naszą historią stykają się jedynie najbliżsi. Tak czy inaczej: piszemy i co do tego nie ma najmniejszej wątpliwości. Tematem tego odcinka jest jednak nie autorstwo, ale współautorstwo. Dlaczego? Osobiście jestem zupełnie przekonany, że naszej historii nie piszemy sami, ale przede wszystkim pisze ją Bóg, który obdarowując nas wolną wolą sprawił, że my piszemy tę historię z Nim, wsółpiszemy ją razem.
Wierzę, że wakacje to właśnie doskonały czas, żeby w trakcie spaceru po lesie albo po łące zastanowić się, ale tak na serio, jaką to ja historię do tej pory napisałem? Przede wszystkim: czego mnie ona uczy?!
Mało tego: nasza historia realnie wpływa na historie życia innych ludzi. To jest niesamowite, że Ty, zapisując karty swojej historii, bardzo często niejako wchodzisz na "linijki" tekstu innych ludzi i albo coś tam poknocisz albo przeciwnie: dzięki Twoim zapiskom czyjaś historia stanie się ciekawsza i bogatsza.
Tyle gadania, a teraz czas na refleksję. Zastanówmy się nad tym, co już było i wyciągnijmy z tego praktyczne wnioski.
Życzę Wam wszystkim udanej drugiej połowy wakacji!
Od jakiegoś czasu myślałem, o czym będzie setny odcinek. Miałem różne pomysły, ale koniec końców zdecydowałem się na to, co najważniejsze: wpis #100 będzie o tym, o czym jest cały blog. O maksymie Cycerona, z której ten blog wziął nazwę, możecie poczytać w innym miejscu >>> i gorąco zachęcam, żebyście teraz to uczynili, zwłaszcza jeśli ewentualnie tego do tej pory nie zrobiliście. Napisałem też parę słów o mnie >>>.
Na bazie powyższego zrodziło się we mnie pragnienie, żeby historia, będąca dla nas wszystkim nauczycielką życia, była szczególnie pod tym kątem bardziej znana i ceniona. To jest moje marzenie, stąd w tytule aluzja do jednego z najsłynniejszych przemówień w dziejach ludzkości. Do pójścia w tym kierunku zachęcam Was właściwie w każdym odcinku, ale dziś chciałbym to bardzo mocno zaakcentować i o to zaapelować; bardzo konkretnie.
Tak naprawdę dla mnie za określeniem historii jako nauczycielki życia kryje się najgłębiej coś w moim odczuciu najważniejszego: historia uczy życia, ale przede wszystkim życia uczy Bóg Trójjedyny, który jest prawdziwym Panem historii i dziejów. Gdy uczymy się od historii, to w gruncie rzeczy rozpoznajemy Boże działanie w dziejach i na tej podstawie właśnie uczymy się jak żyć jako jednostki, małżeństwa, rodziny, społeczności, narody, państwa itd. O historii można mówić i pisać w wieloraki sposób i jeśli tylko to jest godziwie, jak najbardziej warto. Ale ciągle zbyt mało mówi się o tym, co wydaje się kluczowe - czego historia nas uczy?
W związku z powyższym do Ciebie, która albo który czytasz ten tekst; nie do kogoś tam, ale właśnie do Ciebie, zwracam się z OLBRZYMIĄ prośbą, abyś włączył się w dzieło propagowania tej idei. Jak to zrobić? W zasadzie dowolnie: napisz tekst, zrób filmik lub jakoś inaczej i taki materiał oznacz hasztagiem #HistoriaNauczycielkaŻycia. Jeśli tylko masz podobne spojrzenie na historię jak ja, to gorąco Cię do tego zachęcam. Ważne: podeślij mi linka do Twojego materiału, np. poprzez formularz kontaktowy na stronie głównej albo pisz na adres bibliaihistoria@gmail.com. Chętnie opublikuję! Być może powstanie zakładka, w której takie materiały będę zamieszczał albo osobna seria. Zobaczymy!
Jeśli jeszcze mogę Cię dodatkowo prosić, to będę wdzięczny za wzmiankę w Twoim materiale o blogu historianauczycielkazycia.blogspot.com. Nie jest to z mojej strony żadna prywata, ale głęboka nadzieja, że wpisy tu się ukazujące mogą być przydatne dla coraz szerszego grona odbiorców.
A teraz zacytuję końcówkę tekstu "O maksymie Cycerona" >>>, która nic nie straciła z aktualności, a od tego wpisu nr 100 staje się nawet jeszcze bardziej aktualna:
"O
tym, że w dziedzinie uczenia się od historii jest wiele do
zrobienia przekonywał już kiedyś... Georg Wilhelm Hegel ( 27 VIII
1770 – 14 listopada 1831). Otóż mówił on, że „historia
uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła” (źródło:
http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/1659986,Georg-Hegel--filozof-pesymista).
Choć zapewne trudne czasy w jakich żył sprzyjały w pewnym stopniu
tak pesymistycznemu ujęciu zagadnienia, niemniej coś w tym jest...
Zdaniem Erika Marii Ritter von Kuehnelt-Leddihn (1909–1999) –
austriackiego konserwatysty i myśliciela katolickiego – „człowiek
rzadko wyciąga lekcje z historii, a narody nigdy” (źródło:
https://pl.wikiquote.org/wiki/Historia).
Widzimy
więc, Kochani, że wielkie zadanie przed nami – w kontekście
każdej pojedynczej osoby jak i całych narodów. Do dzieła!!!".
A zatem: do dzieła!!! Mogę na Ciebie liczyć, prawda?
Czyli m.in. o tym, że człowiek to istota nienasycona
Oddaję w Wasze ręce 99. odcinek na blogu. Ta okazja zainspirowała mnie do pewnej refleksji.
fot. Myriams-Fotos, Pixabay
Na przestrzeni dziejów aż roi się od królestw, księstw, władztw, itp. Ileż to już przeszło po ziemskim padole koronowanych głów, które dwoiły się i troiły, żeby wzmacniać swoją pozycję i podnosić znaczenie własnego państwa. Z jednej strony takie poczynania są zrozumiałe, ale z drugiej strony jeśli weźmie się pod uwagę przypadki intryg i dosłownie chodzenia po trupach do celu, wszystko to nabiera jakiegoś tragikomicznego wydźwięku. Życie jest tak krótkie, że dziw bierze, iż my ludzie, także królowie, żyjemy w dużej mierze intrygami i skupiamy się na tym, co widoczne. Nawet siwiejące włosy nas nie przekonują, że tutaj jesteśmy tylko przelotem. Tymczasem poza granicą życia i śmierci jest ON...
Każdy człowiek, nawet król, posiada w swoim wnętrzu mniej lub bardziej uświadomione poczucie braku czegoś. W związku z tym dzieje świata przypominają coś w rodzaju życia na 99,(9) procent. Człowiek może wszelkimi sposobami dążyć do 100 procent, ale jest to dla niego nieosiągalne.
Ową "stówką" może być bardzo wiele spraw i kwestii. Powiedzmy, że w takim podstawowym ujęciu jest nią tajemnica życia i śmierci. Pomimo potęgi swojego rozumu i olbrzymiej wiedzy, poza Bogiem człowiek śmierci nie przeskoczył i nie przeskoczy. Ba! Tak naprawdę nawet do tego 99 człowiekowi daleko.
Jestem głęboko przekonany, że uczenie się życia od Historii, będącej jego nauczycielką, może pomóc w maksymalnym zbliżeniu się do tych 100 procent.
A co Ty o ty myślisz?
PS
Nietrudno policzyć, że kolejny wpis będzie tym wyjątkowym, bo setnym. Będę miał dla Was specjalny prezent. Dzięki za uwagę i do następnego poczytania.
Czyli m.in. o tym, co niezwykłego wydarzyło się na Nowolipkach
Ten wpis jest owocem tego, że jakiś czas temu obejrzałem film "Cud na Nowolipkach". Wcześniej już gdzieś tam kiedyś o tym słyszałem, ale dopiero ten kontakt z filmem szczególniej zwrócił moją uwagę na to, co zdarzyło się na Nowolipkach w Warszawie (dzielnica Muranów niedaleko Śródmieścia). Było to w październiku 1959 r.
Kościół św. Augustyna w Warszawie, Autorstwa Adrian Grycuk - Praca własna, CC BY-SA 3.0 pl, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=47826903
Otóż, jak się wydaje, od 7 października do końca tego miesiąca w 1959 r. miała miejsca seria niezwykłych zdarzeń na wieży kościoła pw. św. Augustyna na Nowolipkach. Bardzo wielu ludzi twierdziło, że widzieli jaśniejącą ludzką postać właśnie na wieży wspomnianego kościoła. Ówczesne władze komunistyczne robiły w zasadzie wszystko, żeby ośmieszyć ludzi, którzy tłumnie przybywali na miejsce cudu. Na dodatek oświetlano wieżę reflektorami albo próbowano zamalować jej górne fragmenty farbą, żeby zlikwidować rzekomo naturalnie powstające zjawisko odblaskowe. Jednakże wszelkie zabiegi władz kończyły się niczym i bynajmniej nie uzyskano pożądanego przez nich efektu. Jasna postać, identyfikowana z Maryją, była ciągle bardzo dobrze widoczna. Władze starały się nawet wymóc na władzach kościelnych urzędowy zakaz odwiedzania tego miejsca. Poniekąd to się udało, bo w tym względzie wykorzystano naturalny sceptycyzm Kościoła wobec rzekomych cudów, co ma służyć uniknięciu zbyt pochopnego zatwierdzenia nadnaturalnego zjawiska jako cudu. W praktyce jednak w okolice kościoła św. Augustyna przybywało ciągle bardzo wielu ludzi i powszechne było przekonanie, że coś takiego nie może być zjawiskiem naturalnym.
Tablica upamiętniająca Cud
na Nowolipkach wmurowana z okazji 50-lecia wydarzenia w nawie bocznej
Kościoła św. Augustyna na warszawskim Muranowie, Autorstwa Mateusz Opasiński - Praca własna, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=25369722
Fakt faktem, że nie wszyscy widzieli Maryję, ale z bardzo dużej liczby świadectw z tamtego okresu, zarówno mówionych jak i listownych, nawet ze strony milicjantów, wynika, że tam doszło do cudu, bo owe świadectwa były nadzwyczaj zgodne; m.in. ludzie opisywali ze szczegółami ubiór Maryi i koronę na Jej głowie.
Nie zachowały się zdjęcia cudu (zakaz ich robienia), ale udało się uchwycić ludzi intensywnie obserwujących zjawisko.
Warto jeszcze dodać, że istnieją przypuszczenia, dlaczego Matka Boża ukazała się właśnie tam. Otóż Muranów poważnie ucierpiał w czasie II wojny światowej. Był w zasadzie jednym wielkim gruzowiskiem, a właściwie samotnym obiektem, który przetrwał, był właśnie kościół św. Augustyna. W trakcie wojny zginęło tam bardzo wielu Żydów. Z wieży kościoła rozciągają się doskonałe widoki na dzielnicę i Warszawę. Może więc Maryja, o radosnym, ale też trochę zatroskanym obliczu, jak relacjonują świadkowie, wybrała to symboliczne miejsce, aby na nowo zachęcić do wiary, pokuty i nawrócenia, nie wypowiadając tym razem ani jednego słowa?
Świątynia wśród gruzów getta po wojnie, wikimedia w domenie publicznej
O tych wydarzeniach powstała książka "Cud na Nowolipkach" autorstwa Witolda Dąbrowskiego oraz film o tym samym tytule >>> w reżyserii Michała Górala na podstawie scenariusza wspomnianego Dąbrowskiego.
Nowolipki to jedno z naprawdę bardzo wielu miejsc na globie, a szczególnie w Europie i Polsce, gdzie jakże często dochodziło do zjawisk, wobec których nauka jest bezradna, a sporo do powiedzenia ma wiara. I to nie jest wiara naiwna, ale oparta o mocne dowody, niesprzeczne ze sobą świadectwa ludzi, postawę wrogów paradoksalnie potwierdzającą autentyczność zdarzenia, itp. To tylko od każdego z nas zależy nasz stosunek do tego wydarzenia.
Ja wierzę, a nie wiem jak Ty, jak Wy?
Dajcie znać w komentarzach jak postrzegacie te wydarzenia. Dzięki!
bibliografia:
wspomniany w tekście film oraz Cud na Nowolipkach. Na wieży kościoła ukazała się Matka Boża, misyjne.pl
Czyli m.in. o tym, że istnieje Historia, która nie ma sobie równej
Wiele było, jest i będzie historii w dziejach ludzkości. Były te powszechnie znane, ale i niezliczone ilości tych prozaicznych, pisanych przez całe rzesze ludzi wszystkich czasów. Czasami komentatorzy ważnych wydarzeń sportowych czy po prostu jakichś innych szczególnych z jakiegoś względu, lubią powtarzać, że historia pisze się na naszych oczach. Myślę, że to prawda, ale nierzadko chyba zawężamy znaczenie tego zwrotu. Słysząc coś takiego lubimy sobie myśleć, że dzieje się coś arcyważnego. Tymczasem historia dzieje się cały czas, pisze ją każdy z nas, codziennie, nieprzerwanie od początku życia. To, czy jest to historia piękna, czy całkiem niefajna, to już inna sprawa.
Jeśli już chcielibyśmy powyższego zwrotu użyć w odniesieniu do jakiejś jednej, konkretnej historii, to wydarzyła się ona ok. 33 r. n.e. Mam na myśli śmierci Jezusa z Nazaretu, który został ukrzyżowany i zmartwychwstał, jak donieśli czterej Ewangeliści, a później ich następcy. Ważne też, żebyśmy pamiętali, iż tę historię naszego życia piszemy na mocy daru, jakim jest wolna wola, ale z drugiej strony nie jesteśmy w stanie niczego napisać (tj. zrobić, itd.) w tej historii bez woli lub przynajmniej tzw. dopustu Bożego.
I w tym miejscu można by przywoływać najróżniejsze argumenty zwolenników i przeciwników historyczności Jezusa, ale darujmy to sobie; wystarczy, że On po prostu tego dokonał i że jest Bogiem-Człowiekiem, który JEST. Możemy walić się po głowach argumentami i prowadzić mniej lub bardziej uczone dyskusje, ale praktycznie zawsze wszystko sprowadza się do decyzji: WIERZĘ. Wiara jest też łaską, czyli darem od Boga, a dostać go mogą ci, którzy przejawiają choć odrobinę dobrej woli, żeby uwierzyć. Bóg nie wciska niczego na siłę.
Jeśli ktoś pragnie rozpatrywać wiarę jedynie w kategoriach rozumowych, to przecież na logikę jest w stanie "wyczaić", że świat nie mógł się wziąć z niczego, a cały szereg cudowności jest poważną przesłanką na drodze do uznania Istoty Najwyższej - Boga. Powtórzmy jednak raz jeszcze: zawsze pozostaje sprawa kluczowa: WIERZĘ albo nie. Muszę jednak być świadomy, że biorę na siebie odpowiedzialność i konsekwencje takiego wyboru: a zatem jeśli człowiek nie uwierzy, musi się liczyć z tym, że po śmierci spotka go przykra niespodzianka i wieczne potępienie. Nie z woli Bożej, ale samego takiego człowieka, który to wybrał. Strach pomyśleć: wieczne nieszczęście, które NIGDY się nie kończy... Brrr... A życie przemija, jest tylko pewnym etapem, który się kończy. I co potem...?
Jest jednak druga strona medalu: przyjęcie Jezusa z wiarą skutkuje zbawieniem i szczęściem wiecznym. Na tym powinniśmy się skupiać. Ważne jest też to, że Historia Jezusa z Nazaretu trwa i możemy w niej trwać wiecznie, jeśli uznamy ją za taką, jaką była - prawdziwą.
W związku z powyższym HISTORIA Jezusa, której dokonał zwłaszcza na krzyżu, jest tą najważniejszą w dziejach, bo decyduje o naszej wieczności. Wszystkie ludzkie historie wpisują się w tę najważniejszą - Historię zbawienia. To nie są żarty, to jest szalenie poważna, ale i budząca nadzieję sprawa.
Historia uczy nas, że warto o tym pamiętać nie tylko przy okazji Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy, ale zawsze i wszędzie.
Czyli m.in. o tym, że zło zawsze dostanie kuksańca w łepetynę
Dzisiejszy wpis, a raczej jego tematyka, zrodziła się w mojej głowie po zetknięciu z materiałem internetowym poruszającym bardzo niezwykłą historię. Chodzi o wykład prof. Marii Ryś. Pod tekstem znajdziecie link do niego.
Generalnie ów wykład jest poświęcony gender, ale już na wstępie profesorka podzieliła się dwoma wspomnieniami z pobytu w San Giovanni Rotondo, miejscu kojarzonym przede wszystkim ze św. Ojcem Pio. Jedna z tych historyjek została zasłyszana przez p. Ryś od oprowadzającego ją kapucyna z Polski. Przyznam, że o tym fakcie znajdujemy w internecie jedynie jakieś szczątkowe informacje i to powołujące się raczej jedynie na wykład p. prof. Ryś. Tymczasem sprawa jest godna propagowania, bo okazuje się, że aborcja dokonana przez pewną kobietą pozbawiła życia nienarodzone dziecko, które w planach Bożych miało zostać... papieżem. Wiem, brzmi niewiarygodnie, ale zaraz dowiecie się więcej, jak to było.
Otóż pewnego razu przyszła do papieża kobieta, żeby się wyspowiadać. Niby nic wielkiego - jedna z wielu osób, które przychodziły każdego dnia do słynnego stygmatyka z Pietrelciny. Tymczasem o. Pio, korzystając ze swojego daru widzenia głębiej i szerzej pomógł tej kobiecie odkryć to, co zdaje się, ona już odczuwała powodowana nadnaturalnym poznaniem. Zacytuję Wam poniżej tę rozmowę (cytat za: salon24.pl):
Przychodzi kobieta do spowiedzi do ojca Pio i spowiada się z grzechu aborcji. O. Pio pyta się:
- ‘Coś zobaczyłaś, tak?’
- ‘Tak’ – odpowiada kobieta.
- ‘Papieża, tak?’
- ‘Tak’ – odpowiada znowu kobieta – ‘zobaczyłam papieża’.
- ‘A popatrzyłaś w twarz tego papieża?’
- ‘Tak, był bardzo podobny do mnie’.
- ‘Tak, w planach Bożych ten twój syn, którego zabiłaś, miał być papieżem’.
Co o tym myślicie? To naprawdę daje do myślenia... Ile takich zacnych osobistości świat nie ujrzał z powodu dramatu aborcji? Strach nawet myśleć...
San Giovanni Rotondo, By Epiovesan (Emilio Piovesan) - Praca własna, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=3633617
Mnie ta cała sprawa skojarzyła się jeszcze z czymś innym. Mianowicie, jak może wiecie, w tzw. tajemnicach fatimskich znajduje się i ta, w której jest mowa o postaci w bieli, która zginęła raniona pociskami z broni palnej oraz strzałami z łuku. Bardzo wielu badaczy odnosi tę wizję do pamiętnego zamachu na życie Jana Pawła II 13 maja 1981 r. Być może bardzo słusznie. Nie uważam, żeby to było niemożliwe; myślę, że to zdecydowanie bardzo dobry trop.
Mimo powyższego chciałbym się jednak podzielić małą refleksją - nie jest to z mojej strony żadne objawienie albo teoria spiskowa, ale po prostu takie moje "coś". A może ta postać w bieli to ów abortowany papież? Jeśli uwzględnimy fakt, że być może ten tajemniczy abortowany papież mógłby ewentualnie być tym papieżem mniej więcej w latach pontyfikatu Jana Pawła II okaże się, że papież Polak to papież w zamian za tamtego. Wiem, że to dość mocno naciągana teoria, niemniej kusząca.
Jeśli rzeczywiście powyższe dochodzenie miałoby w sobie coś z prawdy okazałoby się, że aborcja w wizji fatimskiej byłaby symbolicznie ukazana jako jeden z podstawowych grzechów wołających o pomstę do nieba, pozbawiającym życia tysiące księży, sióstr i osób świeckich. Wtedy wołanie anioła "pokuty, pokuty, pokuty!" odnosiłoby się w bardzo dużej mierze do grzechów aborcji.
I jeszcze jedno: zło zawsze dostaje ostro po łepetynie, choć czasami wydaje się, że ma ono dużo do powiedzenia. Do podobnego przykładu odwoływałem się już dawno temu we wpisie o glinianych nogach kolosa zła >>>, ale lubię go powtarzać: chodzi o to, że jeśli np. uderzyć piłką z całej siły w mur to jest szansa, że oberwiesz nią zdrowo (albo raczej niezdrowo :). Im mocniej uderzysz, tym mocniej poczujesz siłę wracającej piłki. Podobnie, choć w nieskończonej skali, bywa ze złem: zło się panoszy, ale im mocniej się rozprzestrzenia, tym mocniejszego łupnia od dobra dostaje. Mało tego: zło, choć samo w sobie mocne, w kontekście dobra jest absolutnym zerem. Może śmierć tego tajemniczego abortowanego przyszłego papieża i zakusy na życie nienarodzonego Karola Wojtyły (być może nie wiemy, że Emilii Wojtyle proponowano aborcję), to przejawy ogromnego, niechcianego przez Boga zła, z którego wyprowadził On potężne dobro??? "Gdzie jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska" (Rz 5,20).
Czy uświadamiamy sobie w pełni, jak potężnym złem jest aborcja?
Dajcie znać w komentarzach, co myślicie o tym temacie. Dzięki!